Mobileblog - blog o urządzeniach mobilnych
Gadżetowa głowologia, czyli dlaczego twój telefon i laptop są najlepsze na świecie.
Czy to prawda, że użytkownicy iPhonów cierpią na syndrom sztokholmski? Radio Erewań odpowiada: Tak, to prawda. Tyle, że nie na syndrom sztokholmski, tylko racjonalizację, nie "cierpią" (bo to nie choroba), a nieświadomie stosują, wreszcie nie użytkownicy iPhone'ów, tylko wszyscy posiadacze gadżetów. Tak, ty drogi czytelniku też. Zresztą, przeczytaj sam.
Dziś będzie zgoła nietechnologicznie. W Sieci pojawił się ostatnio raport, w którym grupa bliżej nie sprecyzowanych ekspertów twierdzi, że posiadacze iPhone'ów cierpią na tak zwany syndrom sztokholmski. Nie chciałbym być niemiły, ale moim zdaniem celem całego raportu było jedynie zwrócenie uwagi mediów, zaś jego wartość merytoryczna przypomina stary dowcip Radia Erewań: wszystko to prawda, ale nie w Moskwie, tylko w Leningradzie, nie samochody, a rowery i nie rozdają, tylko kradną.
To jak to jest naprawę?
Nie na syndrom sztokholmski, tylko racjonalizację, nie "cierpią" (bo to nie choroba), a nieświadomie stosują, wreszcie nie użytkownicy iPhone'ów, tylko wszyscy posiadacze gadżetów (a w zasadzie, to wszyscy ludzie).
Krótki kurs głowologii codziennej Babci Weatherwax
Życie nie jest usłane różami. Od najwcześniejszych dni spotykamy się z sytuacjami, w których coś musimy albo czegoś nie możemy. Ludzie nie lubią musieć. Ludzie nie lubią nie móc. Ludzie potrzebują poczucia, że sterują swoim życiem. Jak sobie z tym poradzić? Otóż matka natura, ewolucja czy kto tam stoi za niezbyt-inteligentnym-projektem wbudował w nas mechanizm psychologiczny zwany racjonalizacją, który pozwala nam przekonać samych siebie, że wszystko jest w porządku i po naszej myśli, pomagając zachować zdrowie psychiczne. Jak to działa?
Załóżmy, że z jakiegoś powodu nie możemy kupić sobie SUV-a. Może nas nie stać, może mamy za mały garaż (SUV nie zmieściłby się obok stojących już tam Ferrari, Porshe i Jaguara), a może żona się nie chce zgodzić. Grunt, że musimy jeździć Czymś-Zupełnie-Innym. Nie minie wiele czasu, a pojawi się w nas głębokie i szczere przekonanie, że w gruncie rzeczy to dobrze, że nie mamy SUV-a i że nigdy tak naprawdę go nie chcieliśmy i wcale nie potrzebujemy. Dlaczego? Bo SUV-y za dużo palą. Bo mają za wysoko położony środek ciężkości i są przez to niebezpieczne. Bo trudno je zaparkować. Bo jeżdżenie takim to obciach.
Jak widać, nasza podświadomość wygenerowała wiele jak najbardziej racjonalnych uzasadnień dla faktu, że nie mamy takiego samochodu, jaki przecież _chcieliśmy_ mieć, sprawiając, że zyskujemy wewnętrzne przekonanie, że postępujemy zgodnie ze swoją wolą, a nie zmuszeni okolicznościami.
Ten mechanizm nazywa się w psychologii "kwaśnymi winogronami" - podświadomie przekonujemy samych siebie, że winogrona, na które mamy ochotę są kwaśne i niesmaczne.
A teraz, druga sytuacja: znów, zmuszeni takimi czy innymi okolicznościami kupiliśmy autko typu Panda czy Matiz, chociaż wolelibyśmy Coś-Całkiem-Innego. W rozmowie ze znajomymi będziemy przekonywać (zupełnie szczerze, z pełną wiarą we własne słowa), że wybraliśmy takie maleństwo, bo oszczędne i łatwe w parkowaniu oraz doskonale dostosowane rozmiarami do naszych potrzeb, a większego wcale nie potrzebowaliśmy i nie chcieliśmy. Nigdy przenigdy, Boże broń.
Takie czary to tak zwane "słodkie cytryny" - staramy się uwierzyć, że cytryny, które przyszło nam jeść są słodkie i że jemy je z przyjemnością.
Żeby skończyć już ten przydługawy wykład, dorzucę jeszcze jedną regułę, której działanie siedzi mocno w mechanizmie "słodkich cytryn": regułę konsekwencji. Jeśli w końcu biorąc kredyt, rozbudowując garaż i przekonując (albo zmieniając, w zależności od determinacji naszej i żony) żonę kupiliśmy sobie tego wymarzonego SUV-a, a on okazał się niewygodny w prowadzeniu, niemożliwy do zaparkowania gdziekolwiek w mieście, strasznie nieekonomiczny, a w dodatku zaczął się psuć, nasze poczucie własnej wartości jest zagrożone. Czy w tej sytuacji wystawimy nieszczęsny samochód na Allegro i poszukamy czegoś innego? Głowologia Babci Weatherwax mówi, że nie.
Im więcej trudu kosztowało nas osiągnięcie obecnego stanu, tym wytrwalej będziemy twierdzić, że tak właśnie miało być, że jesteśmy zadowoleni i w ogóle wszystko jest wspaniale.
Gorzki multitasking i słodkie kompilowanie jądra
Multitasking jest zbędny i tylko zwiększa zużycie prądu, ekrany rezystywne w gruncie rzeczy są równie dobre, co pojemnościowe (a nawet lepsze, bo działają z rysikiem!), jeden port USB starczy każdemu, a multitouch do niczego się nie przydaje. Kompilowanie kernela to sama przyjemność, konfigurowanie systemu za pomocą edycji plików tekstowych jest najwygodniejsze na świecie, dostępność setek antywirusów (zwalczających miliony wirusów) to zaleta systemu operacyjnego, podobnie jak niedostępność softu (bo ten, który jest, jest najlepszy na świecie i nic więcej nie trzeba). Znacie? Na pewno. Teraz wiecie już, skąd takie teksty się biorą.
W prostych, żołnierskich słowach: jedyne krótkie chwile obiektywizmu, na jakie nas stać, to te, kiedy rozglądamy się za nowym urządzeniem/oprogramowaniem (a i tu ogromne znaczenie ma to, czego używaliśmy do tej pory - kłania się reguła konsekwencji). Ale wystarczy nazwać dowolny gadżet swoim, żeby nieuchronnie zacząć przemieniać się w gollumowatego fanboja, głuchego na argumenty, racjonalizującego swój wybór za pomocą najróżniejszych, mniej lub bardziej prawdziwych i sensownych argumentów.
Ta przemiana dotyka wszystkich. Użytkowników telefonów z Windows Mobile, Androidem i Symbianem. Posiadaczy Sony Ericssonów, Nokii i Samsungów. Właścicieli notebooków z procesorami Intela i AMD albo kartami ATI i Nvidii. To ona stoi za transformacją zwykłych ludzi w linuksiarzy i windziarzy (pamiętacie komentarze pod tym postem? Albo pod tym?). Last, but not least - chorują na to makowcy.
Zgodnie z regułą konsekwencji, najbardziej zajadłymi fanbojami okazują się ci (an masse, bo oczywiście wszędzie trafiają się niereformowalne i twardogłowe jednostki), którzy w swoje zabawki wkładają najwięcej pracy (na przykład użytkownicy Linuksa) albo pieniędzy (na przykład użytkownicy produktów Apple'a), ale kto by się tam bawił w ustawianie jakiś hierarchii, kiedy zaczyna się flame?
A co z dziennikarzami? Staramy się (ok., mówię za siebie i całkiem spore stadko kumpli i znajomych z innych gazet, portali i blogów). Obiektywizm to kwestia nie tylko wiedzy, ale też pewnego wysiłku umysłowego, który trzeba zdecydować się podjąć. Pomaga fakt, że mamy cały czas mamy kontakt z dużą ilością różnorodnego sprzętu (ja staram się mieć na biurku lub po kieszeniach nie mniej, niż trzy-cztery różne telefony z różnymi systemami, ze dwa notebooki lub netbooki i trochę innego drobiazgu - tak, kocham tą pracę! :-), jednocześnie żadnego z nich nie czyniąc tak naprawdę swoim.
Oczywiście, czytając niektóre blogi bardzo wyraźnie można zauważyć u ich autorów zaślepiającą (a więc skłaniającą do racjonalizowania wad) miłość do iPhone'a, Windows Mobile, czy Tu-Wstaw-Dowolną-Markę ale w przypadku blogów nie jest to akurat nic złego - wiele osób pisze tylko dlatego, że pasjonuje się jednym konkretnym urządzeniem albo systemem.
A więc, dlaczego...?
Z pewnością zauważyliście, że z punktu widzenia "psychologii gadżetów" nie tylko nie wyczerpałem tematu, ale wręcz ledwo go szturchnąłem. Nie napisałem nic o psychologii grupy, o wpływie marketingu, o kwestiach identyfikacji, aspiracji i milionie innych rzeczy - ale nie o to tym razem chodziło. Chodziło o to, żeby uświadomić coś.
Drodzy użytkownicy iPhone'ów, Androidów, hateców, maków, windy, Linuksa, Symbiana, whatever. Nie dajcie sobie wmówić, że jesteście chorzy - nie jesteście, to manipulacja.
Ale zdawajcie sobie też sprawę, że zupełnie niepostrzeżenie wasze opinie mogą stać się nieobiektywne (ok., pewnie już się takie stały ;-) pod wpływem działania całkiem naturalnego i bardzo pożytecznego mechanizmu psychologicznego.
A dlaczego to właśnie twój, czytelniku, telefon, laptop i system operacyjny jest najlepszy na świecie? Oczywiście dlatego, że jest twój.

Kup najtaniej
Czy Pan jest na pewno pracownikiem redakcji Chipa? Pan się nie boi o własną posadę? Pan w ogóle wie co robi?
Do niedawna nie zwracałem zbytnio uwagi na to, kto pisze artykuły na portalach. Niestety, po kilkunastu ostatnich "dziełach" Pana kolegów z redakcji, zacząłem sprawdzać autora przed wgłębieniem się w treść. Pomijając już pana Miśkiewicza, który zniszczył resztki waszej podupadającej reputacji "testem" systemów operacyjnych, wielu waszych redaktorów pisze ostatnio teksty tylko po to, żeby wywołać flame-war. Prześcigają się w drobnych przekłamaniach, stronniczości i manipulacjach, byle tylko rozgorzała dyskusja pod artykułem. Pan natomiast, robi coś odwrotnego - pisze jakby stał z boku i widział coś więcej niż ilość postów pod artykułem i licznik wyświetlania reklam. W dodatku bez błędów merytorycznych i ortograficznych. Obawiam się jednak, że na nic się zdadzą Pana wysiłki, jest Pan w mniejszości, która szybko wyginie.
Oby tak dalej
Leon
Gratuluję autorowi zwrócenia w końcu uwagi na genezę sporów, które dręczą obecnie większość dyskusji na Państwa portalu. Myślę, że zbyt często zapominamy, że z racji przynależności do jednego gatunku (tak wszyscy jesteśmy homo sapiens sapiens, bez wyjątków) i po zastosowaniu pewnego rodzaju uproszczeń, charakteryzują nas wszystkich reguły z dziedzin biologii, a co za tym idzie psychologii. Obojętnie jak bardzo chcemy być tym "jedynym i niepowtarzalnym" "ja" z resztą społeczeństwa łączą nas cechy wspólne i dzięki temu życie jest w ogóle możliwe.
Pozdrawiam i życzę więcej tak owocnych i ciekawych przemyśleń,
Bartek
Tak, Kostek jest redaktorem CHIP-a. Musisz pamiętać, ze to jest blog, a więc subiektywne zdanie autora. W newsach (w tym i moim o "paranoikach") podajemy suche fakty, bez własnych przemyśleń - przekazujemy jedynie coś, co ktoś inny powiedział, zrobił, niekoniecznie się z tym zgadzając.
Tutaj, w 99,9 procenta zgadzam się z przemyśleniami w notce Kostka
Szkoda tylko, że część Waszych newsów niewiele ma wspólnego z suchymi faktami i obiektywizmem. Moim zdaniem, większość tego co umieszczacie na portalu (nie tylko blogi, w których oczywistym jest, że piszecie co myślicie, a nie podajecie fakty) nie służy przekazaniu informacji, tylko wywołaniu pyskówki w komentarzach pod tekstem.
Tekst Pana Konstantego, mimo że na blogu, jest bardziej rzeczowy i obiektywny niż większość waszych newsów i 'testów'. Pana tekst o paranoikach też był w porządku jako blog (choć ze względu na temat i formę musiał wywołać mało rzeczową dyskusję).
Leon
sam jestem "wyznawcą" WM (po obcowaniu z Omnią) ale na tyle trzeźwym, że na kilkanaście osób, które pytały mnie "jaki telefon powinienem kupić?" doradziłem go tylko jednej, bo doskonale zdaję sobie sprawę z wszystkich ułomności tego systemu jak i telefonu i tylko ktoś ich naprawdę świadomy może się cieszyć z tego urządzenia (tak jak ja)
Nasz obiektywizm, zależy tylko i wyłącznie od Twojego punktu widzenia. Dajmy na to, Ty lubisz Microsoft - napiszę, że Windows 7 jest pełen luk, bo taką dostałem informację z zaufanych źródeł, dla Ciebie będzie to oczernianie Microsoftu. Dla kogoś, wyznającego Apple, wręcz odwrotnie. Spotkałem się już z wieloma tego typu komentarzami, ale powiem Ci jedno - wolałbym, żeby jedna osoba skomentowała mój artykuł, ale rzetelnie, niż tysiąc osób - zarzucając mi stronniczość, gdy piszę o konkretnej firmie. Powtarzam - my sobie nie wymyślamy informacji, a czerpiemy je z konkretnych źródeł.
Wypłyńcie ze mną na niepoznane i nieprzewidywalne wody mojej wyobraźni, zubożonej przez retorykę i pozwólcie sobie na chwilę zadumy nad cywilizacją, cierpiącą na, jak to autor artykułu metaforycznie ujął; "syndrom sztokcholmski"
Czyżbyśmy wszyscy byli "zakładnikami" IT korporacji i w dodatku polubili swoich oprawców ?!
Obawiam się, że nie ma dowodów, że już nie jesteśmy.
Choćby smycz, w postaci mojej, już chyba niedostatecznie nowej, komórki, zdaje się potwierdzać moje zniewolenie i uzależnienie.
Ale przecież nie tylko szata zdobi człowieka i są przecież plusy tych minusów.
Z góry przepraszam jeśli tekst będzie niezrozumiały dla odbiorców.
Obawiam się, że nie był to zabieg przypadkowy.
Proszę potraktować go, jako ciąg dowolnych skojarzeń nawiązujących do artykułu i nie nawiązujących do istniejących pod nim komentarzy.
Nie miałem intencji nikogo urazić, z góry serdecznie i szczerze przepraszam, jeśli mój komentarz wzbudzi niechęć, klaustrofobię, ataki paniki, wściekłości, senności, w skrajnych przypadkach refleksji.
Za żadne z powyższych, nie chciałbym ponosić odpowiedzialności.
To tylko taka prywatna teoria, jedna z wielu, może niezbyt popularna.
Tak to już z teoriami bywa-jak mawiał Darwin.
c d n
"Człowieki" są bardzo leniwe z natury,
i jak mawiał tata Yeti do małego Yeti, nie wykopujemy człowieków z cmentarzy i nie jemy, bo ludzie są z gruntu źli...
Ale Homo (niechętnie) Sapiens,
zalicza się również do zwierząt o silnie zarysowanej hierarchii.
To truizm,
jak fakt, że wyznacznikiem statusu społecznego jest status materialny.
Bywa.
Że nie.
Rzadko.
Hierarchia społeczna tworzy nisze,
zdefiniowane umownymi ograniczeniami, jak;
moralność,
kultura,
prawo,
pieniądz,
płeć
czy nawet rozmiar jachtu.
Bywa że czasem z jednej niszy, nie widać innej niszy,
Bywa, że nic nie widać.
A trzeba by się jakoś rozpoznać.
Upodobnić
ZUnifikować.
Podzielić na zajęcia w podgrupach na podstawie wybranych zabawek.
Należy pamiętać, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, z czym zgadzają się Amerykańscy naukowcy albo się nie zgadzają.
Jako zwierzęta stadne, ale ciągle walczące o pozycję w siedmiomiliardowym stadzie, zaczeliśmy dostrzegać różnice, co daje nam możliwość wytykania innym naszych wad, a przede wszystkim,
zaczęliśmy dostrzegać siebie przez pryzmat lustra, jakim stał sie dla nas inny człowiek.
Porównaniom nie było końca.
Nie wszyscy jesteśmy tacy sami, jak trafnie ujął to kiedyś mój kolega; "(...) nawet w Chinach"
Różnice stały się skutkiem wyewoluowania systemu identyfikacji i wartości, a w rezultacie paradoksalnie identyfikacji przez wartość.
"Petunia non olet"
Siłą motoryczną i magnesem stał się bóg-pieniądz.
W każdej formie, od twardych diamentów, po miękką ropę.
System wartości zrodził pewne absurdy.
O ile, uda się znaleźć, zdrowego umysłowo członka chorego społeczeństwa, nie powinno być problemów z dostrzeżeniem, że
wybraliśmy niewłaściwe wartości jako priorytety.
Bywa, że nie jest już nawet istotne czy dobre czy złe i czy potrzebne.
Ważne, że inne.
Nowe.
Drogie.
Błyszczące.
Reklamowane.
Trudno-dostępne.
Godne pozazdroszczenia.
Stanowiące o elitarnej przynależności, wszak jedną z podstawowych potrzeb każdego człowieka, jest potrzeba akceptacji.
Nie bez znaczenia jest także wpływ stanu posiadania na ocenę w oczach innych i na samoocenę.
Zachwiana, skutkuje astronomicznymi kosztami, poniesionymi na, zawsze, od nowości przestarzały, sprzęt elektroniczny i ryzykiem powolnej atawistycznie-futurystycznej izolacji od świata w pogoni za wirtualnym surogatem szczęścia.
Zatem w szczurzym wyścigu gonimy ślepi, w zaułek, za króliczkiem,
bo to nie o to chodzi... by złapać, ale by gonić.
Zdrowa ambicja, by być jeszcze lepszym, kłóci się z prawdą, że lepsze bywa wrogiem dobrego.
Coś poszło nie tak...
Człowiek renesansu umarł.
Homo sapiens wersja XXII, pogubił się gdzieś po drodze, stracił własny osąd.
Decyduje akceptacja i zdanie większości, bo większość sie nie myli,
z lenistwa... mózgiem na skróty.
"Jak kupujesz aparat fotograficzny, to proste, ma mieć dużo pikseli".
Eh.. proste.
Nikt nie wspomina o matrycy czy parametrach jasności obiektywu.
O tym nie było, było tylko o pikselach.
Po wierzchu.
Nie za głęboko.
Jesteśmy, stajemy się, imitatorami życia.
Najczęściej z solidnymi lukami, w rozwijającej się, jak spadajacy z Pałacu Kultury papier toaletowy, wiedzy, często wątpliwej jakości i z niekoniecznie obiektywnych, bądź zweryfikowanych źródeł informacji, jakimi w głównej mierze stały się natenczas telewizja i internet.
Konsumujemy.
Do bólu brzucha.
Dobrze jest czasem przeczytać menu, by wiedzieć co położyć na talerz.
Smacznego
I nie "przejedzcie" się na święta niezdrowymi "nowinkami"