Akumulatory w lustrzankach
Prawdziwa wydajność akumulatorów
Producenci lustrzanek podają dane na temat liczby zdjęć, jakie może wykonać dany aparat po naładowaniu akumulatora, ale czy można im wierzyć? Na wszelki wypadek sprawdziliśmy to sami.
|
Prezentując testy lustrzanek, od lat podajemy w nich między innymi dwie liczby: minimalną i maksymalną liczbę zdjęć, które aparat może wykonać bez ponownego ładowania akumulatora. Właściwie to drobiazg, który łatwo można przeoczyć w sytuacji, gdy w innym wierszu tabelki informujemy o zmierzonej realnej rozdzielczości aparatu lub prawdziwym poziomie szumów matrycy przy różnych czułościach ISO. A jednak w czasach, w których jakość zdjęć uzyskanych z większości lustrzanek okazuje się więcej niż zadowalająca, właśnie na ten element warto zwrócić uwagę. Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista – w dużym stopniu przekłada się to na komfort pracy z danym aparatem. Jeśli akumulator jakiejś lustrzanki nie zapewni nam dnia dość intensywnego fotografowania, to mamy do wyboru kilka niekoniecznie wygodnych rozwiązań. Albo musimy dokupić zapasowe ogniwo, albo dołożyć do korpusu uchwyt pionowy (o ile jest taka możliwość), albo też zmniejszyć liczbę wykonywanych zdjęć. Każde wyjście z tej kłopotliwej sytuacji ma pewne wady, na przykład zmusza do dodatkowych wydatków lub dźwigania ze sobą większego ciężaru. A przecież nie musi tak być. Nasz test pokazuje, że na rynku dostępnych jest sporo lustrzanek, które możemy zabrać nawet na kilkudniową wycieczkę fotograficzną bez ładowarki, by potem bezstresowo uwieczniać każdy napotkany kwiatek, i to w kilkunastu ujęciach. Szczęściu warto pomócWydajność akumulatora zależy nie tylko od niego samego i od aparatu. Dużo zależy też od użytkownika, czyli od sposobu, w jaki będzie ze swojego aparatu korzystał. Stąd w naszym teście podajemy minimalną i maksymalną liczbę możliwych do wykonania zdjęć, a nie jedną (tak jak to robią producenci sprzętu). Odpowiedź na pytanie, jak uzyskujemy każdą z tych liczb, jest równocześnie informacją, co naszym zdaniem warto robić, by tych zdjęć było jak najwięcej. Aby maksymalnie obciążyć akumulator lustrzanki, gdy to możliwe, wykonujemy zdjęcia z wykorzystaniem wbudowanej lampy błyskowej, włączamy tryb Live View, stabilizację matrycy i wyświetlanie informacji na tylnym ekranie, którego jasność ustawiona jest na najwyższy poziom. Natomiast żeby odciążyć akumulator, wygaszamy tylny wyświetlacz, wyłączamy stabilizację i lampę błyskową. Gdy przyjrzymy się wynikom testu, przekonamy się, że różnice w wydajności mini- i maksymalnej mogą być ogromne. I jeszcze jedno. Wszystkie testy przeprowadzane są w klimatyzowanym pomieszczeniu i przy stałej temperaturze otoczenia (ok. 24 stopni Celsjusza). Warto pamiętać, że wydajność akumulatora w ogromnym stopniu zależy właśnie od temperatury, w jakiej użytkujemy aparat. Reguła jest prosta: żadne skrajności nie są wskazane. Najwyższą wydajność akumulatory oferują zazwyczaj w temperaturze ok. 20–30 stopni Celsjusza, natomiast każde 10 stopni więcej lub mniej często powoduje kilkunasto-, a czasem nawet kilkudziesięcioprocentowe ograniczenie ich możliwości. Zarówno pozostawienie aparatu gdzieś w upalnym słońcu, jak i długie trzymanie go na mrozie jest dla jego akumulatora bardzo szkodliwe. Latem lepiej położyć urządzenie w zacienionym miejscu lub schować do plecaka, zimą najlepiej trzymać aparat pod kurtką, blisko ciała i wyjmować tylko na chwilę, by wykonać zdjęcie. Akumulator nie LeninLenin może i jest wiecznie żywy, natomiast akumulator twojego aparatu już niekoniecznie. Ale można jego życie znacznie wydłużyć, o ile stosuje się kilka prostych reguł. Pierwsza z nich to całkowite, maksymalne naładowanie akumulatora przed pierwszym użyciem, niezależnie od tego, czy jest to ogniwo litowo-jonowe (Li-Ion), niklowo--wodorkowe (NiMH) czy niklowo-kadmowe (NiCd). W przypadku dwóch pierwszych typów korzystniejsze jest później niedopuszczanie do zbytniego rozładowania akumulatora, natomiast ogniwa NiCd – ze względu na tzw. efekt pamięci – należy jak najczęściej rozładowywać do końca. |




Kup Najtaniej
I sprawa najważniejsza, o której chciałem tak naprawdę napisać, jeden akumulator daje minimum 300 ujęć, i po co ktoś chciałby nawet na dwutygodniowej wycieczce robić więcej ? Po co robić jednemu kwiatkowi kilkanaście ujęć, jak wystarczy jedno, dwa, ale skadrowane z głową, a nie pstrykane jak leci ? Kto będzie przeglądał te kilkaset zdjęć z jednego wypadu ? Gdy aparaty były na film, który kosztował i było trzeba jeszcze zapłacić za jego wywołanie, to chyba bardziej się myślało nad tym co się robi. A teraz zauważam tendencję do robienie setek ujęć, zrzucania ich na komputer, gdzie będą leżeć latami nigdy nie obejrzane, lub raz na szybko przejrzane tylko.
Kiedyś fotograf na ślubie dawał ok. 100-120 ujęć za reportaż całego dnia, teraz ja sam daję ok. 300 ujęć, co imo jest dużo i mam wątpliwości, czy oglądający dadzą radę wszystko obejrzeć za jednym podejściem, ale mimo wszystko są to wyselekcjonowane zdjęcia i przygotowane do oglądania (korekcja przy wywoływaniu z raw'ów, czasem jakaś delikatna stylizacja), ale znam fotoziutków, co dają z jednego dnia wesela nawet do 1500 (słownie: tysiąc pięćset) zdjęć, ot jak się napstrykało, tak zgrane z karty na płytę, a sam "fotograf" nie widział (zdarzają się ujęcia podłogi, gdy przez przypadkowo wciśnięty spustmigawki)...
Pozdrawiam