Jak smartfon chciał zostać pecetem

Fot. Konstanty Młynarczyk
Każdy mobilny geek od zawsze marzył, żeby mieć komputer mieszczący się w kieszeni, ale oferujący wygodę pracy zwykłego peceta. Niestety, to marzenie okazało się trudne w realizacji. Dlaczego? Jak różni producenci próbowali osiągnąć cel i czemu polegli? I wreszcie, czy komuś w końcu się udało? Zobaczmy.

Zmienić smartfon w komputer? Od zawsze oznaczało to konieczność rozwiązania kilku problemów. Po pierwsze, jak zapewnić wygodę pisania, łatwość nawigacji i odpowiednio duży obraz. Po drugie, w jaki sposób sprawić, żeby w smartfonie były dostępne wszystkie pliki, nad którymi pracujemy i których możemy potrzebować. Po trzecie, skąd wziąć niezbędną moc obliczeniową, która pozwoli na swobodny multitasking. Po czwarte, przygotować system operacyjny, który będzie w stanie zapewnić odpowiednią wygodę pracy w trybie desktopowym – włącznie z zarządzaniem zadaniami, operacjami na plikach, swobodnym multitaskingiem i interfejsem, którego nie trzeba się uczyć od nowa. Po piąte wreszcie, jak zapewnić odpowiednią liczbę wygodnych, przystosowanych do desktopowego interfejsu i oferujących duże możliwości aplikacji, które będą działały na zmienionym w peceta telefonie. Kolejność, w jakiej wymieniłem problemy z którymi trzeba się zmierzyć nie jest przypadkowa. Pierwsze na mojej liście znalazły się przeszkody naprawdę proste do ominięcia, ale im dalej, tym poziom trudności rośnie wykładniczo.

Na początku była Nokia. I telewizor.

Podłączenie do smartfonu klawiatury i myszy, a nawet monitora, to banał. Praktycznie od kiedy w sprzedaży pojawiły się pierwsze „sprytne” telefony z systemami Symbian i Windows Mobile, można było podłączać do nich zewnętrzne  urządzenia wskazujące i klawiatury z interfejsem bluetooth. Jeszcze wcześniej, za czasów, kiedy mobilnym światem władał Palm, do ówczesnych palmtopów dostępne były klawiatury z dedykowanym złączem, ale umówmy się, że nie bierzemy pod uwagę prehistorii. Wróćmy więc do niedotykowych, pracujących pod kontrolą Symbiana smartfonów Nokii, oraz stawiających pierwsze kroki, produkowanych przez HTC i sprzedawanych najczęściej pod markami operatorów komórkowych urządzeń z Windows Mobile, z których część była już wyposażona w ekran dotykowy. Po podłączeniu klawiatury i myszy pozostawał do rozwiązania jeden drobny problem: jak pracować na wyświetlaczu mającym przekątną długości 2,8″ albo mniej? Właściwej odpowiedzi, brzmiącej „Nie pracować, podłączyć większy ekran!” udzieliła dopiero Nokia, której powszechnie pożądane smartfony serii N, N95 zostały wyposażone w wyjście sygnału wideo. Używając kabli kompozytowych albo przejściówki do złącza SCART można było wyświetlić obraz z telefonu na ekranie telewizora, po raz pierwszy uzyskując, w połączeniu z klawiaturą i myszą Bluetooth wykorzystującą smartfon namiastkę peceta.

Najwyższa półka swoich czasów: Nokia N95 8GB.

Modelem N95 8GB Nokia brała się za bary także z kolejny z problemów, które wymieniłem. Jak sama nazwa wskazuje, smartfon ten był wyposażony w aż 8 GB pamięci stałej, oferował więc około 32x więcej miejsca na pliki, niż którykolwiek z konkurentów. Jeśli chodzi o moc obliczeniową, to taktowany zegarem 332 MHz procesor z rdzeniem ARM 11 nie oferował jej szczególnie wiele, jak na dzisiejsze standardy, ale w 2007 roku był to poziom w zupełności wystarczający, tak długo, jak długo nie wymagało się od niego za dużo.  Niestety, na tym koniec dobrych wieści. Zarówno system jak i aplikacje zupełnie nie nadawały się do używania w trybie desktopowym i o pracy choć trochę przypominającą pracę na komputerze można było zapomnieć. Niesamowite, że tak wszechstronne urządzenia nie potrafiło nawet edytować plików Office! Na tego rodzaju zabawy trzeba było jeszcze poczekać. Swoją drogą ciekawe, że z tej konkurencji całkowicie wypadł system Pocket PC / Windows Mobile którego głównym grzechem było przecież właśnie zbytnie podobieństwo interfejsu i całej filozofii działania do „dużych”, komputerowych Windows. Urządzenia z mobilnymi Okienkami nie były po prostu wyposażone w złącza umożliwiające podłączenie zewnętrznego monitora lub telewizora…

Mimo mijającego czasu, w kwestii zastępowania peceta smartfonem zmieniało się niewiele. Zarówno dominujące na rynku Blackberry i Nokia, jak i rozpychające się łokciami HTC skupiły się na zmienianiu telefonu w kieszonkowy komputer, z pełną świadomością odpuszczając sobie próby zmienienia go w komputer biurkowy. Wszyscy rozumieli, że czas nie jest jeszcze właściwy – urządzeniom dramatycznie brakowało wydajności, a konieczność odpowiedniego przygotowania systemu wydawała się ponad siły. Premiera iPhone’a nie zmieniła w tym względzie niczego, ale potem pojawił się iPad, rozpoczynając erę tabletów i nagle wszyscy dali się przekonać, że ta kategoria urządzeń już wkrótce będzie niepodzielnie władała rynkiem, skazując komputery na wymarcie. A przecież  nie ma sensu naśladować wymierającej technologii, prawda? W ten sposób na długo czas idea telefonu, na którym da się pracować jak na pececie poszła w odstawkę, podczas gdy producenci zawzięcie próbowali stworzyć tablet doskonały – jeden, by wszystkimi rządzić – który odeśle komputery na emeryturę. Nie udało się, ale właśnie wśród tabletów pojawiło się urządzenie, które po raz pierwszy przekraczało granice typów i kategorii: Asus Padfone.

To notebook! To tablet! To telefon! To… Asus Padfone!

Asus Padfone to jedno z najbardziej niezwykłych urządzeń mobilnych, jakie kiedykolwiek powstały.

Padfone był telefonem. Padfone był tabletem. I wreszcie, Padfone był notebookiem. Wszystko na raz. Pomysł wyglądał tak, że smartfon Padfone można było zamontować w Padfone Station, czyli urządzenie będące tabletem pozbawionym własnej elektroniki: procesora, pamięci, karty sieciowej itp. Wsunięty odpowiedni slot telefon wykorzystywał duży, tabletowy ekran, używał pojemnej baterii i obsługiwał zamontowane w obudowie złącza. Słowem, stawał się tabletem. Asus poszedł jednak jeszcze krok dalej. Tablet można było wpiąć w wyposażoną w klawiaturę z touchpadem, własną baterię i dodatkowe złącza stację dokującą, z którą tworzył niewielkiego notebooka! Zalety były oczywiste: zamiast zabierać trzy urządzenia, można było mieć ze sobą tylko jedno, wyposażone w jeden zestaw aplikacji i mieszczące wszystkie pliki, jakich potrzebujemy. Bez problemów z dodatkowymi ładowarkami, bez zamieszania z wymianą danych pomiędzy laptopem, telefonem i tabletem, bez przerzucania się między aplikacjami. Spoiler dla tych, którzy w 2012 roku nie śledzili rynku mobilnego: Padfone okazał się klapą. Fakt, że zawsze kiedy użytkownik chciał popracować na komputerze jego telefon był unieruchomiony i wyłączony z normalnego użycia był nie do zaakceptowania dla „mobilnych wojowników”, wydajność dwurdzeniowego Snapdragona S4 Plus miała się nijak do tego, co oferowały najtańsze nawet notebooki, a mimo ogromnej pracy, jaką inżynierowie Asusa włożyli w przygotowanie oprogramowania, Android 4 zdecydowanie nie sprawdzał się jako system desktopowy. Po pierwsze, sama koncepcja Padfone’a okazała się nietrafiona, a po drugie, wciąż było za wcześnie.

Windows i Linux rewolucjonizują rynek, nikt nie zwraca uwagi

O tym, jak bardzo za wcześnie można się przekonać patrząc na dalsze dzieje pomysłu „telefon w roli peceta”. Otóż od 2012 roku, czyli od czasów Padfone’a, przez około trzy kolejne lata nie pojawia się żadne nowe urządzenie próbujące zmierzyć się z tą koncepcją. Trzy lata w świecie technologii komputerowych to naprawdę duży kawałek czasu – w sam raz tyle, żeby potężna firma zdążyła pogubić się w coraz szybciej zmieniającym się rynku, stracić swoją dominującą pozycję, spróbować wrócić z zupełnie nowym pomysłem i partnerem i wreszcie stracić swój dział mobilny na rzecz tegoż partnera. Jednak to nie Nokia, którą jak się na pewno domyśliliście miałem na myśli odpowiada za kolejny krok ku używaniu smartonu jak komputera. Zrobił go jej partner, Microsoft.

Continuum w Windows 10 Mobile po raz pierwszy pokazywało, jak skutecznie mienić telefon w peceta. Niestety, mało kto patrzył…

W zaprezentowanym w listopadzie 2015 systemie Windows Mobile 10 pojawiła się funkcja Continuum: pierwsze poważne podejście do zatarcia granicy między mobilnym i desktopowym środowiskiem pracy. Ze względu na wymagania sprzętowe, w tym możliwość wysyłania sygnału wideo i przede wszystkim, odpowiednią wydajność, Continuum działało tylko na smartfonach z najwyższej półki. Tryb desktopowy włączał się samoczynnie po podłączeniu specjalnej stacji dokującej, wyposażonej w złącze HDMI, trzy gniazda USB typu A oraz Display Port. System bez problemu współpracował z podłączonymi do Continuum Dock klawiaturą i myszą, bez problemu wykorzystywał wszelkie rodzaje zewnętrznej pamięci masowej i poprawnie rozpoznawał i potrafił użyć wiele urządzeń peryferyjnych, takich jak skanery czy drukarki. Najważniejsze jednak było to, jak zmieniało się środowisko pracy. W trybie Continuum mobilny Windows wyglądał praktycznie jak jego desktopowy starszy brat: miał menu Start i pasek zadań, interfejs aplikacji wyglądał jak na pececie i był przystosowany do obsługi za pomocą myszy, działały typowe skróty klawiaturowe, takie jak ALT+F4 czy CRTL+S, a kombinacja klawiszy ALT+TAB przełączała zadania. Na pierwszy rzut oka, problem z systemem był rozwiązany. Podobnie wyglądała kwestia dostępu do plików – od czasów Padfone’a miała miejsce chmurowa rewolucja i teraz dostęp do danych nie wymagał już pojemnego dysku lokalnego, wystarczył Dropbox albo świetnie zintegrowany z mobilnymi Okienkami OneDrive. Na początku problemem była niewielka liczba aplikacji przystosowanych do Continuum, ale dzięki wprowadzeniu Universal Windows Platform, czyli modelu pisania aplikacji, które mogły działać i wyglądać równie dobrze na różnych platformach, szybko pojawiło się ich naprawdę dużo. Te przygotowane przez sam Microsoft, na przykład klient poczty, czy aplikacje Office były po prostu świetne. Niestety, nie wszystko poszło jak trzeba.

Desktopowy interfejs mobilnego systemu Windows był dobry, ale nie dość dobry. Brakowało mu kilku kluczowych elementów, które sprawiają że praca na pececie jest tak inna od pracy na telefonie czy tablecie. Najważniejszą z nich była możliwość pracy z aplikacjami w oknach, pozwalająca na efektywny multitasking i korzystanie z kilku programów na raz. Na ironię zakrawa fakt, że to właśnie ta funkcja dała nazwę systemowi, który w tym przypadku był jej pozbawiony… Brakowało też ukochanego przez użytkowników Pulpitu czy wykonywania operacji na plikach za pomocą techniki przeciągnij-i-upuść. Prawdziwym problemem była jednak niewystarczająca wydajność telefonów, na których zadebiutowało Continuum. Procesor Snapdragon 808 i 3 GB pamięci RAM wystarczały do niezbyt intensywnej pracy z tekstem w Wordzie, ale przy przełączaniu między kilkoma programami, ze słuchaniem muzyki w tle i rozmową przez komunikator, dostawały ciężkiej zadyszki. Efekt braków w systemie i sprzęcie był taki, że Continuum okazało się doskonałym rozszerzeniem smartfonu, ale nie stało się zastępstwem peceta – styl pracy wciąż był typowo smartfonowy.

Niemal równocześnie z Microsoftem, swój pomysł na pecetową pracę na smartfonie , czyli Ubuntu Touch Convergence pokazał Canonical.

Co ciekawe, w cieniu Microsoftu nad podobnym pomysłem pracował Canonical, firma rozwijająca własną dystrybucję Linuxa, Ubuntu. Edycja przeznaczona do działania na urządzeniach mobilnych nazywała się Ubuntu Touch i była wyposażona w funkcję o nazwie Convergence. Działała ona tak, że w zależności od tego, czy użytkownik używał Ubuntu Touch na ekranie telefonu, na tablecie czy na podłączonym do któregoś z nich zewnętrznym monitorze interfejs automatycznie (albo po zaznaczeniu odpowiedniej opcji w menu) zmieniał się, dostosowując do rozmiaru wyświetlacza i sposobu nawigacji. Interfejs telefoniczny był nowatorski i nowoczesny, zoptymalizowany do obsługi dotykiem, natomiast interfejs desktopowy oferował praktycznie wszystko, czego można by chcieć od OS-u do pracy. Aplikacje były uruchamiane w okienkach, możliwy był multitasking, dostępne skróty klawiszowe itp. Mobilne Ubuntu było przeznaczone do pracy z aplikacjami webowymi, lub dedykowanymi i w pakiecie startowym miało większość potrzebnych narzędzi. Mimo, że zarówno Ubuntu Touch jak i Convergence wyglądały interesująco i oferowały duże możliwości, zainteresowanie było mizerne. Pojawiło się zaledwie kilka urządzeń fabrycznie wyposażonych w ten system operacyjny, przy czym żadne nie pochodziło od któregokolwiek z producentów z najwyższej półki. Żadne też nie odniosło sukcesu komercyjnego.

Można by uznać za zabawne, że i pomysł oparty na Windows i ten wykorzystujący Linuksa poniosły klęskę z bardzo podobnych przyczyn: w mobilnym świecie zdominowanym przez Androida i iOS nie było już miejsca na żaden inny system i ani Continuum, ani Convergencenie nie byłyby w stanie tego zmienić. Nawet, gdyby działały idealnie.

I wtedy wchodzi Samsung, cały na biało

To nie było w stylu Samsunga. Jak wygląda ten styl? Najczęściej tak: Samsung wpada na nowatorski pomysł, nietypową ideę, taką jak wygięte brzegi ekranu, wbudowany czytnik linii papilarnych czy inteligentny zegarek z wbudowaną łącznością komórkową. Wypuszcza na rynek urządzenie, które ledwie nadaje się do używania, zbiera pochwały za odwagę, cięgi za wykonanie, głos rynku jest jasny „to nie ma sensu”. Samsung nie poddaje się, wypuszcza nową wersję, która okazuje się już całkiem niezła, ale wciąż większość krytyków twierdzi, że to się nie przyjmie. Mija kolejny rok, do sprzedaży wchodzi trzecia iteracja kompletnie zmieniając rynek. Wszyscy uważają to rozwiązanie za oczywiste i naturalne  i twierdzą, że od początku widzieli potencjał… Tymczasem DeX – rozwiązanie obejmujące interfejs desktopowy dla Androida, stację dokującą oraz telefon przystosowany do ich obsługi – pojawił się w bardzo niesamsungowy sposób. Już pierwsze wcielenie pomysłu, choć niepozbawione wad, nie tylko nadaje się do codziennego używania, ale też jest wyraźnie bogatsze i lepiej dopracowane niż którykolwiek z dotychczasowych systemów tego typu.

Samsung pilnie uczył się na błędach poprzedników – jego DeX jest zaskakująco dopracowanym rozwiązaniem.

Pod względem koncepcji Samsung poszedł w ślady Microsoftu: głównym składnikiem DeX’a jest, tak jak w przypadku Continuum, stacja dokująca, do której podłączony jest z jednej strony telefon, a z drugiej wszystkie peryferia – czyli przede wszystkim klawiatura, mysz i monitor. Tyle ogólnie. Jednak jeśli chodzi o szczegóły, stacja Samsunga okazuje się dużo bardziej przemyślana. Zamiast niezbyt wygodnego podłączenia za pomocą kolejnego kabla, smartfon jest wstawiany w slot utrzymujący go w pozycji pionowej, nachylonego pod kątem umożliwiającym wygodne użycie między innymi skanera tęczówki czy rozpoznawania twarzy. Koreańczykom udało się też rozwiązać poważny problem, z którym borykały się urządzenia wykorzystujące Continuum, a mianowicie bardzo mocne nagrzewanie telefonu, wywołane bardzo dużym obciążeniem procesora, ciągłym ładowaniem i stałym podświetleniem ekranu (co miało swoje logiczne uzasadnienie, ale bardzo zwiększało emisję ciepła). Zadokowany Galaxy S8 czy Note 8 także pracuje pod dużym obciążeniem, jednak jego wyświetlacz pozostaje wyłączony, a stacja dokująca została wyposażona w specjalne otwory wentylacyjne oraz wentylator wymuszający obieg powietrza.

Jednak prawdziwa praca została wykonana w dziedzinie oprogramowania. To właśnie po nim widać jeszcze bardziej, niż po projekcie stacji dokującej, że Samsung uważnie śledził losy pomysłu Microsoftu i dołożył starań, żeby nie powtórzyć błędów tej firmy. Tu uwaga – w tej chwili dostępne są dwie, różniące się wersje oprogramowania DeX: najnowsza, działająca na telefonach Note 8 i starsza, w Galaxy S8 i S8+. Jak zapewnia Samsung, smartfony serii Galaxy już wkrótce mają dostać aktualizację DeX-a, nie mniej jednak póki co mamy do czynienia z różnymi zestawami funkcji.

Wracając jednak do pomysłu Koreańczyków: podłączony do monitora DeX oferuje interfejs i możliwości pozwalające zapomnieć, że mamy do czynienia z Androidem. Aplikacje uruchamiają się w oknach, które można dowolnie aranżować, dopasowując przestrzeń roboczą do swoich potrzeb. Dostępny jest też pełen multitasking – programy i procesy działają w tle, możliwe jest więc słuchanie muzyki podczas odpowiadania na maile i jednocześnie prowadzenie rozmowy przez komunikator. DeX ma pasek zadań, na którym pojawiają się wszystkie uruchomione aplikacje, jest też pulpit, gdzie można umieszczać skróty do aplikacji. System Samsunga to pierwszy mobilny zastępnik peceta, w którym część operacji na plikach można wykonywać metodą przeciągnij-i-upuść, co ogromnie zwiększa przyjazność i intuicyjność interfejsu. Oczywiście, działają też znane z komputera skróty klawiaturowe. DeX oferuje nawet odpowiednik Aero Snap, czyli automatycznego rozmieszczania okien otwartych aplikacji na pulpicie! Ciekawie wygląda sprawa menu Start, które w pierwszej wersji oprogramowania (tej działającej na S8 i S8+) ma formę dokładnie taką, jaką znamy z desktopowego Windows. W nowszej wersji DeX-a zamiast tego mamy pełnoekranowe menu, przypominające bardziej menu aplikacji prosto z Androida. Niewątpliwie, w tej drugiej wersji widoczne jest jednocześnie znacznie więcej ikonek, ale znika iluzja pracy na pececie.

A skoro już o aplikacjach: DeX wymaga apek specjalnie przystosowanych do pracy w tym środowisku. Te, których developerzy nie zadbają o kompatybilność z rozwiązaniem Samsunga można uruchamiać, jednak nie będzie możliwości swobodnego skalowania okna, w którym działają – będzie można wybrać tylko, czy ma ono być pionowe, czy poziome.  Według Samsunga, aplikacji przystosowanych do pracy z DeX-em jest ponad 40, jednak jak się okazuje część programów teoretycznie niezgodnych z systemem Samsunga także pozwala na swobodne skalowanie okien i doskonale sprawdza się w pracy na monitorze i z myszą.

O krok od marzeń

W tym momencie wygląda na to, że jesteśmy wreszcie o krok od spełnienia marzenia o pracy na smartfonie tak, jak na pececie. DeX działa tylko na najwydajniejszych modelach Samsunga, co mocno ogranicza jego dostępność, ale wszyscy „wojownicy szos”, czyli użytkownicy nade wszystko ceniący sobie mobilność i bezkompromisową wygodę z pewnością uznają, że dla tej funkcji warto wyłożyć niemałe pieniądze na S8/S8+ lub Note’a 8. Sukces Samsunga z pewnością szybko zaowocuje naśladowcami, jednak niewiele firm na świecie dysponuje zapleczem programistycznym pozwalającym spróbować zmierzyć się z Koreańczykami, a jeszcze mniej – możliwością takiej integracji oprogramowania i sprzętu. Do tego elitarnego grona należy z pewnością Google, który już w przypadku gogli VR pokazał, że lubi pozwolić Samsungowi przetrzeć szlak, a potem wkroczyć na niego samemu. Obstawiałbym, że przypominająca DeX-a funkcja w ciągu dwóch-trzech lat zostanie zintegrowana z kolejną wersją systemu Android, a wtedy na dobre zacznie się era prawdziwych komputerów noszonych w kieszeni. | CHIP