Miało być bezprzewodowo, a jest coraz więcej kabli

Fot. Cory Doctorow
Kiedy pakowałem się na wyjazd w rodzinne strony na święta uświadomiłem sobie jak wiele miejsca w moim bagażu zajmują... kable.

Chcielibyście by Waszego biurka nie oplatały metry kabli a każdy wyjazd nie wymuszał zabrania kolejnych? To miła wizja, ale bardzo odległa od obecnego stanu rzeczy. Używamy bardzo wielu urządzeń, które nadal są uzależnione od dostępu do gniazdka. Według przeprowadzonej niedawno przez Androidpolice sondy, w której wzięło udział ponad 8000 użytkowników, 33 procent z nas ładuje w nocy jedno urządzenie. Niewiele mniej, bo 27 procent już dwa. Trzy lub cztery urządzenia podłącza do ładowania na noc prawie 21 badanych, a pięć lub więcej – 7 procent. Tylko 13 procent ankietowanych twierdzi, że nie podłącza na noc niczego do ładowania.

Cofnijmy się do lat 90-tych

Niemal wszyscy korzystaliśmy wówczas z komputerów stacjonarnych. Niewielkie, za to dość kosztowne w eksploatacji telefony komórkowe miała raczej mniejszość. Szczytem marzeń drugoklasisty, który szedł do komunii był nie gamingowy laptop (których jeszcze nie było), nie tablet (też ich jeszcze nie było), ani nawet smartfon (te, o zgrozo, również nie były dostępne), ale… zegarek. Na ogół marki Casio G-Shock, z tryliardem niepotrzebnych i niemożliwych od okiełznania funkcji. Zazwyczaj był wielkości małego jabłka w stylistyce, którą można śmiało określić jako sportowo-jarmarczną. Ile wówczas było w naszym codziennym życiu kabli?

Czy kiedyś pozbędziemy się wreszcie oplatających nas kilometrów kabli? (fot. CHIP)

Jeśli nie pracowaliście wówczas jako informatyk, sieciowiec u jedynego wówczas operatora telefonii stacjonarnej, ani elektryk, to prawdopodobnie Wasze życie było zaskakująco mało „okablowane”. Komputer stacjonarny, owszem, miał kable, ale na ogół był tak brzydki, że trzymaliśmy go pod biurkiem, schowany niczym powód do wstydu. Mysz i klawiatura i ogromny monitor CRT również miały tyle samo przewodów, co ich dzisiejsze odpowiedniki.

Telefon? Jaki telefon? A, chyba, że stacjonarny! Ten jednak stał gdzieś sobie na stoliku, lub, w bardziej designerskich domach, wisiał na ścianie. Jego kable nie wadziły nikomu, jeśli w ogóle były widoczne. Nieliczni właściciele telefonów komórkowych mieli do dyspozycji jedynie kabel od ładowarki. Nie trzeba się było nim jakoś mocno przejmować – telefon wymagał przecież ładowania raz na kilka, a czasem nawet kilkanaście dni.

Mieliśmy także laptopy. Z tym, że były drogie, ciężkie, a ich popularność w dość ubogim kraju  była znikoma. O aparatach cyfrowych czy kamerach większość z nas nie śmiała wówczas marzyć. Tradycyjne, analogowe aparaty, pracowały zwykle na któryś z popularnych formatów baterii. Zresztą jak większość urządzeń przenośnych. W domu zwykle była ładowarka do akumulatorów AA i AAA.

Odpowiednie poprowadzenie kabli może zdziałać cuda. O tzw. cable management z pewnością jeszcze napiszemy (fot. CHIP)

A jak to wygląda dziś?

Komputer. Tu jest remis. Kabli jest tyle ile było. Możliwe, że w międzyczasie kupiliście sobie laptopa. Jeśli tak, to zapewne liczyliście na mniej kabli, prawda? Brawo, zredukowaliście ich liczbę o trzy: jeden od klawiatury i dwa od monitora. Oczywiście pod warunkiem, że wystarcza Wam niewielki wyświetlacz laptopa i nie podłączacie do niego monitora.

Telefon. Z oczywistych względów ładowarka jest niezbędna, bo wiadomo, współczesny smartfon zwykle nie przetrzyma więcej niż 1,5 dnia normalnego użytkowania. Na podróż np. pociągiem, koniecznością jest powerbank. Warto też zabrać drugi kabel USB, by jednocześnie podładować smartwatch. I tablet, nie możemy zapomnieć o tablecie!

Sam chętnie zabieram ze sobą aparat fotograficzny. To oznacza kolejną ładowarkę do już pokaźniej ich liczby.

Komunikacja

Technologie Wi-Fi i Bluetooth stały się bardzo popularne i powszechnie stosowane. Teraz te formy łączności bezprzewodowej często mamy nawet w zegarku, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Przekazujemy dane szybko, sprawnie i bez kabli. Ale kiedy potrzebujemy „przerzucić” naprawdę duże pliki, nadal podłączamy dysk zewnętrzny, tradycyjny lub SSD.

Bezprzewodowa komunikacja między urządzeniami to nie jest nowy wynalazek. Kiedyś, dobre 15 lat temu, wszyscy myśleliśmy, że już za chwilę bezprzewodowe myszy, klawiatury, a nieco później też monitory i telewizory będą standardem i wreszcie zapomnimy o kablach. Mamy już niemal 2018 rok, a liczba kabli na biurku właściwie nie zmieniła się od 30 lat.

Są miejsca, w których nawet nie ma co myśleć o transmisji bezprzewodowej np. centra danych i serwerownie (fot. Upsite Technology)

Owszem, istnieją myszy i klawiatury bezprzewodowe, a łączące się po Wi-Fi drukarki i urządzenia wielofunkcyjne są już od dawna normalnym sprzętem codziennego użytku, a nie czymś niezwykłym. Nadal jednak chętniej korzystamy z rozwiązań przewodowych. To prowadzi do wniosku, który może wydać się z pozoru dziwny.

A może kable nam wcale tak bardzo nie przeszkadzają?

Gdyby bezprzewodowe łączenie było dla nas rzeczywiście tak ważne, jak czasem może się wydawać, to wizja bezprzewodowego świata zapewne by się urzeczywistniła. Prawda jest jednak taka, że wielu użytkowników wybiera rozwiązania przewodowe ze względu na zalety tego rozwiązania.

Pierwszym jest z pewnością większa szybkość. W przypadku transmisji danych to bezsprzecznie nadrzędny argument. Jest zwyczajnie szybciej w porównaniu z łączeniem bezprzewodowym i trudno z tym dyskutować. Szczególnie jeśli porównujemy np. szybkość przekazywania danych po sieci WiFi z transferami zapewnianymi przez zewnętrzne dyski USB.

Drugi powód to łatwość konfiguracji. Dla wielu użytkowników ustawienie poprawnego połączenia z urządzeniem nie jest tak proste jak podpięcie go kablem USB, zwykle znanym nawet mało technicznym użytkownikom. Sprawę ułatwiają automatycznie instalowane sterowniki dzięki czemu od razu po podpięciu USB mamy dostęp do danych.

Trzecim, ale bardzo istotnym powodem pozostawania przy przewodach jest znaczna różnica w cenie. Chociaż urządzenia bezprzewodowe są popularne, to nadal tańszym rozwiązaniem pozostają ich „kabelkowe” odpowiedniki. A ponieważ do kabli jesteśmy przyzwyczajeni, to często wybierzemy raczej rozwiązanie tańsze i sprawdzone.

Razer Mamba Wireless – jedna z nielicznych, naprawdę dobrych gamingowych myszy bez kabli (fot. Razer)

Czwarty powód to opóźnienia. W przypadku peryferiów skierowanych do grających użytkowników, to właśnie niewielkie lagi, właściwie niewyczuwalne w normalnym użyciu, okazują się być języczkiem u wagi. Stąd np. bezprzewodowych myszy dla graczy jest zauważalnie mniej.

Gdzie zmierzamy?

Czy zatem bezprzewodowa przyszłość to ślepa uliczka? Niekoniecznie. Możliwe, że za jakiś czas uda się stworzyć metodę transmisji bezprzewodowej, której zalety przekonają nas do rezygnacji z tradycyjnego okablowania.  | CHIP