Nowe Światy w starym stylu
Recenzja gry King's Bounty Nowe Światy, czyli wizyta orków u Amelii
Jeżeli zostaliście już Legendą i podróżowaliście w towarzystwie Wojowniczej Księżniczki mam dla was dobrą wiadomość: czas na podbijanie Nowych Światów!
|
King’s Bounty to gra niezwykła. Pierwotnie „klon serii Heroes” – jak zwykła być nazywana ta produkcja – przerósł swój pierwowzór pod wieloma względami. Tym, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z żadną ze wspomnianych produkcji należy się słowo wyjaśnienia. Obie gry są strategiami turowymi, w których kluczowe role odgrywa walka, odkrywanie kolejnych połaci mapy, zbieranie surowców i najmowanie jednostek. Jednak o ile wszystkie te czynności w „Herołsach” odbywają się w turach, o tyle w King’s Bounty tylko walka. Poza tym same najmowanie jednostek odbywa się w przychylnym nam zamkom, a nie w budowlach należących bezpośrednio do nas. King’s Bounty jest też dużo trudniejsze. Starcia już od początku nastręczają pewnych trudności, a im dalej w las, tym więcej drzew. W produkcji odgrywa więc dużą rolę sam bohater, jego umiejętności, jak i nasze. Dowodzenie i taktyka to kluczowe atrybuty potrzebne do zwycięstwa. Jedna duża nowośćNie inaczej jest w Nowych Światach, jednak tym razem mamy do wyboru trzy zupełnie świeże kampanie z odmiennym podejściem do walki. Pierwsza z nich – Marsz Orków – skierowana jest do osób, które chcą... przejście Wojowniczą Księżniczkę od nowa. W znaną nam już przygodę wplecione została bowiem cała masa nowości. Zobaczymy w niej nowe budynki, postacie, artefakty, zaklęcia, jednostki czy umiejętności dla nich. Nie zabrakło też tytułowych orków. Dysponują oni umiejętnością adrenalina, która wzmacnia ich w walce. Dodatek jest też najbardziej wymagający spośród wszystkich trzech. Przejście go nawet bez potrzeby powtarzania walk, zajmie kilkadziesiąt godzin. Dla chcącego jednak nic trudnego i jeżeli ktoś ukończył podstawową kampanię z dodatkiem tez powinien sobie poradzić. Dwie małe nowości
Dwie pozostałe mini-kampanie oferują nam szybkie podbicie poziomów, a to dlatego, że ich główna atrakcją są walki. W Strażniczce Korony nadal kierujemy poczynaniami Amelii i jej armii. Na zamek napadają przeróżne istoty, a my oczywiście musimy go bronić. Walki toczą się na specjalnie przygotowanych arenach. Nie liczcie jednak na taryfę ulgową. Nie dość, że nie dysponujemy znaczna ilością wojska ani tez liczebną armią, to jeszcze sama główna bohaterka nie grzeszy wysokim poziomem. Na domiar złego pola bitwy zostały zaprojektowane na niekorzyść użytkownika. Często na drodze do wrogich jednostek stoją wieże strzelające czy też innego rodzaju bariery. Mimo to grę daje się skończyć w zaledwie kilka godzin. Nieco dłuższą zabawę oferuje trzeci dodatek: Czempion Areny. W grze będziemy dowodzić wojskami rycerza Artura, który zmierzy się z najgroźniejszymi stworzeniami, z jakimi mieliśmy do tej pory do czynienia przez wszystkie części gry. Tak, jak poprzednio dostęp do jednostek oraz funduszy jest mocno ograniczony, jednak szybkość z jaką zdobywamy kolejne poziomy ogromna. Wszystko zmienia się z biegiem gry, gdy zgadzamy się wykonać zlecenia dla gildii. Oczywiście polegają one na unicestwieniu konkretnego przeciwnika, co proste nie jest. Za wykonanie zadania otrzymujemy możliwość rekrutacji potężniejszych jednostek. Dodatek ten jest też nieco dłuższy od poprzedniego. Przejście całej gry zajęło mi około cztery godziny. Dodatkową atrakcją dołączoną do gry jest edytor. Tworzenie w nim nie jest zbyt trudne, lecz, aby nauczyć się, jak w pełni wykorzystywać jego potencjał trzeba poświęcić swój czas. Z tego tez powodu zapewne większość użytkowników zniechęci się do niego już na samym początku. Pozostanie tylko grupa wytrwałych, od których odtąd zależeć będą losy gry. Nie jest przecież tajemnicą, że dzieła fanów są niekiedy lepsze i bardziej rozbudowane od tych, stworzonych przez twórców. |


Kup Najtaniej