Konsole do gier integrowały, teraz… alienują

Nie ma to jak zaprosić kolegów na wieczór z grami wideo. Dwa pady, przekąski, cola i kilka godzin dobrej zabawy. Tymczasem w moim Xbox One drugi gamepad zbiera kurz. Posiadacze PS4 nie mają lepszej sytuacji.

Jednym z niezaprzeczalnych atutów konsol do gier zawsze była „integracja graczy”. Na długo zanim powstały Steamy, Battle.nety i cała reszta mieliśmy dwa joysticki, dwa gamepady, dwa „cosie”. Nawet na PC dało się grać na dwie osoby („ty chodzisz, ja strzelam!” 🙂 ), choć było to nieco mniej komfortowe.

Cały czas mam w pamięci dziesiątki wieczorów z kumplami, całe „zmarnowane” na wspólne przechodzenie gry. Niezliczona ilość, wybaczcie kolokwializm, spranych mord w Mortal Kombat. Emocje i adrenalina podczas wyścigów w Need for Speed. Wspólna noc spędzona na przechodzeniu Gears of War, które były przecież stworzone wręcz do grania na dwa pady. A wspólne „granie” w „zespole” w Guitar Hero? Można wymieniać i wymieniać.

Nowe konsole tymczasem stawiają na usługi sieciowe. PlayStation Network, Xbox Live, osiągnięcia, tagi, rankingi, „szerowanie na Fejsie”… prawdziwy raj dla entuzjastów, e-sportowców i zwykłych graczy. Zarówno Sony, jak i Microsoft, wyszły z siebie, by zapewnić graczom jak najfajniejszą piaskownicę do grania przez Sieć.

Gry pod multi. Sieciowe multi.

Twórcy gier się do tego dopasowują. Niektóre gry, jak Titanfall, wręcz nie mają sensu bez zalogowania się do Sieci i dobrania internautów do gry. Tymczasem ja bym chciał znowu pobawić się konsolą z kolegami, zrobić kolejną „grową imprezkę”. I za bardzo nie mam do czego.

Gamepada drugiego kupiłem dopiero w tym miesiącu, a więc w ponad rok od zakupu konsoli Xbox One. Zmotywowała mnie do tego cała jedna gra: Diablo III, które faktycznie jest wyjątkowo „miodne” w lokalnym multiplayer. Oprócz tego mam jeszcze beznadziejnego „Killer Instinct” no i Wormsy, ale ciężko ten ostatni tytuł traktować poważnie. W razie gości, którzy na co dzień grami się nie interesują, jest jeszcze Kinect i Dance Central Spotlight, przy czym nie jest to rozrywka dla mnie. I… koniec.

Nowe konsole oferują milion funkcji społecznościowych, znacznie większą moc obliczeniową od swoich poprzedników, gadżety, bajery i przeróżne świecidełka. Wszystkie bardzo fajne, ale kupując Xboxa One czy PlayStation 4 nie licz na „wspólną zabawę w gronie bliskich”. Chyba, że się z tymi bliskimi umówisz przez Sieć.

Czy to tylko ja jestem za stary?

Gdzieś zniknął duch tego wszystkiego. I tak jak nadal kocham superprodukcje dla pojedynczego gracza, które przechodzę w samotności i w skupieniu, tak nowe konsole i nowe gry są bardzo… alienujące. Stawiają na integrację, ale wyłącznie przez Sieć.

Gdzie moje Gears of War 4? Street Fighter, Mortal Kombat czy szalone wyścigi w split-screen? Gdzie gry muzyczne, idealne na imprezę, z tandetnymi kontrolerami imitującymi gitary i perkusję? Są już najwyraźniej niemodne, a ja jestem sentymentalnym dinozaurem.

Tylko po co w takim razie obsługa nawet ośmiu (!) padów przez obie konsole…?