Dwa tysiące jeden dalmatyńczyków

Felieton o problemie roku dwutysięcznego oraz o tym co zdarzyło się wcześniej i co może zdarzyć się później

Niezabieranie głosu w sprawie roku dwutysięcznego jest w dzisiejszych czasach wyrazem wyjątkowej gamoniowatości towarzyskiej. Każdy ma swoją, na ogół czarną, wizję tej granicy. Co światlejsi przypominają, że kataklizm uderzy w nas nie w pierwszym roku nowego tysiąclecia, a w ostatnim starego. Następcą roku pierwszego przed naszą erą był rok pierwszy ery nowożytnej. Stulecie liczy, jak sama nazwa wskazuje, sto lat, a tysiąclecie – dziesięć stuleci. Tak więc cenę wielkich korzyści, jakie dały nam komputery, przyjdzie zapłacić jeszcze w dwudziestym wieku.

Istniejąca sytuacja jest dowodem ilustrującym znaną tezę, że komputery powstały dla rozwiązywania problemów, których – gdyby nie one – w ogóle by nie było. Z drugiej strony nasze przekonanie o tym, że dzięki komputerom możemy dziś robić rzeczy, o których naszym dziadom się nie śniło, nie zawsze okazuje się słuszne.

Już w 1932

coraz mniej czasu

roku w Pittsburghu pewna sieć sklepów korzystała z 250 terminali kart perforowanych, połączonych liniami telefonicznymi z dwudziestoma tabulatorami Powersa (urządzeniami zdolnymi przetwarzać dane przy użyciu techniki mechano-elektrycznej) i piętnastoma elektrycznymi maszynami do pisania. Prowadzono statystykę sprzedaży, fakturowano klientów, nadzorowano kredyty. System pozwalał zarejestrować do 9000 transakcji na godzinę!

Mechanografia narodziła się w roku 1884, przyjęła w 1890, była powszechnie używana do początku lat pięćdziesiątych, natomiast jej zmierzch nastąpił w latach sześćdziesiątych pod naporem ewolucji komputerowej. Jej historia liczy więc około siedemdziesięciu lat, więcej niż historia komputerów. Po osiemdziesięciokolumnowej karcie perforowanej pozostały nam na przykład osiemdziesięciokolumnowe terminale w biurach rezerwacji biletów lotniczych.

Innym artefaktem z przeszłości jest sekwencja , kończąca akapit w wielu systemach przetwarzania tekstów. W czasach kiedy urządzeniem drukującym był dalekopis, należało najpierw polecić głowicy powrót do skrajnego lewego położenia, a następnie wysunąć papier do początku kolejnego wiersza. W przeciwnym wypadku następująca litera mogła wydrukować się w pół wiersza, bo głowicy powrót zajmował więcej czasu niż wałkowi wysunięcie papieru. Mechaniczne uwarunkowania takiej sytuacji zanikły już dawno, ale jej konsekwencje do dziś przysparzają kłopotów podczas konwertowania tekstów między różnymi systemami.

Kłopoty czyhają również w trzewiach systemów operacyjnych. Na przykład system Unix liczy czas w sekundach od północy pierwszego stycznia 1970 roku. Sposób, w jaki je zapisuje, pozwala mu doliczyć się ich 214 748 364, zanim wróci do pięknych lat siedemdziesiątych. Stanie się to 19 stycznia 2038 o godzinie 3

14

i siedem sekund. Mamy więc jeszcze trochę czasu, ale następny problem czai się już w mroku.

Najgłośniejsza ostatnio zaszłość z przeszłości to dwucyfrowy sposób kodowania roku w zapisie daty. W czasach kiedy postanowiono ją tak zapisywać, liczył się każdy bajt pamięci operacyjnej i masowej. Nawet Departament Obrony Stanów Zjednoczonych zalecał dostawcom oszczędzać pamięć. Niestety, od tamtej chwili nie udało się nam wyposażyć komputerów w inteligencję i teraz grozi nam katastrofa.

Warto przypomnieć, że podobny kataklizm w Polsce już przechodziliśmy, choć na nieco mniejszą skalę. Denominacja wymagała również przejrzenia kodów wszystkich programów finansowych i wprowadzenia odpowiednich poprawek. O jesieni owa, w naszym kraju, wypełniona nieprzespanymi nocami i lękiem o to, co będzie po pierwszym stycznia! Znam ładną a prawdziwą historię o systemie, który został przebadany zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki. Przeprowadzono testy według wcześniej starannie opracowanego programu. Nadano wewnętrzny znak zgodności z denominacją. Na szczęście użytkownik sprawdził system u siebie na bazie testowej. Wszystko było w porządku oprócz jednego drobiazgu: system podzielił przez dziesięć tysięcy również zapisy na kontach dewizowych.

Słusznie nadany problemowi rozgłos czyni zeń jednak zjawisko kultury masowej, mieszczące się w okolicach myszki Miki i dalmatyńczyków z filmów Disneya. Z jednej strony można na tym zjawisku socjologicznym zarobić spore pieniądze. Liczne i bardzo drogie programy kontrolno-naprawcze przyniosą zapewne pewien efekt. Z drugiej strony właściwa przełomom wieków skłonność do mistycyzmu i pospolitego mętniactwa otwiera pole do działania wszelkiej maści hochsztaplerom. Gdyby mi się chciało, zacząłbym, zamiast pisać te felietony, produkować chroniące przed skutkami zmiany daty amulety. Sądzę, że zbyt by był.

A jak się to skończy? Wszyscy dziś prorokujący powinni pamiętać, że zapewne pierwszego stycznia roku pamiętnego niecała cywilizacja ulegnie zagładzie i ktoś będzie mógł przeczytać dzisiejsze proroctwa. Myślę, że – jak u Disneya – pomoc przybędzie w ostatniej chwili. Obudziwszy się z lekkim bólem głowy, zobaczymy śnieg za oknami. Gdzieś tak do marca będziemy wyjaśniać w banku, ubezpieczalni i na poczcie, że zaszła pomyłka. Produkt narodowy trochę przez to spadnie, ale w trzecie tysiąclecie wkroczymy już z uzgodnionymi kontami.

Piotr Fuglewicz – wiceprezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego, autor modułów sprawdzania pisowni dla popularnych w naszym kraju edytorów tekstu

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.