King Kong. W 1933 roku efekty użyte w filmie były uważane za szczytowe osiągnięcie kinematografii
Magia kina w dużej mierze wynika z efektów specjalnych. Ich pionierem był reżyser George Méliès. Jego słynna, nakręcona w 1902 r. „Podróż na Księżyc” miała prostą fabułę, ale zastosowane w niej znane z teatru sztuczki, takie jak malowane tła, specjalna charakteryzacja i montaż, umożliwiły widzom oglądanie nieistniejących światów. W kolejnych latach powstawały coraz większe i coraz lepiej wyposażone studia filmowe, które udoskonalały technikę filmową, w tym metody tworzenia efektów specjalnych, czyli wmawiania widzom, że to, co zobaczyli na ekranie, wydarzyło się naprawdę. Jednym z takich znakomitych sposobów na zgrabne oszukanie widza okazało się wprowadzenie tzw. blue boksu. Blue box to metoda polegająca na umieszczeniu aktora na jednolitym niebieskim (lub zielonym) tle, które w filmie jest zastępowane komputerowo generowanym obrazem. Zastosowanie tych kolorów wynika z tego, że zdecydowanie różnią się one od koloru ludzkiej skóry. Bez trudu można więc uzyskać efekt np. człowieka bez nóg, wystarczy ubrać aktora w niebieskie skarpety i postawić przed blue boksem. W ten sposób uczyniono inwalidę z aktora Gary’ego Sinisa – jednego z bohaterów „Forresta Gumpa”.
Rendering: komputer jest szybszy
Ten film kosztował 30 mln dolarów i zarobił ich aż 350 mln. Historia zabawek z dziecięcego pokoju, czyli „Toy Story”, otrzymała specjalnego Oscara oraz nominację do Oscara za oryginalny scenariusz. Ale to nie scenariusz spowodował, że film przeszedł do historii kina, tylko fakt, że „Toy Story” jest pierwszym pełnometrażowym filmem animowanym w całości wygenerowanym komputerowo. Produkcja trwała cztery lata. Do renderingu zaprzęgnięto klaster 117 graficznych stacji roboczych SPARC firmy Sun Microsystems, a i tak trwał on aż 800 000 „komputerogodzin”, czyli ponad 280 dni. Użycie w zamian zwykłego jednoprocesorowego komputera spowodowałoby, że film „liczyłby się” 43 lata.
Trzeci wymiar: zobacz z bliska
Obecnie komputery są tak wydajne, że obraz scen uzyskanych za pomocą komputerowej
animacji z trudem można odróżnić od prawdziwego. Najlepszym przykładem jest „Avatar”, którego akcja dzieje się na Pandorze – komputerowo stworzonej planecie. Dzięki mocy obliczeniowej, która podołała wyobraźni twórców, widz jest skłonny uwierzyć nawet w lewitujące góry. Oczywistą siłą „Avatara” jest zastosowana, po raz pierwszy na taką skalę, technika 3D. A przecież to nie pierwszy film zrealizowany w tej technice. Już w 1922 r. pokazano obraz 3D „The Power of Love”. Wyświetlany z dwóch rolek jednocześnie, cierpiał na poważne zakłócenia barw, a widzowie na wynikający z tego ból głowy. Technikę zarzucono aż do lat 50., kiedy kino 3D krótko przeżywało złote czasy. Powstałe wówczas tytuły dalekie było od technicznej doskonałości, nie mówiąc o idiotycznych scenariuszach.
Dopiero dzięki cyfrowym metodom obróbki filmów, takim jak DCI (Digital Cinema Initiatives) i IMAX-3D, można kreować prawie doskonały trójwymiarowy obraz. Najlepsze efekty przynosi technologia Fusion, w której używany jest nowy rodzaj kamery rejestrującej obraz konwencjonalnie i trójwymiarowo. Właśnie tak powstał „Avatar”. Zachwyt kinem 3D spowoduje zapewne wysyp kolejnych superprodukcji oraz przeróbki już znanych „płaskich” tytułów do trzeciego wymiaru, tak jak w przypadku wspomnianego „Toy Story”, które teraz pojawiło się w pełnowymiarowej wersji.
Nawet jezeli teraz jest boom na avataropodobne produkcje, to widzowi szybko sie to znudzi. Aktora nic nie zastapi. To nie przykrecanie srubek w fabryce...