Pociski Ch-22, Ch-22,

Pociski Ch-22 ciągle w użyciu. To kolejne rosyjskie bezprawie zdradzające nieudolność agresora

Pociski Ch-22 były już wielokrotnie opisywane w prasie z racji ich wykorzystania w trwającej wojnie rosyjsko-ukraińskiej, ale ich ostatni incydent ponownie skupił na nich uwagę świata. Rosja najwyraźniej nadal ma sobie za nic bezpośrednie zagrażanie ukraińskiej ludności, co widać po niedawnym trafieniu w centrum handlowe w Krzemieńczuku. Jak do tego doszło i czym w ogóle są Ch-22? O tym właśnie poniżej.

Miejsce takiego poradzieckiego sprzętu jest już w magazynach, ale Rosja i tak wykorzystuje pociski Ch-22

Już wielokrotnie docierały do nas wskazówki co do tego, że Rosja zupełnie nie przygotowała się na wojnę z Ukrainą, ale mimo już ponad czterech miesięcy walk, nadal nie pokazuje tego, czym od dawna straszyła świat. Pociski Ch-22 są tego świetnym przykładem, bo choć miały odejść do historii po rozpoczęciu produkcji znacznie nowszych Ch-32 w 2018 roku, stały się podstawą do atakowania ukraińskich miast niskim kosztem.

Czytaj też: Ukraińskie Su-24 ciągle latają! Obejrzyjcie lot jednego z nich

W praktyce bowiem te, określane mianem AS-4 Kitchen w kodzie NATO, to bardzo stare, poradzieckie pociski powietrze-ziemia, których projektem zajęło się biuro MKB Raduga na podstawie wniosków z działań wojskowych w połowie ubiegłego wieku. Ich produkcja rozpoczęła się w 1962 roku, czyli dokładnie w momencie, kiedy weszły na służbę w wersji gotowej do użytku bojowego. 

Prace nad nimi trwały jednak znacznie dłużej i były zainspirowane głównie poszukiwaniem sposobu na zniszczenie m.in. amerykańskich lotniskowców. W efekcie opracowano połączenie silnika rakietowego na paliwo ciekłe z 1000-kilogramową głowicą bojową, które wywoływało ogromne emocje w krajach NATO. Oczywiście nie bez powodu. 

Ch-22 pod pewnymi względami był imponujący, choć oczywiście tylko jak na swoje czasy, bo dziś niektóre liczby po znacznym rozwinięciu technologii działają na jego niekorzyść. Może być wystrzeliwany z dużej lub małej wysokości, osiągając odmienne pułapy i prędkości, bo kolejno 12000 i 27000 metrów oraz odpowiednio 4,6 i 3,5 Mach. Do jego wystrzelenia należy zresztą zaangażować ciężkie bombowce strategiczne Tu-22, co wcale nie dziwi, jako że każdy jeden pocisk o długości 11,65 metra i szerokości 92 cm waży aż 5780 kilogramów.

Warto wspomnieć, że opracowano trzy wersje tych pocisków, z czego najprostszy Ch-22N miał po prostu uderzyć w okolicę celu za sprawą swojego bezwładnościowego systemu naprowadzania i zrzucić na nią widmo nuklearnej zagłady. Wersje Ch-22M i Ch-22MP dostały już konwencjonalne głowice burzące oraz bardziej zaawansowane systemy naprowadzania, bo to właśnie Ch-22M miał być „pogromcą lotniskowców” ze swoim aktywnym radiolokatorem. Z kolei Ch-22MP sięgnął już po pasywny radiolokacyjny system naprowadzania, przez co kierował się na same stacje radiolokacyjne wroga.

Czytaj też: Ukraińcy chwalą się kolejnymi osiągnięciami. Zniszczone rosyjskie pojazdy bojowe i samobieżne haubice

Te naddźwiękowe pociski dręczy wiele problemów. Nawet wykorzystywane w nich płynne paliwo jest tak toksyczne i niebezpieczne, że znacząco komplikuje procedurę przygotowania misji przez wymóg m.in. wyposażenia się w specjalne kombinezony ochronne. Jednak prawdziwym powodem, dlaczego ich wykorzystanie przez Rosję jednoznacznie wskazuje na zbrodnie wojenne, jest błąd trafienia rzędu aż pięciu kilometrów. Pięciu. Kilometrów. To nie literówka, a kwestia, która nadaje wykorzystaniu pocisków Ch-22 w Ukrainie zupełnie nowego wymiaru. Tak więc…

Dlaczego Rosja używa Ch-22 w Ukrainie?

Kiedy państwo kieruje pocisk o tak niskiej precyzji, pewne jest, że nie zważa na dobro zwyczajnych ludzi. Ma po prostu na celu poczynienie możliwie największych zniszczeń, zupełnie nie biorąc pod uwagę ryzyka popełnienia zbrodni wojennych. Tak oto niedawne trafienie Ch-22 i jego tonowej głowicy w centrum handlowe w Ukrainie jest jednoznacznie kolejną zbrodnią wojenną na koncie Rosji, ale… są też inne wytłumaczenia.

Samo w sobie wykorzystywanie Ch-22 przez Rosjan w celu przeprowadzania precyzyjnych ataków jest bezsensowne. Możemy więc śmiało uznać, że każdy wystrzelony pocisk ma na celu wyrządzić możliwie najwięcej zniszczeń zarówno w myśl infrastruktury wojskowej, jak i tej publicznej. Nawet jeśli agresor celował np. w znajdujące się w Krzemieńczuku zakłady przemysłowe czy rafinerię, nie zrobi sobie wiele nieudanym atakiem, bo i tak zdołał wzniecić niepewność wśród obywateli Ukrainy.

Są też szanse, że Rosja wyciągnęła ponoć wycofane Ch-22 po to, aby przetrzeć szlaki swoim bardziej zaawansowanym i precyzyjnym pociskom, zmuszając Ukraińców do wykorzystywania swojej obrony przeciwlotniczej właśnie na takie artefakty przeszłości. Skuteczność takiego podejścia jest ogromna, bo pociski i tak robią swoje, siejąc zniszczenie na lewo i prawo, na czym z pewnością zależy Rosji. Zwłaszcza że broniący się kraj ciągle ma ogromne niedobory zaawansowanej ochrony przeciwlotniczej. Stare S-300 oraz Buk-M1 z czasem zwyczajnie przestaną wystarczać do ochrony miast i kluczowych baz wojskowych.

Czytaj też: Dozbrojenie Kaliningradu trwa. Rosja rozmieściła potężne pociski na wybrzeżu

Warto też wspomnieć, że w 2016 roku Rosja sfinalizowała próby „nowego” pocisku manewrującego Ch-32, będącego znacznie ulepszoną, ale ciągle „tylko” pochodną Ch-22. Ten ma po starcie wznieść się na wysokość 40 km, czyli aż do stratosfery, a wtedy przejść do lotu poziomego i po czasie wykonać gwałtowne nurkowanie w kierunku celu. Wiemy, że ten pocisk, którego Rosja w Ukrainie jeszcze (najpewniej) nie wykorzystała, ma służyć do tego samego, co oryginał, ale ma go cechować znacznie wyższa skuteczność. Mowa przede wszystkim o okazalszym zasięgu (do 1000 km), prędkości (do Mach 4,1) oraz precyzji za sprawą inercyjnego systemu nawigacyjnego i radiolokatora.