Cień nad dinozaurem

Naprawdę groźne niebezpieczeństwo jest zawsze niespodziewane. Nie wierzysz, drogi Czytelniku? Przypomnij sobie los dinozaurów. Pomyśl, jaką niespodzianką dla tych potężnych, świetnie przystosowanych, panujących przez miliony lat na naszym globie gadów musiało być uderzenie komety. Monstrualne szczęki Tyrannosaurusa Rexa przegrały z drobinami pyłu, który przesłonił słońce.
Takiego tyranozaura przypomina Microsoft – drapieżny władca informatycznej dżungli. Przez lata pożerał mniejsze firmy, by stać się silniejszym. Zahartował się w walkach z pretendentami do krzemowego tronu, aż trzej najwięksi rywale – Borland, WordPerfect i Lotus – musieli uznać jego supremację. Lotus jeszcze powarkuje, że jego SmartSuite 97 przegryzie się przez płyty pancerza Microsoft Rexa, a na arenie pojawiły się dwa młode wilczki – szarżujący Corel i broniący swej nory Netscape, ale gigant z Redmond patrzy na to spokojnie. Rywale zostali rzuceni na kolana, a nieustanny wzrost liczby komputerów na świecie i nowe, chłonne rynki w Europie Wschodniej i Rosji to sprzyjający prąd rozwoju ekstensywnego popychający tego lewiatana w kierunku Wysp Szczęśliwych. Microsoft wygrał i jest niepokonany. Niepokonany?
Prawdziwym zagrożeniem dla giganta są jego własne rozmiary. Im jest większy, tym więcej przestrzeni potrzebuje, tym więcej musi zjeść. Nisza rynkowa, w której latami dostatnio mogłoby żyć tuzin małych firm, to dla niego kęs. Odebranie połowy klienteli konkurentowi to kęs większy. Ale wciąż jest głodny, wciąż musi polować. Czy Microsoft może rosnąć w nieskończoność, czy stanie się kiedyś obecny w każdej dziedzinie życia, czy spojrzy na nas z każdej ściany naszych mieszkań, jak orwellowski Wielki Brat? Ależ to właśnie marzenie Billa Gatesa! Windows w telewizorze, pralce, wideofonie, kuchence. Pokażę Wam senne marzenie potentata: miliardy nabywców, którzy – jak kiedyś kupujący Forda T – mogą sprawić sobie dowolny sprzęt domowy, byleby był on wyposażony w system operacyjny Microsoftu.
Pax BillGatesiana nie leży jednak na wyciągnięcie ręki, a główną przeszkodą nie jest wcale konkurencja, lecz Wy, drodzy użytkownicy komputerów. Zwłaszcza, jeśli jesteście zadowoleni z oprogramowania, które już macie. Im bardziej jesteście zadowoleni, tym trudniej jest sprzedać Wam jego nowe wersje. Wszak posiadane narzędzia pracy sprawują się doskonale i wypełniają swoje zadania. Tymczasem rynek oprogramowania opiera się na nieustannych powrotach klientów, którzy co roku powinni przynosić firmom software’owym swoje pieniądze, a w zamian dostawać uaktualnienie ulubionego edytora z wersji 6.73 na 6.95. Ta taktyka sprawdzała się dotychczas, bo różnica między Chiwriterem, a pierwszym Wordem dla Windows była warta ceny tego drugiego. Bez wątpienia też okienkowy Word 6.0 lepszy był od wydania 1.1, ale dla ilu ludzi niezbędne są funkcje dodane w wersji 97? Coraz więcej z nas znajdować będzie programy swoich marzeń. Ale klient całkiem szczęśliwy, to klient stracony, bo jak go przekonać, że musi zmienić produkt, z którego jest zadowolony? Nowe możliwości? Owszem, ale powszechnie wiadomo, że 90% użytkowników programów biurowych używa tylko 10% ich funkcji. Zresztą, jak bardzo można jeszcze rozszerzać listę czynności wykonywaną przez pakiety biurowe? Czy ktoś z Państwa potrzebuje filtra przetwarzającego arkusz kalkulacyjny na stereogram? A może edytora tekstu, który po pięciu godzinach ciągłej pracy automatycznie uruchomi jakąś szybką i agresywną grę, aby zrelaksować piszącego? Pewnie chętnie byście coś takiego zobaczyli, może nawet pobawili się chwilę takimi gadżetami, ale czy wydalibyście na nie swoje pieniądze? Czy po dokonaniu bilansu zysków i kosztów takich zakupów znaczącą pozycją po stronie profitów będzie funkcja „Odśpiewanie danych z komórek arkusza głosem Edith Piaf”?
Nie odkrywam wcale Ameryki, zwiększanie w nieskończoność liczby funkcji programu jest oczywistym absurdem, stąd w najnowszych kampaniach reklamowych akcentuje się raczej łatwość użycia i przyjazność. Bardzo to słuszna tendencja, ale rozwój tą drogą też ma swoje granice. Czy po „autoformatowaniu” i „autostreszczaniu” nastąpi „autopisanie”? Czy Excel 2009 będzie nam podpowiadał formuły namiętnym szeptem
Pameli Anderson? Stopniowo od peletonu goniącego za najnowszymi technologiami odpadają ci, którzy zadowoleni są z tego, co już mają. Doskonałość dzisiejszych programów stanowi, paradoksalnie, śmiertelne zagrożenie dla ich twórców. Przywołując moją paleologiczną metaforę można powiedzieć, że miliony użytkowników to życiodajne lumeny światła padające na zwycięskiego Microsoft Rexa, a klient, który zatrzymuje się po drodze, zamiast kontynuować Wielki Marsz, to pyłek nad głową giganta. Jeden pyłek słońca nie przesłoni, ale setki tysięcy takich drobin to już pokaźna chmura.
Microsoft widzi to zagrożenie i próbuje szybko ewoluować, aby dostosować się do zmieniającego się środowiska. Agresywna, przeprowadzona na niespotykaną wcześniej w informatyce skalę reklama Windows 95 jest jednym z pomysłów na przetrwanie. Jeśli potencjalny klient ma jakieś wątpliwości, to należy je stłumić huraganowym ogniem ze środków masowego przekazu. Reklamy, buńczuczne wywiady, telewizyjne reportaże ze sklepów oblężonych przez tłumy chcących jako pierwsi kupić nowy, boski Operating System mają przekonać każdego, że musi TO nabyć, bo inaczej nie będzie au
courant, znajdzie się na bocznym torze, skaże się na bycie outsiderem.
Innym sposobem jest ucieczka do przodu; z jałowiejących łowisk aplikacji biurowych na nowe, żyzne tereny multimediów, gier i Internetu. Czymże innym jest olbrzymia aktywność na polu gier firmy, której jedynym rozrywkowym produktem przez długie lata był skrajnie realistyczny symulator lotu? Tymczasem w samym 1996 roku wydała ona 9 gier. Jednak w przeciwieństwie do rzeczywiście doskonałego Flight Simulatora, takie produkty jak „Fury 3” czy „MS Football” sprawiają wrażenie, delikatnie mówiąc, mało oryginalnych. Dlaczego zdecydowano, że Microsoft musi zaistnieć na rynku rozrywkowym za wszelką cenę? Czyżby ucieczka do przodu przeradzała się w panikę?
Repertuar manewrów mylących, szarż na konkurentów i dumnych porykiwań, jakie prezentuje ostatnio Microsoft Rex jest doprawdy imponujący, ale to nie on zadecyduje o tym, kto będzie sprawował światowy rząd dusz w XXI wieku. Tak naprawdę decyzja należy do Ciebie, Czytelniku. Czy z niecierpliwością czekasz na Windows 97?

Piotr Dębek jest doktorantem w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego i zajmuje się kulturą masową. Mamy nadzieję, że jego debiut na łamach CHIP-a będzie początkiem udanej kariery nie tylko naukowej, ale i publicystycznej