Poczekajmy z pomnikiem pirata

W felietonie autor polemizuje z ubiegłomiesięcznym felietonem biorącym nieco w obronę piratów na rodzimym rynku komputerowym

W listopadowym wydaniu magazynu CHIP ukazał się artykuł pt. „Pomnik dla pirata (ginącego gatunku)” autorstwa Piotra Dębka. Choć zadałem sobie sporo trudu, aby chociaż po części zgodzić się z zaprezentowanymi w nim opiniami, nie mogę tego jednak uczynić.

„Towarów” na rynek informatyczny dostarczają producenci hardware’u i software’u. Wszystkie pozytywne i negatywne aspekty działalności u jednego z nich, z pewnym opóźnieniem czasowym zachodzą u drugiego. Schemat funkcjonowania oparty jest więc na systemie naczyń połączonych.

Działalność gospodarcza w określonej branży łączy się ze specyficznymi dla tej branży korzyściami, ale również trudnościami i zagrożeniami. Dla producentów oprogramowania komputerowego przykładem zagrożeń jest właśnie piractwo komputerowe. To, że o nim się mówi, pisze i podnosi alarmujące apele, nie wynika z faktu demonizowania problemu, tylko z prostej przyczyny – strat finansowych. W dobrze zarządzanym przedsiębiorstwie problemy dostrzega się i szuka sposobów ich rozwiązania. Nie ma tutaj mowy o jakiejś zawiści i szukaniu tematów zastępczych, tylko o próbie uniknięcia kolejnych strat. W skali ogólnoświatowej są to straty liczone w miliardach USD, które (wg BSA) szacowane są w 1997 r. na 11,4 mld na świecie i na 107 mln USD w Polsce. Wypada tylko żałować, że pan Dębek nie ustrzegł się błędu braku obiektywności oceny i powątpiewa w te liczby. Szkoda również, że nie zadał sobie trudu zapoznania się z metodologią badań, którą stosuje się do obliczania wysokości strat. Nie jest prawdą, że firmy, szacując wysokość strat poniesionych w wyniku piractwa komputerowego, opierają się na założeniu, że każdy użytkownik nielegalnej kopii oprogramowania skłonny byłby do zakupu legalnej wersji. Nie można sobie pozwolić na popełnianie tak oczywistych błędów. Według dostępnych badań i statystyk współczynnik „skłonności do zakupu legalnej wersji oprogramowania przez właściciela nielegalnej kopii” wynosi ok. 20% (wg BSA – średnio 23%), co oznacza, że tylko 2 na 10 zakupiłoby legalną wersję. Nie jest więc to 100% wspomniane w felietonie. Powszechnie uznane, naukowe metody badawcze są bardziej miarodajnym źródłem informacji niż subiektywna ocena kogokolwiek i prowadzą do jednoznacznych wniosków: straty spowodowane piractwem komputerowym są rzeczywiście ogromne.

Sytuację pogarsza dodatkowo fakt, że straty te mają szerszy wymiar. Zyski, które nie zostały osiągnięte z tytułu piractwa komputerowego, w zasadniczej części nie byłyby „przejadane”, tylko inwestowane w dalszy rozwój firm i w umacnianie pozycji rynkowej. Na potrzeby rozwoju tworzone są nowe miejsca pracy, rosną wynagrodzenia pracowników i zwiększają się możliwości konsumpcyjne przeciętnych gospodarstw domowych. Nie są to teoretyczne wywody, tylko historyczne spojrzenie na gospodarczy rozwój państw. Tak powstają warunki, w których producenci komputerów mogą więcej ich sprzedawać i tym samym popularyzować zagadnienia informatyczne wśród przeciętnych ludzi. W ten sposób tworzy się dogodne podłoże do dalszego i szybszego rozwoju rynku informatycznego. Takiej sytuacji z pewnością nie stwarza piractwo komputerowe, które szkodzi temu rynkowi, a straty producentów oprogramowania należy odczytywać w skali makro jako wolniejszy wzrost zamożności gospodarstw domowych.

Ujmując problem piractwa statystycznie, należy stwierdzić, że im wyższy stopień jego obecności, tym mniej rozwinięte rynki informatyczne, mniej komputerów i mniejsza wiedza społeczna o nowoczesnych technologiach. Oczywiście, nie są to jedyne czynniki wpływające na taki obraz sytuacji, który w rzeczywistości jest wypadkową wszystkich dziedzin życia gospodarczego danego kraju. Tak się składa, że im mniejsze zjawisko piractwa w danym kraju, tym większa ich popularność, liczona miarą ich powszechnej dostępności. I odwrotnie – im większe piractwo, tym mniej komputerów, mniej wyedukowanych osób i siłą rzeczy mniejsza popularność. Niech za przykład posłużą przytoczone dalej liczby. Na podstawie statystyk BSA udział pirackich programów komputerowych w stosunku do całego rynku oprogramowania danego państwa kształtował się w 1997 roku następująco: Rosja – 89%, Polska – 61%, Wielka Brytania – 31%, USA – 27%. Wnioski wydają się oczywiste, a twierdzenie, że komputery zawdzięczają swoją popularność piratom, jest fałszywe. Pozwolę sobie jeszcze na przytoczenie pewnej analogii, która w mojej opinii jest poprawna. Piractwo ma taki wpływ na rozwój informatyki, jak kradzieże samochodów na rozwój rynku motoryzacyjnego. Osoba, której ukradziono samochód, otrzyma odszkodowanie od firmy ubezpieczeniowej i nabędzie nowy pojazd. Można więc powiedzieć, że napędza koniunkturę i wpływa na rozwój rynku samochodowego. Pewnie tak, ale ma to marginalne znaczenie i jest trudno policzalne. Gdyby artykuł pana Dębka dotyczył samochodów, to wynikałoby z niego, że kradzież samochodów wpływa na ich szerszą dostępność i na rozwój rynku motoryzacyjnego. Trudno się zgodzić z taką opinią.

Sumując wszystkie powyższe wywody, twierdzę, że model funkcjonowania i rozwoju rynku informatycznego jest inny niż przedstawiony w felietonie p. Dębka. To legalni nabywcy wszelkiego rodzaju programów komputerowych – od biurowych zaczynając, a na rozrywkowych kończąc – umożliwili producentom szybszy rozwój i dalsze prace nad udoskonalaniem aplikacji komputerowych. Konsekwencją jest rozwój całego rynku informatycznego. Piractwo komputerowe jest niepożądanym zjawiskiem i z pewnością wywarło negatywny wpływ na funkcjonowanie branży IT, a wiele projektów „położyło na łopatki”. Nie o taki model rozwoju – przedstawiony w felietonie p. Dębka – nam przecież chodzi. Podpisuję się więc pod „pomnikiem dla pirata”, ale poczekajmy, aż rzeczywiście ten gatunek wyginie – wcześniej nie wypada.

Andrzej Działdowski – marketing manager Young Digital Poland

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.