Szkoła archeologii informatycznej

Felieton o problemach edukacyjnych związanych z wprowadzaniem do szkół nauki o informatyce

Komputery powstały, aby zastępować człowieka w monotonnych czynnościach, przyspieszać żmudne prace oraz –

last but not least — by służyć edukacji i rozrywce. Tymczasem wśród pewnej części „miłośników krzemu” pokutuje przekonanie, iż sensem istnienia pecetów jest pisanie dla nich programów. Czemu by te programy miały służyć, jest już kwestią marginalną. Wynikałoby z tego, że komputery istnieją po to, by być obsługiwane przez człowieka. Przypomina to znaną z science fiction wizję przyszłości, w której potężne komputery zniewolą ludzi. Choć maszynom daleko jeszcze do takiej potęgi, to istnieją osoby wyraźnie pragnące takiego zniewolenia. Wypada sparafrazować stare pytanie: człowiek dla klawiatury czy klawiatura dla człowieka?

Ośrodki kultu obiektów dynamicznych i skoków warunkowych najłatwiej znaleźć w polskich szkołach. Tam trzydziestoletni informatycy, doświadczeni w zmaganiach z VAX-ami i RIAD-am, wierzą święcie, że nikt bez umiejętności programowania nie zmusi maszyn liczących do posłuszeństwa. Jednak to, co jeszcze na początku lat 90. było prawdą, dziś jest anachronicznym absurdem. Władcy szkolnych pracowni informatycznych nie zauważyli, że minęła już era programistów. Obecnie komputery to domena użytkowników, którzy nie mają bladego pojęcia o tajemnej sztuce tworzenia programów. Nie ma powrotu do znakowych terminali i surowych komend DOS-a. Po cóż, w erze dołączanych do czasopism CD-ROM-ów i łatwego dostępu do terabajtowych zasobów serwerów całego świata, zwykłemu posiadaczowi komputera umiejętność kompilacji i debugowania? Nawet najbardziej dziwaczną i specjalistyczną aplikację łatwiej dziś i szybciej znaleźć w Sieci, niż mozolnie „rzeźbić” w Delphi czy Visual C++. Dzisiejszemu użytkownikowi Windows biegłość w tworzeniu kodu wykonywalnego jest równie niezbędna, co sprawność w jeździe na wrotkach. Dla wszystkich spędzających znaczną część życia przed klawiaturą, poza relatywnie wąską grupą programistów-zawodowców, programowanie jest dzisiaj tylko ekscentrycznym hobby.

Szczytem wtajemniczenia stała się dla zwykłego użytkownika zdolność bezpiecznej edycji rejestru systemowego i likwidowania konfliktów urządzeń kłócących się o przerwania. Jeśli nauka jakiegoś języka programowania miałaby mieć sens, to w grę wchodziłby chyba tylko HTML, choć i to nie wydaje się propozycją specjalnie perspektywiczną. Wyścig w budowaniu coraz bardziej przyjaznych narzędzi internetowych sprowadzi niedługo edycję stron WWW do klikania tu i ówdzie, i odpowiadania na uprzejme pytania programu.

Owszem, znajomość dosowych poleceń niekiedy się przydaje. Wiedza ta staje się pożyteczna, gdy Najlepszy Na Świecie System Operacyjny wyłoży się w sposób nieodwracalny i trzeba z pomocą dyskietki awaryjnej ratować, co się da z bezcennych danych. Jednak, oprócz pamięciowego opanowania parametrów komendy „copy” niezbędna jest wówczas znajomość struktury i zawartości katalogów najpopularniejszego systemu operacyjnego, a tego już raczej nie uczą w szkołach. Nie uczą też, niestety, instalacji nowych programów, wyszukiwania zaginionych bibliotek dynamicznych i tuningu. Nieczęsto się też zdarza, by nauczyciel poświęcił choć chwilę problemom, jakie można napotkać, instalując nowe urządzenie czy uaktualniając sterowniki.

Polska szkoła nie uczy używania komputera! Nie pokazuje, w jakich zastosowaniach jest on pożytecznym narzędziem. Nie pomaga dopasować peceta do własnych potrzeb. Nie prezentuje setek istniejących na rynku programów edukacyjnych, nie podpowiada, jak odróżnić wśród nich kolorowy bubel od doskonałej pomocy. Ilu uczniów, którzy na lekcjach męczyli się kopiowaniem za pomocą standardowego Eksploratora, wie, że można go zastąpić jednym z wielu łatwo dostępnych i wygodnych programów shareware’owych?

Wyposażenie polskiej szkoły w nowoczesne komputery nie uczyni jej bynajmniej szkołą nowoczesną. Nawet lekcje informatyki można prowadzić w sposób archaiczny, nie dostarczając żadnej praktycznej wiedzy. Za taki stan rzeczy odpowiada przede wszystkim brak kwalifikowanej kadry nauczycielskiej. Absolwenci politechnicznych czy uniwersyteckich kierunków informatycznych nie są przecież z wykształcenia nauczycielami. Te studia nie przygotowują do popularyzacji wiedzy, ale do rozwiązywania konkretnych problemów praktycznych. Co gorsza, owe problemy nierzadko należą do historii w chwili, gdy świeżo upieczony specjalista od ich rozwiązywania opuszcza mury uczelni. Może on wówczas zaproponować młodzieży szkolnej swego rodzaju archeologię informatyczną.

Być może należałoby rozważyć wprowadzenie na wyższych uczelniach nowego kierunku: popularyzacja techniki informatycznej. Kto wie, czy nie lepsze efekty od dzisiejszych dawałoby zatrudnianie amatorów z dużym doświadczeniem praktycznym i zacięciem popularyzatorskim? A jeśli żaden z tych pomysłów nie jest możliwy do zrealizowania, to może lepiej w ogóle wycofać informatykę z programów szkolnych? Może zamiast zniechęcać młodzież masą nieprzydatnych informacji, lepiej pozostawić ją z marzeniami o cyfrowych cudach, do których bramą jest myszka i klawiatura? Warto by i w edukacji przyjąć hipokratesową zasadę: po pierwsze nie szkodzić!

Mówi się, że generałowie wiecznie przygotowują się do minionych wojen. Cóż w takim razie powiedzieć o nauczycielach informatyki, którzy uczą programowania oraz komend DOS-a?

Piotr Dębek jest doktorantem w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.