CryptoKitties – gra korzystająca z ethereum

CryptoKitties to gra przypominająca karciane Pokemony. To co ją wyróżnia, to wykorzystywanie kryptowaluty do prowadzenia transakcji oraz niesamowicie szybki wzrost. W ciągu kilku dni od premiery jej twórcy zarobili 1,3 miliona dolarów.

Według pewnego żartu internet powstał, by ludzie mogli przesyłać sobie zdjęcia kotów. W omawianym przypadku mamy do czynienia jednak z grą, w której użytkownicy wydają prawdziwe pieniądze by kupować kolejne wirtualne koty. „Nic nadzwyczajnego” powiecie. I mielibyście rację gdyby nie to, że w CryptoKitties wirtualne wydatki pokrywamy za pomocą Ethereum, a gra w ledwie kilka dni od premiery zarobiła już ponad 1,3 miliona dolarów.

Stworzony przez amerykańsko-kanadyjskie studio AxiomZen tytuł przypomina nieco popularne Pokemony w wersji karcianej. Jak podaje serwis Techcrunch, około 15% całego obrotu realizowanego w kryptowalucie Ethereum to właśnie gra CryptoKitties. Tym samym, raczej kiepska gra o wirtualnych kotach jest absolutnym numerem 1 jeśli chodzi o obrót tą wirtualną walutą. Jedynie 8% ma EtherData, serwis służący do wymiany tokenów.

Właśnie przez tę popularność wiele transakcji odbywanych w grze, jak sprzedawanie, kupowanie czy rozmnażanie kotów trwa znacznie dłużej niż powinno i zmusza graczy do kilkukrotnych prób wykonania danej operacji. Jaką metodę przeciwdziałania zastosowali twórcy?

Zgadliście. Podnieśli opłatę za rozmnażanie wirtualnych kotków. Prawda, że sprytnie? „Gra działa wam powoli z powodu popularności, więc podniesiemy cenę popularnej operacji TYLKO po to by działała lepiej”. Przyznaję, że doceniam ekonomiczny zmysł twórców.

OK, ale jak działa sama gra? Zaczęło się od ledwie 100 „Kociąt założycieli”. Dodatkowo, co 15 min wypuszczany jest kolejny wirtualny kociak tzw. „Gen 0”, którego cena jest średnią z ostatnich pięciu + 50 procent. To sprawia, że cena kociąt systematycznie rośnie.

Rozmnażanie kotów w grze nie jest wcale takie oczywiste, a liczba zmiennych jest naprawdę spora (fot. CryptoKitties)

A co można z wirtualnymi kotami zrobić? Hodować, oczywiście. Przede wszystkim przez rozmnażanie ich. Różne koty mają różny cooldown (czyli czas, jaki jest wymagany, by ponownie można było użyć danej funkcji w grze) możliwości rozmnażania, co też wpływa na ich cenę. Koty można oczywiście też sprzedawać i kupować na aukcjach. Każdy kot posiada własny, 256-bitowy „genom”. Ten zawiera m.in. informacje o wyglądzie wirtualnego zwierzęcia i jego karty, czy też szybkość rozmnażania. Część „genów” ma charakter recesywny, więc nie ma gwarancji, że potomek naszego kotka odziedziczy cechy na których nam szczególnie zależy. Kodu „genetycznego” wirtualnego kota nie da się niestety podejrzeć.

Mimo iż gra opiera się o karty, to nie posiada skali popularności. Nie znajdziemy tu więc rzadkich czy legendarnych kart. Zamiast tego społeczność gry w naturalny sposób tworzy piramidę kart. Te posiadające najwyżej cenione cechy lądują na szczycie, a ich ceny są najwyższe.

Aż trudno uwierzyć jakie kwoty płacą gracze za wirtualne kocięta. Na najdroższe koty przęciętny Polak pracowałby kilkanaście lat (fot. Techcrunch)

Na ceny wpływa oczywiście też generacja kota. Każda kolejna dostaje po prostu jeden numer wyżej. Koty starszych pokoleń mają zwykle krótszy czas ponownej aktywacji (cooldown). Trzeba przyznać, że twórcy gry opracowali całkiem skuteczny model zarabiania pieniędzy. Od każdej transakcji wewnątrz gry pomiędzy hodowcami pobierają 3,75% prowizji, co pozwoliło im zarobić ponad milion dolarów w kilka dni.

W samej grze chodzi o hodowanie kotów dla samego hodowana. Nie mam pojęcia jak może to być wciągające, ale widać, szczególnie po wydawanych na wirtualne futrzaki kwotach, że moc przyciągania istnieje. Najdroższe koty są sprzedawana za 246 ETH, czyli, bagatela, ponad 400 tysięcy złotych. Wydaje mi się iż są miliony lepszych sposobów na wydanie tych pieniędzy. | CHIP