Canon EOS 80D: dopieszczanie dobrego

Canon EOS 70D był udanym i - pod pewnymi względami (matryca!) - rewolucyjnym modelem. EOS 80D już tak rewolucyjny nie jest, za to jeszcze lepszy – na pewno.

To zadziwiające, jak bardzo premiery różnych aparatów mogą się od siebie różnić. Są takie modele, które jako pierwsze na świecie wyposażone są w specjalny tryb do fotografowania białych piesków w czarne łatki oraz nowy przycisk wygładzający skórę przy portretach trzy razy mocniej, niż stary przycisk. Oraz takie, które wprowadzają twarde, konkretne ulepszenia, przekładające się po prostu na lepszą jakość obrazu i wyższy komfort fotografowania.

Canon EOS 80D należy z pewnością do tej drugiej grupy. To, co pokazał japoński producent, nie jest może tak „seksowne” jak niektóre wodotryski prezentowane w innych aparatach, ale docenią to osoby, które trochę się na fotografii znają. Po pierwsze, usprawniony autofokus, z aż 45 czujnikami (wszystkie krzyżowe!). To bardzo dużo, jak na tę klasę aparatu i dużo lepiej, niż w przypadku 70D (19 czujników AF). Skuteczność? Do -3 EV.

Po drugie, system Dual Pixel AF w nowej, 24,2-megapikselowej matrycy został znacząco udoskonalony. Obecnie każdy z podwójnych pikseli może działać w trybie detekcji fazowej podczas wykonywania zdjęć, nowością jest także stałe ustawianie ostrości w tym trybie. Również podczas nagrywania filmów, obecnie Full HD 60p (nadal brak 4K).

Do tego wizjer optyczny pokrywający 100% kadru, w pełni ruchomy, dotykowy ekran LCD o rozdzielczości ponad 1 mln pikseli, a także Wi-Fi z NFC. Krótko: Canon EOS 80D zapowiada się po prostu na bardzo dobry aparat.

A żeby nie było tak słodko, to jeszcze łyżka dziegciu. Wraz z aparatem zadebiutował też dziś nowy zoom Canon EF-S 18-135 mm f/3,5-5,6 IS USM, do którego dokupić możemy jeszcze opcjonalny Power Zoom Adapter PZ-E1. Zoom jak zoom, uniwersalny, nieduży, zapewne nie za drogi, oferujący przeciętne parametry optyczne – w porządku. Ale ten adapter wzbudził we mnie żałość wielką.

Do czego służy Power Zoom Adapter PZ-E1? Umożliwia on płynną, jednostajną zmianę ogniskowej obiektywu, czyli płynne najazdy lub odjazdy, tak ważne podczas nagrywania filmów wideo. Co ciekawe, możliwe jest także sterowanie nim poprzez Wi-Fi.

I wszystko pięknie, tylko że coś takiego, jak power-zoomy jest już na rynku od jakiegoś czasu, BEZ dodatkowych, wielgaśnych, kanciastych podkładek. Dla przykładu, zaprezentowany w 2011 roku (pięć lat wcześniej) Olympus M Zuiko ED 12–50 mm f/3,5–6,3 EZ oferuje zarówno manualną (naprawdę manualną, czysto mechaniczną) zmianę ogniskowej przy fotografowaniu, ale gdy filmujemy, wystarczy przesunąć pierścień zmiany ogniskowej do przodu, i mamy power-zoom. Lekkie wychylenie w jedną lub drugą stronę powoduje wolny najazd/odjazd. Mocne wychylenie – szybszy najazd/odjazd. A jeśli podłączymy go do aparatu z Wi-Fi (wszystkie współczesne bezlusterkowce Olympusa czy Panasonica), to oczywiście da się też sterować ogniskową zdalnie, np. z poziomu smartfona.

Pokazany dziś Power Zoom Adapter PZ-E1 jawi mi się na tym tle jak jakaś prehistoria i ślepa uliczka ewolucji. Trochę szkoda. Za to EOS 80D rzeczywiście zasługuje na uwagę! Dostępny będzie już w marcu, w cenie 1200 dolarów (sam korpus) lub 1800 dolarów (korpus plus opisany wyżej obiektyw 18-135 mm, bez żałośliwej podkładki).