Nowy sposób na doping mechaniczny w kolarstwie

Inspiracją do tego wpisu jest afera kolarska, jednogłośnie okrzyknięta przez media pierwszym na świecie udowodnionym przypadkiem dopingu mechanicznego. Ale nie tylko.

Zacznijmy od trzęsienia ziemi. Młodzieżowa mistrzyni Europy w podczas odbywających się niedawno mistrzostw świata w kolarstwie przełajowym została przyłapana na dopingu. I to nie byle jakim dopingu – mechanicznym! W organizmie panny Femke van den Driessche nie wykryto EPO czy innego nielegalnego pobudzacza, za to w jej rowerze znaleziono wbudowany… motorek elektryczny.

Nie ma w tym momencie znaczenia, czy 19-letnia Belgijka rzeczywiście korzystała z roweru wyposażonego we wspomaganie, czy też – jak tłumaczy jej ojciec – zupełnie przypadkiem znalazł się on w jej boksie. Dużo ciekawsza jest dla nas zastosowana w tym aferalnym rowerze technologia – miniaturowy silniczek elektryczny, który został wbudowany w jego ramę.

O tym nowym, mechanicznym sposobie dopingu kolarskiego mówi się już co najmniej od 2010 roku, choć dopiero w styczniu 2015 roku został on oficjalnie zabroniony. Od tego czasu przed, po, a także w trakcie zawodów kolarskich sprzęt zawodników poddawany jest różnego rodzaju kontrolom. Kontrolom, które po raz pierwszy – w przypadku van den Driessche – okazały się skuteczne.

Być może jednak wcale nie ma tu mowy o przypadku, a o zaawansowaniu technicznym, które – jak zwykle w przypadku dopingów – zdecydowanie wyprzedza metody stosowane do wykrycia nielegalnego wspomagania. Już samo wbudowanie silniczków elektrycznych w ramę roweru w taki sposób, że z zewnątrz wygląda ona zupełnie zwyczajnie, zasługuje mimo wszystko na podziw, ale warto wziąć pod uwagę głosy, że to i tak technologia, która się już zestarzała.

Obecnie, jak donosi włoska gazeta „Gazzetta dello Sport”, stosowana jest już inna, znacznie nowocześniejsza i bardziej wyrafinowana metoda dopingu mechanicznego – koła elektromagnetyczne. To samo medium wprost przyznaje, że silniczki elektryczne wbudowane w ramę rowerową to już obecnie rozwiązanie przestarzałe i przeznaczone „dla biedaków”. Przygotowany w ten sposób rower kosztuje około 20 000 euro, natomiast nowe rozwiązanie jest aż 10-krotnie droższe!

Jak twierdzi informator włoskiej gazety, za specjalnie przetworzone koło elektromagnetyczne (montowane z tyłu) trzeba zapłacić aż 200 000 euro, ale i tak czeka się na nie około 6 miesięcy. W zamian otrzymuje się jednak rozwiązanie niemal niewykrywalne, a będące w stanie wyprodukować od 20 do 60 watów dodatkowej energii popychającej rower do przodu.

Cóż, w tym wszystkim pocieszające są mimo wszystko dwie rzeczy. Po pierwsze, pomysłowość oszustów w jakiś sposób przekłada się na ogólny rozwój techniki i zapewne za kilka czy kilkanaście lat w zupełnie cywilnych rowerach będziemy mogli korzystać z technologii opracowanych kiedyś wyłącznie dla potrzeb dopingu mechanicznego. Po drugie, przynajmniej nikt nie rujnuje sobie organizmu poprzez stosowanie dopingu chemicznego. Co oczywiście nie znaczy, że pochwalamy doping mechaniczny. Bynajmniej. Ale z dwojga złego…