Brak

Felieton, w którym autor nieco narzeka na poziom usług oferowanych przez Telekomunikację S.A.

Do napisania niniejszego tekstu skłoniło mnie kilka okoliczności, w tym przeczytana na stronie 208 ostatniego numeru CHIP-a notka zatytułowana „Przerwa na…”. Otóż byłem jednym z wielu, którzy owego pechowego tygodnia bezskutecznie dobijali się do redakcyjnego serwera. Kolejne nieudane próby znosiłem ze stoickim spokojem, przyzwyczajony do fatalnej jakości usług świadczonych przez krajowego monopolistę. Nie pierwszy to raz i nie ostatni… Dlatego chciałem się podzielić garścią spostrzeżeń, banalnych dla każdego, kto borykał się z bolączkami korzystania z Internetu w naszym kraju. Mam wszelako wrażenie, że o owych bolączkach milczy się tak w mediach, jak i w prasie komputerowej. Milczy się, choć wszyscy powoli mają dość zrywanych połączeń, nerwowego spoglądania na zegarek i ciułania ostatnich groszy, by opłacić lichwiarski abonament. Upowszechnienie Internetu jest ponad wszelką wątpliwość rewolucją.

Dostęp do Sieci, a także stale rosnąca liczba usług systematycznie

nic za darmo

zmieniają nasze przyzwyczajenia, gospodarowanie czasem, czy formy kontaktu z innymi… Właśnie, czy w uszach wielu szarych internautów zdanie to nie brzmi jednak nieco sztucznie? Czy słowo „dostęp” nie zakrawa tu na ironię? Rzeczywistość okazuje się nie być tak kolorowa, jak reklamy, na które TP SA. łowi kolejne swoje ofiary. Ostatecznie bowiem to nie ceny modemów, ale widmo rachunków odstrasza wielu potencjalnych użytkowników SIECI w Polsce. Znam wielu takich…

Znam też opowieści o ludziach, którzy z przyczyn finansowych przerywają np. odbiór poczty, jeśli czas połączenia przekroczy z góry obliczony limit… Polski internauta przypomina więc psa na łańcuchu, na bardzo krótkim łańcuchu. Dla wielu z nas nowinki typu ICQ, czy nawet bardziej czasochłonne usługi, jak News czy IRC, pozostają po prostu niedostępne, przynajmniej z domu. No właśnie, dla mnie i wielu moich uniwersyteckich kolegów alternatywą pozostaje czatowanie przed zatłoczonymi pracowniami, machlojki w pracy, intratne (dla nich, oczywiście!)znajomości z administratorami, słowem – znowu trzeba kombinować… Jest sprawą zupełnie jasną, że za taki stan rzeczy odpowiada rabunkowa polityka TP SA. Koszt 19 groszy za lokalny impuls (o, nieszczęśnicy z obrzeży miast i mieszkańcy prowincji!), jest w mojej opinii prawnie usankcjonowanym rabunkiem. Z prostego obliczenia wynika, ze doba w TP SA, kosztuje niewiele mniej niż miesięczny abonament w USA, czy Finlandii, pomijając jakość łączy, i szybkość modemów lokalnego dostawcy usług. Arogancję czy wręcz cynizm krajowego molocha podkreślają kwoty wydawane na reklamę, prezentacje, sponsorowanie programów w TV…

Modem posiadam od wiosny br. i nigdy nie żałowałem tego zakupu, ani studenckich groszy złożonych w ofierze Molochowi – to dzięki szybkiej poczcie udało mi się zaplanować wakacje i przejechać kawałek Europy, to dzięki Internetowi mogłem myśleć o rozmaitych upgrade’ach systemu, pomóc bratu w pracy rocznej i wiele innych. Pozostaje jednak uczucie, ze można by zrobić znacznie więcej, że Internet pozostaje dla prywatnego odbiorcy owocem zakazanym. Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Czy planowana prywatyzacja TP SA coś zmieni na korzyść użytkowników Internetu? Jakie są Wasze opinie i przypuszczenia? Nie lubię narzekać, ale proszę przyznać, że ktoś tu wyraźnie gra nieuczciwie.

Paweł Palgan jest studentem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim ([email protected])

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.