Pół niebiesko-biały schemat konstrukcyjny, pół telefon Samsunga, obok na drewnianym stole filiżanka z czarną kawą.

Smartfon idealny

Fot. Piotr Sokołowski
Zaspokojenie oczekiwań użytkowników nie jest proste. Nie tylko dlatego, że często nie wiedzą, czego dokładnie chcą albo ich oczekiwania są sprzeczne. Podstawowy problem polega na tym, że przeważnie rozwiązanie jednego problemu generuje kolejny. Jak sobie z nimi poradzić?

Ekran. Dużo, dużo ekranu!

Pamiętacie czasy, kiedy przodkowie smartfonów, palmofony, były wyposażone w dotykowy ekran o przekątnej 2,5″, a model o matrycy 4″ był uważany za „absurdalnie wielki”? Jeśli nie, to nie macie czego żałować. Korzystanie z czegokolwiek, od stron internetowych do klawiatury dotykowej, na wyświetlaczu wielkości dwóch znaczków pocztowych było, delikatnie rzecz ujmując, mało wygodne. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko ekrany smartfonów zaczęły rosnąć. Wkrótce standardem stały się matryce o przekątnej 4, potem 5 cali. By wreszcie dojść do stanowiącej dziś normę wielkości przekraczającej 6″. Jednak o ile trend powiększania ekranów absolutnie nie dziwi, o tyle co bardziej dociekliwi z was z pewnością zaczęli się zastanawiać nad pewnym fenomenem: jak to się dzieje, że wyświetlacze są niemal trzykrotnie większe, a w dalszym ciągu mieszczą się w ludzkiej dłoni, choć te przecież z pokolenia na pokolenie aż tak nie rosną?

Część zagadki wyjaśni się, kiedy położymy obok siebie telefon sprzed kilku lat i urządzenie współczesne. Choć może wydawać się to zaskakujące, dzisiejsze smartfony nie są wiele większe od swoich przodków.

Zresztą, dajmy przemówić liczbom: pochodzący z 2010 roku Galaxy S miał obudowę o długości 122 i szerokości 63 mm, co daje około 7800 mm2 powierzchni, podczas gdy Galaxy S10+ ma wymiary 158×74 mm, a więc jego powierzchnia to ok. 11 700 mm2. Różnica jest wyraźna, ale blednie przy różnicy w wielkości ekranu. Galaxy S był wyposażony w prawdziwie imponujący w owym czasie wyświetlacz AMOLED o przekątnej 4″ i powierzchni ok. 450 mm2, tymczasem jego pra-, prawnuczek może pochwalić się ekranem o przekątnej długości 6,4″ i powierzchni ponad 1030 mm2.

Na pierwszy rzut oka widać, co się zadziało. Przez niemal dekadę, jaka dzieli te urządzenia, inżynierowie ciężko pracowali nad tym, by zmieścić jak największy ekran w jak najmniejszej obudowie. Efekty ich pracy są imponujące. Często pojawiający się w materiałach reklamowych Galaxy S współczynnik powierzchni wyświetlacza do powierzchni obudowy wynosi około 58 proc., co oznacza, że niemal połowa (sic!) powierzchni frontu smartfonu jest zajęta przez elementy nie wyświetlające informacji. Dziewięć lat później, projektując Galaxy S10+ inżynierowie zdołali osiągnąć współczynnik ekranu do obudowy na poziomie 89 proc. W tegorocznym superflagowcu „marnuje się” (z punktu widzenia użytkownika pragnącego mieć jak największy ekran) zaledwie 10 proc. możliwej do wykorzystania powierzchni frontu.

Po co komu przyciski, czyli kontekst rządzi

Jeśli wydaje wam się, że trzy przyciski sprzętowe w telefonach takich jak Galaxy S czy Galaxy SII to zbędny balast, to macie rację i zarazem głęboko się mylicie. Macie rację, bo wszyscy doskonale wiemy, można się bez nich świetnie obejść. Uważając, że można było pozbyć się ich już wtedy mylilibyście się jednak, ponieważ każda konstrukcja funkcjonuje w swoim kontekście historycznym i technologicznym i nie da się rozważać jej bez nich. Tymczasem kontekst powstania Galaxy S był taki, że system Android mimo zdobycia dominującej pozycji na rynku był wtedy bardzo odległy od stadium dojrzałości. Napisany do obsługi za pomocą klawiatury, po czym pospiesznie przystosowany do współpracy z ekranami dotykowymi OS nie był gotów na pozbycie się przycisków. Wręcz przeciwnie, we współczesnych Galaxy S konstrukcjach powstających przy współpracy i pod patronatem Google było ich mnóstwo. Jeden z najpopularniejszych smartfonów roku 2009, miał aż sześć klawiszy kontrolnych, plus miniaturowy trackball, służący za alternatywne wobec dotyku narzędzie nawigacji po systemie… W tym świetle trzy przyciski pojawiające się w Galaxy S wyglądają zupełnie inaczej.

Android ewoluował szybko i kilka lat później możliwe stało się wykorzystanie do nawigacji po systemie wyłącznie ekranu dotykowego. Inżynierowie firmy Samsung wykorzystali tę możliwość, projektując urządzenie bez żadnych przycisków.

Przycisk, który wciąż jest potrzebny… A może nie?

Kiedy wydawało się, że przyciski nawigacyjne są już całkowicie zbędne, pojawił się powód, dla którego jednak warto było zachować je tam, gdzie były. A przynajmniej jeden z nich. Tym powodem była błyskawiczna kariera biometrii, jako sposobu na szybkie i bezpieczne uzyskiwanie dostępu do zawartości telefonu.

Reklama

Trzeba przyznać, że biometryczne metody identyfikacji są dla użytkowników smartfonów prawdziwym darem niebios. Trzymamy dziś w tych małych urządzeniach zbyt wiele danych, które nie powinny wpaść w obce ręce. Używamy smartfonów do płacenia, logowania się do różnego rodzaju systemów, powoli zaczynają zastępować także portfel z dokumentami. Niezabezpieczenie tego wszystkiego przed niepowołanym dostępem, choćby na wypadek zgubienia lub kradzieży telefonu, zakrawa na skrajną beztroskę, czy wręcz głupotę. Jednak konieczność wpisywania przy każdym odblokowaniu długiego hasła działała tak odstraszająco, że wiele osób rezygnowało z niego lub zastępowało prostym pinem bądź rysowanym wzorem. Smartfon mógł być dobrze chroniony albo łatwy do uruchomienia – spełnienie obu warunków jednocześnie wydawało się niemożliwe. I wtedy pojawiły się czytniki odcisków palców.

Wyposażony w tę nowinkę technologiczną Galaxy S5 miał czujnik pozwalający odczytywać linie papilarne, zainstalowany  w przycisku Home, centralnie pod ekranem. Podobnie jak jego następcy z rodzin S6 i S7. Nic dziwnego – taka lokalizacja pozwalała w naturalny sposób odblokować telefon leżący na blacie biurka lub umieszczony w uchwycie samochodowym, a tym samym łatwo autoryzować płatności czy odblokowywać zabezpieczone aplikacje.

Niestety, jak się łatwo domyślić, blokowała też możliwość powiększania ekranu, czyli tego, na czym użytkownikom zależy najbardziej. Dlatego właśnie wraz z pojawieniem się rodziny Galaxy S9 czujnik odcisków palców został przeniesiony na tył obudowy. Osiągnięty w ten sposób przez inżynierów kompromis nie był jednak rozwiązaniem optymalnym .

Projektantom Samsunga udało się uzyskać i wdrożyć do produkcji w tym roku, Galaxy S10 i S10+, które zostały wyposażone w czytniki odcisków palców umieszczone z przodu obudowy, ale ukryte pod powierzchnią ekranu. Nie zajmują więc cennego miejsca. I to jest rozwiązanie przełomowe. Tym bardziej, że Samsung zdecydował się na rozwiązanie wykorzystujące do odczytu wzoru odcisku palca ultradźwięki, uzyskując połączenie bezpieczeństwa, szybkości i pewności.

Reklama

Wycięcie do wycięcia, czyli problem z selfie

Dolna część obudowy smartfonu została podbita i przeznaczona do wykorzystania na rozrastający się ekran.  Co jednak z górną częścią obudowy? Co działo się tymczasem nad wyświetlaczem?

Nad wyświetlaczem niepodzielnie królował głośnik, pozwalający prowadzić rozmowy telefoniczne, zestaw czujników, dzięki którym między innymi telefon wygaszał ekran kiedy prowadziliśmy rozmowę oraz aparat do selfie. Ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby ułatwić użytkownikom robienie autoportretów, z pewnością jest błogosławiony przez rzesze młodych ciałem i duchem ludzi, pstrykających miliony fotek „z dziubkiem”, a przeklinany przez projektantów smartfonów. Szybko okazało się bowiem, że o ile przeprojektowanie głośnika i przeniesienie czujników nie stanowi większego wyzwania, o tyle z punktu widzenia powiększania powierzchni ekranu przedni aparat jest poważnym problemem inżynieryjnym.

Mniej lub bardziej skuteczne, ale nigdy faktycznie użyteczne rozwiązania tegoż problemu zostały wyparte przez pomysł, który szybko podzielił użytkowników. Jedni uważali, że umieszczenie obiektywu przedniej kamery w szerokim wycięciu-zatoce wcinającym się w pociągnięty najdalej jak się da w górę wyświetlacz nie wygląda może zbyt estetycznie, ale lepiej mieć choć trochę więcej wyświetlacza, niż nie mieć go wcale. Inni nie mogli na notcha patrzeć, uznając że jego zalety praktyczne są co najmniej wątpliwe, za to bez wątpienia jest po prostu paskudny. W niektórych przypadkach wycięcia przybierały iście gargantuiczne rozmiary, zostawiając po bokach tak niewiele miejsce, że stawiało to całą koncepcję pod znakiem zapytania. Samsung nie był przekonany do notcha. Kiedy inne firmy wypuszczały kolejne telefony z wycięciem, koreańscy projektanci zdecydowali się zachować gładką linię ekranu w ich flagowym Galaxy S9 i poszukiwali lepszego rozwiązania.

Reklama

Patrząc po wchodzących na rynek telefonach Samsung, poszukiwania i eksperymenty trwają i prowadzą w bardzo ciekawych kierunkach. Dlatego w tegorocznym superflagowcu, Galaxy S10, zastosowano rozwiązanie, które wydaje się być naprawdę sensownym kompromisem. Mówimy tu o umieszczeniu aparatu przedniego w okrągłym wycięciu w ekranie, zlokalizowanym tak, żeby nie przeszkadzać w odbiorze treści i zminimalizować zajętą przez obiektyw powierzchnię. Otwór ten, nazywany po angielsku punch hole, wygląda też zdecydowanie estetyczniej. Przynajmniej dla nas.

Kwadraty kontra prostokąty

Kiedy ekrany zaczęły rosnąć, pojawił się nowy problem: jak taki telefon trzymać w ręku? W miarę powiększania przekątnej wyświetlacza rosła nie tylko długość, ale też jego szerokość. I o ile długością urządzenia można się (w pewnych granicach) nie przejmować, o tyle szerokość ma bardzo mocne przełożenie na ergonomię. Najzwyczajniej, po przekroczeniu pewnej granicy smartfon nie mieści się w przeciętnej dłoni. Rozwiązanie okazało się nie tylko proste, ale także eleganckie, ponieważ łączyło kilka przybierających na sile trendów: pozwalało zwiększać przekątną ekranów, dając użytkownikom to, czego oczekiwali, bez odbierania im wygody użytkowania, a jednocześnie umożliwiało wykorzystanie przestrzeni, która zwolniła się dzięki zastąpieniu przycisków nawigacyjnych ich wirtualnymi odpowiednikami. Oczywiście, mam na myśli zmianę proporcji ekranu.

Ci z was, którzy mają zamiłowanie do matematyki i zwracają uwagę na szczegóły, zauważyli pewnie, że porównanie rozmiaru ekranów Galaxy S (który stanowi świetny punkt odniesienia w przeszłości) ze współcześnie zaprojektowanym Galaxy S10+ nie jest do końca w porządku. Rzecz w tym, że prapradziadek dzisiejszych smartfonów był wyposażony w ekran o proporcjach długości boków 5:4, podczas gdy dzisiejszy supersmartfon ma wyświetlacz, którego boki mają się do siebie jak 19:9. Genezą tej zmiany są trendy, o których napisałem wyżej, a jej skutki to między innymi trudność w bezpośrednim porównywaniu długości przekątnych starych i nowych telefonów. W przypadku rodziny Galaxy S10 można powiedzieć, że inżynierom Samsunga udało się osiągnąć doskonałe połączenie wygody używania oraz wielkości dostępnej dla użytkownika powierzchni ekranu.

Problem kciuka – ewolucja potrzebuje pomocy

Jednak jak to zwykle ma miejsce w przypadku nieustającego postępu, pojawienie się smukłego wyświetlacza 19:9, dzięki któremu nawet największy z rodziny Galaxy S10, S10+ mogący pochwalić się ekranem o przekątnej długości 6,4″ wciąż wygodnie daje trzymać się w ręku wzmocniło inny problem, z którym projektanci borykali się od jakiegoś czasu. Problem kciuka.

Jak wskazują badania, pokolenie dorastające w epoce telefonów komórkowych ma dużo sprawniejsze kciuki, pozwalające szybciej i bardziej precyzyjnie operować miniaturową klawiaturą czy innymi elementami interfejsu – zarówno fizycznego, jak i dotykowego. Nie jest to oczywiście cecha dziedziczna, a jedynie efekt intensywnego treningu odbywanego od najmłodszych lat. Nie można więc mówić o ewolucji inaczej niż tylko w żartach, jednak stojący za tym żartem fakt pozostaje niezmienny: sprawne kciuki dają przewagę i ułatwiają życie. Niestety, większość producentów smartfonów stara się, żeby nie było zbyt łatwo. No dobrze, jestem niesprawiedliwy. Tak naprawdę, to nikt nie próbuje zrobić nam na złość – projektanci po prostu starają się dać nam to, czego sobie życzymy i na co głosujemy portfelami. Tak, zgadliście: większy ekran.

W Galaxy S10 znajdziemy nakładkę One UI (graf. Samsung)

Już sam fakt, że ekrany stawały się coraz większe i większe sprawiał, że użytkownikom było coraz trudniej dosięgnąć do różnych elementów interfejsu. Wraz z doskonałym dla ergonomii korzystania ze smartfonów przejściem na węższe, ale za to długie wyświetlacze 19:9 kłopot stał się niestety bardziej zauważalny. Nawet osoby o dużych dłoniach i długich palcach nie były w stanie sięgnąć do ikonek, kontrolek czy linków umieszczonych powyżej 2/3 wysokości ekranu. A tak się składa, że w Androidzie w tej części wyświetlacza dzieje się bardzo dużo. Konieczne stało się więc sięgnięcie po jedno z najbardziej niedocenianych przez projektantów smartfonów narzędzi: zmianę oprogramowania.

Reklama

Samsung ma długą tradycję i ogromne doświadczenie w opracowywaniu własnego oprogramowania modyfikującego i udoskonalającego Androida. Także i tym razem podjął rękawicę, tworząc własny interfejs o nazwie One UI, który został zastosowany w Galaxy S10. One UI jest szczególnie interesujący, ponieważ odwraca trend powiększania funkcjonalności i dobudowywania dodatków do systemu operacyjnego, koncentrując się na maksymalnym uproszczeniu, zwiększeniu czytelności i zmniejszeniu przeładowania informacyjnego użytkownika. Ponadto, jego podstawowym założeniem jest takie rozmieszczenie elementów, z którymi użytkownik może wchodzić w interakcję, żeby rzeczone wchodzenie w interakcję było fizycznie możliwe i przede wszystkim, wygodne i intuicyjne. | CHIP


Materiał powstał we współpracy z firmą Samsung.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.