Cyberwojna
Google gra w Chińczyka
Google wycofuje się z chińskiego rynku Internetowego. Zdaniem koncernu, rząd tego kraju dopuścił się cyberataku na serwery wyszukiwarki. Zobacz, jak przebiegła najgłośniejsza cyberwojna ostatnich lat.
|
Google wycofuje się z chińskiego rynku internetowego. Przyczyną tej decyzji były przemyślane ataki na konta GMail chińskich działaczy na rzecz praw człowieka. Co prawda internetowy gigant nie oskarżał na początku bezpośrednio chińskiego rządu, jednak od razu rzucał dość wyraźne aluzje w tym kierunku. Zapowiadając, iż kończy z cenzurą w Chinach, Google całkowicie opuszcza najludniejszy kraj świata. - Te ataki i inwigilacja, którą odkryły, w połączeniu z wieloletnimi próbami ograniczenia wolności słowa w Sieci, poprowadziły nas do decyzji, że powinniśmy zrewidować wykonalność naszych operacji biznesowych w Chinach - napisano na oficjalnym blogu Google'a. - Zdecydowaliśmy się, że nie będziemy więcej cenzurować naszych wyników na Google.cn, a w ciągu kilku najbliższych tygodni będziemy ustalać z chińskim rządem, w jaki sposób zgodnie z prawem możemy dostarczyć niefiltrowane wyniki wyszukiwania, jeśli w ogóle. Zdajemy sobie sprawę, że to może oznaczać konieczność zamknięcia Google.cn i potencjalnie naszych biur w Chinach. Co właściwie się wydarzyło? Firma McAfee odkryła, że za cyberatak, przypuszczony na konta GMail należące do działaczy na rzecz wolności w Internecie, odpowiedzialna jest dotychczas nieznana luka bezpieczeństwa w przeglądarce Internet Explorer. W notatce zamieszczonej przez Mike'a Reaveya na blogu TechNet, Microsoft przyznaje się do przeprowadzenia własnego śledztwa i potwierdza obecność luki w IE, która była wykorzystana w tym "wysoko wyrafinowanym i ukierunkowanym" ataku na kilka firm. W poście Reaveya czytamy - Oczywiście, to pech, że nasz produkt został wykorzystany w tej przestępczej działalności. Będziemy współpracować z Google'em, innymi firmami i odpowiednimi władzami, by rozwiązać zaistniały problem. Joe Stewart, amerykański ekspert od zabezpieczeń z firmy SecureWorks, powiedział na łamach New York Times, że zanalizował oprogramowanie użyte do cyberataku na Google i odnalazł dowód na to, że to strona chińska jest odpowiedzialna za te ataki. Według Stewarta, główny program użyty przez hakerów zawierał moduł oparty na algorytmie, który pojawia się w dokumencie technicznym pochodzącym z Chin, publikowanym wyłącznie na chińskojęzycznych witrynach. Najprawdopodobniej do otwarcia "tylnych drzwi" w systemach zainstalowanych na atakowanych komputerach, posłużył trojan o nazwie Hydraq. Do odtworzenia cyberataku, Stewart użył techniki zwanej programowaniem zwrotnym (reverse engineering). Dzięki temu mógł rozszyfrować jak i gdzie zostały użyte szkodliwe oprogramowanie. |

Kup najtaniej

Gratuluje umieszczającemu
Jednak patrząc na reakcję Chińczyków to oni to mają gdzieś. Takie postępowanie niczego nie zmieni w mentalności narodu i rządu chińskiego. Co najwyżej zwraca uwagę opinii publicznej reszty świata na ten "problem". Z tym, że to reszta świata ma z tym problem bo mam dziwne wrażenie, że sami Chińczycy nie wiedzą o tym, że go mają. Może jakiś procent społeczeństwa jest uświadomiony jednak siedzi cicho ze strachu przed represjami.
Martwi mnie jednak druga strona medalu postępowania Google, czy też innych firm. Nie pochwalam działań, ani tym bardziej reżimu ChRL ale mamy tu do czynienia z bardzo niebezpiecznym w konsekwencji działaniem. Przez jednych zostanę uznany za defetystę, innych za naiwnego realistę ale Chiny mają w jednym aspekcie rację.
Jest to bezprecedensowe wydarzenie, w którym obca (w sensie narodowości) korporacja próbuje wymusić na niepodległym państwie zmianę swojego prawa i mentalności narodowej.
Taka sytuacja jest niedopuszczalna i bardzo groźna. Wyobraźcie sobie konsekwencje takiego oddziaływania w wydaniu innych firm np. na nasze ustawodawstwo. Obawiam się, że od pewnego czasu już ma miejsce ten proceder chociaż niewielu go zauważa. Jest sprytnie kamuflowany za szczytnymi hasłami. A docelowo najważniejszy jest... interes firmy, która coś lobbuje.
Popieram działanie Google jako Europejczyk. Będąc Chińczykiem "fundamentalistą"... mógłbym zmienić zdanie.
Reżim ChRL opiera się na kontroli i cenzurze. Więc masz rację. Nie chodzi o ustawę ale o zmianę całego ustroju. Sądzicie, że uderzą się w pierś i powiedzą, "— Cholera, macie rację, robiliśmy bardzo źle. Bardzo zależy nam na opinii reszty Świata więc posłuchamy głosu rozsądku firmy Google i natychmiast wprowadzimy stuprocentowo czysty prawicowy kapitalizm. Obiecujemy, że nie będziemy cenzurować informacji, pokażemy naszym obywatelom, jak są biedni względem reszty ludzkości. Powiemy im, że są wyzyskiwani a nieprzystosowanym do kapitalizmu pozwolimy umrzeć w zapomnieniu. Jest nas sporo. Wielu poległo w czasach czerwonej rewolucji, teraz wprowadzimy gwiaździstą". — ???
Nawet jeśli działanie Google jest podyktowane szlachetnymi pobudkami to nie sądzę aby ten marginalny bojkot przyniósł jakiekolwiek korzyści. No może tylko chińskiej wyszukiwarce Baidu, która straciła konkurenta.
Jeśli Google liczy na to, że inne firmy z Zachodu pójdą w jego ślady to są bardziej naiwni niż myślałem. Z drugiej strony niech zrezygnują w takim razie całkowicie z taniej siły roboczej Chin i wycofają się z tamtego rynku całkowicie a nie tylko z drugorzędnej inwestycji.
Tyle mogą zrobić. A czy powinni? Jeśli chcecie III wojnę światową...
Chiny ewoluują we własnym tempie. Nikt im niczego nie narzuci ani prośbą ani groźbą. Trzeba być naprawdę oszołomionym, albo nie znać historii, żeby myśleć inaczej.
Presja na Chiny może odbywać się tylko w jeden sposób. Poprzez przekonywanie i ekspansję kulturową. Jednak Chińczycy, a właściwie ich rząd nie jest w ciemię bity bo zdaje sobie z tego sprawę i nie chce amerykanizowania swoich obywateli. Stąd też, między innymi, cenzura.
W zderzeniu kultur wygrywa zawsze albo silniejsza albo atrakcyjniejsza. Konsumpcyjny kapitalizm jest atrakcyjniejszy od "socjalizmu demokratycznego", czy jak to nazwać w chińskiej wersji.
Na przełomie ostatnich dekad widać jakie zmiany zachodzą w Chinach. Są wolne ale konsekwentnie idą ku otwartości na świat mimo hermetyzacji niemal wrodzonej Chińczykom. Warto byłoby ich traktować jak partnerów i, jak w przypadku wiary, szanować ich drogę życiową bezinwazyjnie. Z tym, że to wymaga długoterminowej finezji dyplomatycznej a tego jak widać Zachodowi, głównie Amerykanom brakuje. Najchętniej wysłali by tam wojsko, z tym, że nie mają żadnych szans z Tygrysem Azji.
(Żeby nie było, że gloryfikuję Chiny. W moim mniemaniu mają kiepsko, ale nie mam zamiaru uszczęśliwiać ich na siłę, dać im kapitalistyczną komerchę tylko po to, żeby łatwiej nimi manipulować.)
Pańska mentalność to mentalność poskomunistycznego dorobkiewicza, dla którego liczy się tylko korzyść i to natychmiast. I wszystko musi się opłacać. Okropna mentalność bo tymczasem prawda jest całkowicie inna. Kościół katolicki potrzebował 450 lat zanim zaczął się "opłacać" jako religia państwowa. Marks ogłosił manifest w 1948 a Lenin zdobył niestety władzę w 1917. Partie ekologiczne odnoszą sukces po 30 latach. Tylko w Polsce dorobkiewiczów nikt nie może zrozumieć, że można działać nie dla pieniędzy i robi się z nich oszustów.
Krótko: Tylko dla idei ludzie idą do więzienia bo tylko to się opłaca. Szkoda, że w Polsce ci, którzy się dla wolności poświęcili, zostali stłamszeni i opinią rządzą ograniczeni i małostkowi dorobkiewicze.
Kolego lub koleżanko z IP IP:83.6.89.*
Radzę przeczytać ze zrozumieniem moje opinie i przeanalizować, czy aby moje wnioski nie są zbieżne jak Pani/Pana. Nazywanie mnie "postkomunistycznym dorobkiewiczem" świadczy tylko o Twojej hermetyczności pojmowania faktów, które przedstawiłem właśnie zupełnie odwrotnie. To typowe dla przedstawiciel pewnej frakcji politycznej w Polsce braci Prawego i Sprawiedliwego.
Radzę liznąć więcej historii Chin i nie odnosić jej ślepo do warunków europejskich. Analogie nie zawsze są możliwe do przeniesienia na grunt Azji. Ludzie są tacy sami ale ich mentalność uwarunkowana zupełnie innymi czynnikami.
[…]
1. Idee nawet jeśli są szczytne w przypadku wprowadzenia ich w życie zostają wypaczone w sposób świadomy lub nieumyślny
2. Idee są ideami a nie przepisem na dobrobyt, w zderzeniu z rzeczywistością pokazują swoje pragmatyczne braki
3. To co udaje się w jednej określonej populacji ludzkiej nie koniecznie ma przełożenie na inną grupę społeczną
4. Mentalność uwarunkowanego historycznie WOLNEGO człowieka nie znosi narzucania woli sprzecznej z osobistym pojęciem wolności
5. Mentalność człowieka żyjącego od pokoleń pod jarzmem reżimu jest bardziej uległa i próba zerwania z totalitaryzmem przypomina zerwanie z nałogiem (do tej pory w Polsce, Rosji i republikach byłego ZSRR żyją ludzie tęskniący za totalitaryzmem, jest ich całkiem sporo, są to głównie ludzie starsi ale także młodzież omamiona hasłami Imperium)
6. Religia mogła pomóc w Polsce bo istniała zakorzeniona od tysiącleci, w Chinach jest inaczej (sprawdźcie sami jak)
7. Religia ma ideały silniejsze od doktryn cywilnych, fundamentalizm religijny jest jego najmocniejszym przejawem i umożliwia walkę aż do śmierci o uzyskanie celu
8. Chińczycy nie mają tego oręża bo Buddyzm, Shintoizm i inne religie Chin nie są tak inwazyjne jak Chrześcijaństwo, są religiami "pasywnymi" w sensie "wyciszania się" na zło świata
ergo
Chińczycy sami sobie poradzą i za parę dziesięcioleci stworzą społeczeństwo, któremu będzie prawdopodobnie zazdrościł świat.
Niestety firma będąc idealistą wśród sfory wilków narobiła sobie tylu wrogów wśród korporacji, że praktycznie nie ma ona silnego sojusznika. Postanowili zdemokratyzować Świat i dać ludziom dostęp do informacji, każdej informacji, nawet tych, które prawnie należą do osób fizycznych, prawnych i podmiotów gospodarczych.
Ich działania "dawania alternatywy" przysporzyły im tak wielkiej niepopularności, że co najwyżej na palcach jednej ręki można zliczyć firmy kooperujące z Google. Jeśli nawet to robią to wyłącznie dla zysku lub poklasku grzejąc się w blasku giganta.
Ostatnie wydarzenia odbiły się mocno na kieszeni Googla. Stracili na rynku chińskim zysk sięgający 600 mln dolarów. W skali ich rocznego dochodu to i tak tylko 1/40 zysku ale Google stracił w oczach inwestorów, którzy wyprzedają jego akcje, odbiło się to oczywiście na obniżeniu ich wartości.
Hasłem przewodnim założycieli firmy jest sentencja "Nie czyń zła". Piękna prawda? Z tym, że przyjęli postawę rycerza w lśniącej zbroi i chcą tę walkę ze złem prowadzić sami. […]
Gdyby Google dogadał się z takimi potęgami jak Microsoft, Apple, Yahoo, Adobe i producentami sprzętu komputerowego. Gdyby dyplomatycznie wystosowali swoje stanowisko dotyczące złagodzenia cenzury, dając w zamian zapewnienia dotyczące starań konsultowania przyszłej polityki firm względem Państwa Środka dodatkowo, kosztem własnych zysków, zapewnić dostęp do swoich technologii dla dobra Chińczyków...
Mogłoby się to udać, ale nie jednej firmie. Google został outsiderem w swoim podejściu na własne życzenie. Nawet takie firmy jak DELL czy Yahoo, które popierały akcję teraz się z tego poparcia próbują wycofać widząc z jakimi konsekwencjami to się wiąże.
Google chce być mesjaszem narodów, ale zapomniał o solidarności. Zapomniał o tym, że szacunek okazany innym, zaufanie i kooperacja dają wymierne efekty. Strzelenie focha i wycofanie się z rynku, gdzie mogli coś zmienić postawiło ich na przegranej pozycji.
Historia pokaże czy coś to dało. Na pewno dali przykład, że tak można. Popieram ich cel, ale nie wykorzystywane do jego realizacji środki.