… i po targach

Felieton o zakończonych niedawno targach KOMPUTER EXPO '98, czy rzeczywiście tak daleko odstajemy od reszty świata...

Trzynaste (tfu, tfu, na psa urok…) Międzynarodowe Targi KOMPUTER EXPO ’98 już dawno przeszły do prehistorii i dobrze. Tam ich miejsce. Przypominały bowiem coś w rodzaju parku jurajskiego. Duszno, gorąco i odrobinę wilgotno. Zawsze tak jest. Za rok będzie tak samo, jeśli w końcu nie zainstalują tam klimatyzacji z prawdziwego zdarzenia. A nie zainstalują, bo, po pierwsze, to kosztuje, po drugie, Pałac zbudowano dość solidnie i trudno byłoby kuć betonowe ściany, tym bardziej że nie wiadomo, co tam w środku można znaleźć… Przegrana sprawa. Wróćmy do wspomnień z Targów. W końcu minęły już prawie trzy miesiące, ale pewne rzeczy warto ocalić od zapomnienia…

Osoby o konserwatywnym systemie wartości orzekły, że cała impreza to jedno wielkie targowisko próżności. Osobiście nie podzielam tej opinii. Targi były dokładnie takie, jaki jest nasz tzw. rynek. Firmy wystawiające się na tej imprezie zdają sobie z tego sprawę i usiłowały za wszelką cenę podbudować swój, przepraszam za wyrażenie, image. Cóż, kiedy robiły to w sposób nie przemyślany albo, co gorsza, wykorzystując pomysły stare i zerżnięte od innych.

Pierwszy z brzegu przykład: wśród przewalającego się tłumu przechadzali się dziwacznie ubrani panowie na szczudłach i z gwizdkiem w buzi, od czasu do czasu pogwizdując na motłoch. Miałem nieodparte wrażenie, że z najwyższym trudem przychodziło im utrzymać równowagę, zwłaszcza kiedy trzeba było przejść się po schodach. Siali wtedy wokół popłoch i przerażenie. Na własne oczy widziałem starszą panią, która na ich widok błyskawicznie wspięła się na najbliższą marmurową kolumnę, z jakich słynie Pałac, aby przeczekać niebezpieczeństwo. Nie o takie rozrywki na Targach powinno chyba chodzić?

Na stoisku jednej z większych firm polskich (żadnych nazw, u mnie reklama kosztuje bajońskie sumy…) pięcioosobowa grupka obojnaków ubrana w skafandry dokładnie takie, jakie widzieliśmy w reklamówce telewizyjnej amerykańskiego producenta procesorów, pracowicie gimnastykowała się w rytm głośnej muzyki. Biedactwa. Nie dość, że gorąco, to jeszcze trzeba było ćwiczyć w tych cholernych skafandrach. Co na to Komitet Praw Człowieka?

Były też akcenty polityczne. Ostatniego dnia tuż przy głównym wejściu stał na tekturowym pudle jakiś pan pomalowany na czerwono i znienacka witał wchodzących okrzykiem: „Dzień dobry! Jestem czerwony!”. Po pierwsze widać, a po drugie nie ma się czym chwalić. Odpowiedziałem mu grzecznie, że ja osobiście jestem raczej tęczowy, ale nie zrobiło to na nim wrażenia. Nawet się do mnie nie odezwał. Właściwie to mnie nie zdziwiło. Tak jest zawsze z nawiedzonymi i oszołomami. Żadnej dyskusji i wymiany poglądów. Co gorsza, przy głównych schodach na takim samym pudle stała panienka pokolorowana dla odmiany na zielono i przekrzykiwała się z komuchem na pudle przy drzwiach.

Czyżby wspomnienie obyczajów poprzedniej koalicji rządowej? Może, ale co do tego mają komputery? Zapewne były to akcje reklamowe jakichś firm wystawiających się na targach, ale nie bardzo było wiadomo, jakich. Wstydzili się, czy co? Jeśli tak, to po co wydawać na to pieniądze?

Był jeszcze, rzecz jasna, kowbojski saloon, panienki w stetsonach i panowie z gwiazdą szeryfa na piersi. Ale to wszystko, jak mówi poeta, ” nie teraz, nie to, nie tak i nie tutaj”.

Dało się też zauważyć kilka zjawisk nieco poważniejszej natury, które zachowają aktualność na dłużej.

Głośna w ubiegłym roku koncepcja komputera sieciowego (NC), którą tak uparcie lansuje m.in. Pan Gates, chyba jednak nie ma szans.

Tu niezbędne wyjaśnienie dla kobiet i początkujących: NC to najogólniej mówiąc komputer, który wszystkie niezbędne programy i zasoby czerpie z potężnego serwera poprzez sieć. Właściwie to coś w rodzaju terminala: monitor, klawiatura i jakiś program komunikacyjny. Zaletą takiego rozwiązania miałby być niski koszt maszyny (poniżej 500 dolarów). Ale… forsujący tę koncepcję nie wzięli pod uwagę jednej podstawowej rzeczy. Psychologii. Zwłaszcza męskiej. Kiedyś panowie lubili przechwalać się, kto ma większy, mocniejszy i dłuższy… powiedzmy, samochód, a teraz ta potrzeba posiadania i dominacji przeniosła się w sferę komputerową. Wszyscy znamy te licytacje: „ja mam więcej pamięci”, ” a ja szybszy procesor”, „za to ja mam większy… dysk” itd., itp. W przypadku NC takie przechwałki tracą rację bytu. Co innego ze zwykłym, droższym, ale własnym poczciwym pecetem, do którego można wpakować, co się chce… Człowiek lubi mieć więcej od innych i nawet szef Microsoftu nic na to nie poradzi.

I druga zastanawiająca sprawa: brak na Targach firmy Apple… Tak, tak, wiem, że to arystokracja i nie lubi mieszać się z tłuszczą, ale jednak… Jeśli weźmie się pod uwagę znane kłopoty (wywołane zresztą na własne życzenie), jakie mają, to czarno widzę przyszłość maszyn spod znaku jabłuszka. A wielka szkoda, bo są to urządzenia wielce przyjazne dla narodu, zwłaszcza tego, który nie lubi grzebać się w elektronicznych wnętrznościach, co jest ulubionym zajęciem właścicieli pecetów.

Mimo tych narzekań i wydziwiań pewnie znów spotkamy się na przyszłorocznych Targach, żeby pooddychać atmosferą jurajskiego parku… Zwłaszcza że ich numeracja będzie mniej pechowa.

Publikujemy niniejszy felieton pomimo upływu blisko 2 miesięcy od Komputer Expo – już wkrótce Infosystem i czas, być może, na weryfikację tak indywidualnego punktu widzenia…

Konstanty Putrament – z wykształcenia filmowiec, z zawodu dziennikarz, pisarz i eks-wydawca. Lat 48

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.