Żegnamy dedykowane nawigacje GPS

Era post PC może zaważyć na przyszłości przesympatycznych, małych urządzonek, jakimi są nawigacje GPS. Każda platforma tabletowa lub smartfonowa ma przyzwoite oprogramowanie do map. Więc... po co dodatkowe urządzenie?

Teraz już prawie każdy ma smartfona. Serio, pomimo iż nieraz sobie nie zdaje z tego sprawy. Nawet moja niemłoda już rodzicielka, starsza pani (jak to dobrze, że tego nie czyta, by mnie za ucho wytargała…) ma smartfona z Androidem 2.2. Za złotówkę. Oczywiście, nie ma o tym zielonego pojęcia, i dalej używa go do dzwonienia i SMS-owania, ale ma. I ma większość z nas. Symbian, Android i iOS, miejscami bada i Windows Phone Classic. Tradycyjne komórki odchodzą do lamusa, biorą je osoby, które chcą je ze względu na ich specyficzne cechy. Mały odsetek. Trudno się dziwić, taki Wildifre z Froyo na pokładzie  w większości taryf jest już za złotówkę…

Ale to nie tylko low-end. Tablety to wciąż na polskim rynku egzotyka, ale iPhone czy Galaxy S w dużych miastach to dość powszechny widok. Urządzenia, które w średnich taryfach kosztują po 100 – 200 zł. Czyli iOS-owy czy Androidowy high-end jest już w zasięgu kieszeni przeciętnego Kowalskiego, koszącego średnią krajową. Era niedawno mi proponowała Galaxy Taba za 299 zł przy abonamencie 80 zł. Cena również do przełknięcia, z pewnością nie rozrzutność.

A teraz spójrzmy na rynek nawigacji. Zaglądam na rankingi CHIP.pl nawigacji z mapą Polski. Za 300 zł mam low-end. High-end za dwa razy tyle. Za urządzenie, które ma tylko mapę i zazwyczaj odtwarzacz multimediów. Ale ma też swoje zalety. Po pierwsze: AutoMapa. Każdy chce AutoMapę, stała się pewnym synonimem jakości. Nieważne, czy słusznie, czy nie (o tym za chwilę). Taka jest powszechna opinia. Po drugie, smartfon z ekranem 3 cale do nawigacji w samochodzie się średnio nadaje. 4 cale to pewne minimum. A 5 cali w nawigatorach, to standard.

Podsumujmy więc. Zakładamy że nie jesteśmy rozrzutni i że z komórki korzystamy, więc tak, czy inaczej, mamy podpisaną umowę z operatorem z opłatami w okolicach 60-80 zł miesięcznie. Potrzebujemy komórki i nawigacji. Możemy kupić sobie coś taniego za złotówkę lub 50 zł i, oprócz tego, nawigator za 400 zł. Lub 4-calowego smartfona za 150 zł lub 7-calowy tablet za 300 zł. Do tego licencję na nawigację (dwa lata = 150 zł). Wybór? No nie taki oczywisty. Nie ma wyraźnej przewagi, dużo zależy od okoliczności. Ale czy jest właściwie co rozważać?

Postanowiłem to sprawdzić. Bez tabelek, szkiców, rankingów, bo jest to niemożliwe. Prywatnie posiadam Samsunga Galaxy S i zainstalowanym NaviEkspertem. Szybki kontakt z działami PR i już do kompletu mam Galaxy Taba, dodatkowy do niego uchwyt samochodowy i dodatkową licencję na NaviEksperta. Tu gratuluję odwagi firmie NaviExpert, bo eksperyment nietypowy i równie dobrze mógłbym napisać, że generalnie, to to bez sensu. Tak wskazuje przynajmniej trend rynkowy.

Sprzęt

Pierwsza próba, to kurs z Galaxy S. Wszak, jak już wspominałem wyżej, tablet to na razie egzotyka. No i ekran tego urządzenia to absolutne minimum. Jedzie się komfortowo, nawigacja nie rozprasza uwagi. Jednak, przyznam szczerze, nie wyobrażam sobie w pełni bezstresowej jazdy z 3-calowym Wildfire. Da się. Ale jest to zdecydowanie rozwiązanie niezbyt komfortowe. I chyba nieco niebezpieczne. Doświadczenie kierowcy mam zerowe, ale podejrzewam, że koncentrowanie się na tak małym ekraniku może być dla nas zwyczajnie niebezpieczne. Jednak cztery cale od Galaxy S, 3,7 od HTC Desire i ten form factor wystarczy. Nie jest to szczyt komfortu, nie dostrzeżemy bez przyglądania się szczegółowych danych numerycznych, ale trasa jest wyraźna i czytelna. Co ciekawe, również asystent pasa ruchu. Wadą jest prądożerność smartfonów. Non-stop włączony ekran, odbiornik GPS i 3G i bateria pada już po trzech godzinach. Ładowarka do gniazda z zapalniczką obligatoryjna.

Zabawa zaczęła się, jak zaczęliśmy montować Galaxy Taba. O dziwo, mimo swoich pokażnych rozmiarów, nie wygląda pokracznie, tak jak się spodziewałem. Po prostu to duży nawigator. No i jazda z czymś takim to po prostu bajka. O dziwo, Galaxy Tab nie chciał się za bardzo rozładowywać, mimo prawie dwukrotnie większego ekranu. No cóż, bateria też jest większa. Galaxy Tab wymiarami jest w sam raz. iPad mógłby być nieco za duży, ale to takie gdybanie. Nie wiem, niestety nie posiadam.

Oprogramowanie, czyli NaviExpert kontra klątwa AutoMapy

Może się i czepiam, ale można by to było zrobić lepiej. Serio.

Może się i czepiam, ale można by to było zrobić lepiej. Serio.

Wspominałem już wyżej o tym, że w świadomości Polaków jest AutoMapa i jest reszta. I nie bez przyczyny. AutoMapa to faktycznie rewelacyjne oprogramowanie. Od lat mam ją na swoim NavRoadzie, na bieżąco aktualizowana i zrobiona jest na serio dobrze. Firma ta jednak mocno zaspała. Dopiero przed parunastoma dniami pojawiła się pierwsza edycja na iOS-a. O wersji na Androida krążą póki co plotki. Bada? Zapomnijcie. Tę nieuwagę wykorzystał NaviExpert, który zyskał moją sympatię już za czasów HTC Desire i podbudował ją na Galaxy S. A po zabawie z Tabem? No cóż…

Zacznę najpierw od wady, by nie było za słodko. AutoMapa jest czysta, elegancka i czytelna. NaviExpert jest za to ascetyczny. I nie, nie w funkcje, bo tych ma mnóstwo. Ale tak jak sama mapa i menu główne są przynajmniej czytelne (a i nie da się odmówić uroku i estetyki owej ascezie), tak po zagłębieniu się w dalsze ustawienia przypominam sobie, że Android to wciąż Linux. Warto nad tym popracować jeszcze. Ale to… właściwie tyle.

NaviExpert jest bardzo skuteczny. Pracuje w chmurze, więc wymaga połączenia z Internetem, ale bez obaw: przez całą trasę „pożre” parę kilobajtów, i to jeszcze doładowując ową trasę do pamięci podręcznej na wypadek chwilowej utraty sygnału internetowego (niestety, nie miałem okazji testować jej w „głuszy”, nie potrafię określić jak sobie wtedy radzi). W zamian za to otrzymujemy najbardziej aktualne, jak to tylko możliwe drogi, adresy, dane o remontach, radarach, korkach. AutoMapa ma to dostępne tylko w drogich urządzeniach, które umożliwiają komunikację ze światem zewnętrznym. W NaviExpert poradzi sobie z tym smartfon za złotówkę.

Jest też  funkcjonalny. Nie licząc wyżej wspomnianych koszmarnych podmenu, interfejs jest przejrzysty a na mapie widać wszystko, co trzeba. Nawigacja ma tryb samochodowy, pieszy i z uwzględnieniem wykorzystania komunikacji miejskiej, ma bardzo bogatą bazę POI, liczy spalanie paliwa… klątwa AutoMapy? Powoli staje się mitem. NaviExpert to co najmniej równy konkurent. A biorąc pod uwagę jej absencję na Androidzie, to nie mamy o czym dyskutować.

No i NaviExpert ma jeszcze jedną, świetną rzecz: wyjątkowo elastyczną licencję. Chcesz mieć Polskę i Europę na dwa lata? Płacisz 150 zł. Chcesz mieć raptem na te 5 tras rocznie, które pokonujesz? Żaden problem. Są nawet jednodniowe licencje, za trzy złote. Płacimy tylko za nawigację, bo sama mapa jest za darmo. I oczywiście nie trzeba nic instalować, licencja jest dopisywana do naszego konta

Podsumowanie

Producenci nawigacji GPS muszą szykować się na duże zmiany na rynku. Na razie ludzie nie są nieświadomi tabletowo-smartfonowej alternatywy. Ale staną się. A wtedy nawigacje GPS podzielą los telefonów komórkowych „niesmartfonów”. Będą kupowane przez bardzo oszczędnych i bardzo nielicznych. Reszta weźmie z domu iPada / Galaxy Taba, wsadzi w auto i już. Taniej i chyba wygodniej. Aczkolwiek, jak zawsze, czekam na Wasze komentarze. Również te, które się zupełnie ze mną nie zgadzają. Jak już pisałem, kierowca ze mnie żaden, więc chętnie poznam inne opinie.

P.S.: Galaxy Tab mi uświadomił, jak bardzo chcę mieć tablet. Już po teście, więc trzeba się z nim pożegnać. I wiem już, że tablet to nie wykreowana przez marketingowców potrzeba. Życie staje się wygodniejsze i przyjemniejsze. Ech, gdyby te draństwa nie były takie drogie…