Na łańcuchu

Informatycy powoli na własną rękę stają się niewolnikami swojej pracy

Otrzymałem niedawno od przypadkowo poznanego programisty wizytówkę. Obok normalnych informacji są na niej wydrukowane trzy numery telefoniczne, trzy adresy poczty elektronicznej, dwa faksy oraz numer pagera. Wygląda to niezbyt poważnie, zapewne wbrew intencji właściciela. No cóż, jakie czasy, takie wizytówki. „Zadrutowani” jesteśmy bowiem bardzo skutecznie i czas już chyba najwyższy, abyśmy zaczęli się bronić. Najlepiej zacząć od nazywania rzeczy po imieniu, czyli przed numerem „komórki” lub pagera drukować na wizytówkach „numer łańcucha”, którym jest się przykutym do swojej firmy. Może rozbawię kogoś, ale mnie wcale nie jest do śmiechu. Zbyt często zasypiam bowiem ze złudną nadzieją, że pośpię spokojnie do rana. Niestety, nie wiem, w jaki sposób sytuację tę zmienić. „Łańcuch” jest już praktycznie nieodłącznym atrybutem zawodu informatyka. Czasami nawet i tego mało. W firmie, w której pracuję, wymyślono niedawno, że jak dostaniemy komputery przenośne, to wymagany czas reakcji na „zabipanie” można będzie zmniejszyć z dwóch godzin do trzydziestu minut. Może to nawet niezły pomysł, bo teraz – w trakcie wizyty u znajomych – zamiast biec do domu, wystarczy, że wyjdę do sąsiedniego pokoju. Ale tak czy inaczej, sam fakt, że jest się cały czas „na służbie”, denerwuje mnie niezmiernie. I nie jestem w tym wcale osamotniony. Bunt narasta. Dowodem na to są powtarzane coraz częściej legendy. Opowiadano mi na przykład o facecie, który jechał 130 km na godzinę, a złapany tłumaczył się policjantowi, że administruje UNIX-a. „Popilotuję cię”, odpowiedział policjant. A widząc zdziwienie, wyjaśnił, że jego żona jest również programistką i także bywa w sytuacji permanentnego pośpiechu. Coraz częściej powtarzają się też historie o ludziach, którzy wchodzą do gabinetu szefa i kładąc mu na biurku pagera oddają się „do dyspozycji”, nie widząc szans na dalszą pracę na takich zasadach. Słyszałem też opowieść o człowieku, który w podaniu o pracę napisał. „Każde obudzenie w nocy spowoduje, że nie przychodzę następnego dnia do pracy.”. Rodzi się też informatyczne poczucie humoru. Właśnie niedawno odszedł z pracy kierownik działu, w którym pracuję. W pożegnalnym liście napisał: „Nic nie piłem, oddałem pagera i zataczam się, gdyż mam kłopoty z utrzymaniem równowagi”. Czas poszukać winnych. Osobiście w pierwszej kolejności wymienić należy sporą grupę paranoików, którzy dumni są z tego, że pracują na okrągło, a służbowy pager traktują jak Krzyż Walecznych. Ale winny jest również nasz ukochany Internet. Systemy bardzo się bowiem teraz skomplikowały. Najbardziej oczywistym problemem jest fakt utraty kontroli nad zrozumiałością przesyłanych danych. Budzi się nas w nocy najczęściej nie dlatego, że sami coś poknociliśmy, tylko dlatego, że przysłany nam z drugiego końca świata plik wyglądał wręcz absurdalnie. Internet zmienia bowiem również sposób, w jaki myślą osoby kierujące przedsiębiorstwami: „Integracja danych z systemem nie powinna zająć więcej czasu, niż ich przekazanie”. Pozornie jest w tym żelazna logika technologicznego postępu. Praktycznie jednak jest tu zalążek sytuacji, w której programista i administrator mają coraz mniej czasu na to, aby się spokojnie zastanowić nad tym, co robią. Bo fundamentalna prawda na dzisiaj brzmi: jeśli w pracy nie będziesz mógł trzy – lub co najmniej dwie – godziny dziennie poświęcić na naukę, to szukaj nowej pracy. Jestem przekonany, że to mądra rada i każdy kto chce się rozwijać, awansować, powinien się konsekwentnie do niej stosować. Perspektywicznie patrząc, jest ona korzystna nie tylko dla pracownika, ale również dla pracodawcy. Działając bowiem w nadmiernym pośpiechu, narażamy firmę na poważne straty. Ja zawsze tak właśnie robiłem, ale choć znalezienie nowej pracy jest coraz łatwiejsze, to jednak coraz trudniej jest znaleźć pracę, w której radę tę można praktycznie zastosować. Można znaleźć w Internecie opowieść o zawodowych przygodach informatyka: „Pierwszy dzień w nowej pracy. Wygląda na to, że nie jest źle – mam tylko trzy lub cztery miesiące zaległości”. I tutaj dochodzę do sprawy, która boli najbardziej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeczytałem normalną książkę. Intensywność uprawiania zawodu informatyka jest bowiem teraz tak duża, że zaczynają oni być coraz częściej informatykami – i niczym więcej. A niby czym więcej ma być informatyk? – zapyta ktoś. Oczywiście, jak ktoś nie chce uprawiać tego zawodu, to nie musi. Łatwo jednak zauważyć, że ludzie, którzy widzą nie tylko system, ale całe przedsiębiorstwo, oraz potrafią rozmawiać z dyrektorem bez wpadania w komputerowy żargon, awansują dużo szybciej… I tę „złotą myśl” dedykuję wszystkim polskim administratorom sieci w Nowym Roku.

Jerzy Jacek Pilchowski zajmuje się administrowaniem systemami unixowymi w USA. Współpracuje z prasą komputerową w kraju i za granicą.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.