Machina czasu

Felieton o nieuchronności zmian zachodzących w życiu codziennym, a kórych źródłem jest komputeryzacja i informatyzacja

Kiedy Anna Karenina rzucała się pod pociąg, kończyła się właśnie jedna epoka i – jak to zwykle bywa – zaczynała nowa, nieznana. Piękna, acz nieszczęśliwa rosyjska szlachcianka padła nie tyle ofiarą własnych namiętności, co obyczajowych przesądów, szczególnie drastycznych w swych przejawach na przełomie dwóch stuleci. Wyrok wykonał pociąg – ówczesny symbol NOWEGO, znienawidzonego nie tylko przez autora, „Żelaznego Wieku”.

Dziś byłby to komputer. To on jest współczesnym symbolem lęków związanych z NIEZNANYM. Jego pojawienie się stanowi cezurę XX wieku, odgraniczającą przeszłość i witającą nową, „cyfrową” erę. Komputery mogą też być maszynami śmierci, pomagającymi dzisiejszym samobójcom przenieść się na tamten świat*. W optyce porównań z historią Kareniny są one zarówno narzędziem śmierci „nowoczesnej”, jak i znakiem czasu.

Gdyby się tak zastanowić, to komputerami straszą nas od dawna, bo też nadają się one do tego znakomicie – nieznane, nieprzewidywalne, przebiegłe i bezwzględne w swej martwej bezosobowości. Od lat używane były w filmach, tam gdzie trzeba było wprowadzić element „nowoczesnego” zła, przyczyniając się ostatecznie do powstania podgatunku „cyberhorrorów”.

Cywilizacyjne znaki czasu – pociągi, samochody czy samoloty – przeszły w naszej wyobraźni tę samą drogę: od strachu, poprzez fascynację, do konsumpcyjnego spowszednienia. Komputerów ten los nie minie.

Fazę, w której obecnie się znajdujemy, nazwałbym słabnącym entuzjazmem. Komputery stają się powoli dobrem powszechnego użytku. Ze wszystkimi wypływającymi z tego faktu konsekwencjami. Oznacza to, że wkrótce wylądują gdzieś pomiędzy, może nie mikrofalówką a pralką, ale z pewnością telewizorem i samochodem. W tym momencie ci, którzy się ze mną nie zgadzają, gorąco zaprotestują, wskazując na kreatywny i interakcyjny charakter wykorzystania komputera. Zgoda, ale kierunek rozwoju w tej dziedzinie wiedzie nas do coraz bardziej leniwych form używania tego rodzaju sprzętu. Popatrzmy chociażby na internetowe kanały czy webbroadcasting! Kiedy w pecetach niedalekiej przyszłości rozpowszechni się rozpoznawanie mowy ciągłej, nauka pracy z komputerem niewiele będzie odbiegała od kursu jazdy samochodem: kilka rundek po infostradzie, a potem już tylko zamknięty test pisemny pod tytułem „Co robić w typowych sytuacjach”.

Ułatwienia w korzystaniu z produktów cywilizacji poszerzają krąg ich odbiorców, ale niszczą otaczającą je aurę tajemniczości. Na początku wieku pilot czy automobilista byli postrzegani jako „wtajemniczeni”, ludzie-symbole swojej epoki, uosabiający odwagę w ujarzmianiu „żywiołów” rozpętanych przez cywilizację. Jednocześnie każdy z nich musiał być rzemieślnikiem, znającym swą maszynę od podszewki. Podobnie jak każdy użytkownik komputera miał do niedawna „obowiązek” być programistą lub pełniej – informatykiem. Teraz liczba programistów pod względem proporcji zaczyna przypominać wielkość populacji oblatywaczy samolotów w stosunku do pasażerów linii lotniczych czy też kierowców rajdowych do użytkowników samochodów.

Powolna erozja etosu programisty wskazuje na rozpoczęcie schyłkowego okresu rozwoju komputerów, rozumianych jako drożdże cywilizacji. Teraz ma na nich powstać konsumpcyjne ciasteczko – słodkie, masowe, tanie i… lekko strawne. Słynnych guru komputerowych (kto dziś pamięta ich nazwiska? Sic transit gloria mundi! ) zastąpił rynek z uśmiechniętą twarzą marketingowego geniusza z Redmond, u którego najlepszy nawet programista jest jedynie kółkiem w machinie.

Kierunek, w którym zmierza komputeryzacja, jest również zapowiedzią końca dzisiejszej prasy komputerowej. Trudno wyobrazić sobie obecnie miesięcznik o parowozach w skali aktualnych magazynów komputerowych. Prasa ta w końcu ocaleje, ale rozpięta w ekwilibrystycznym szpagacie pomiędzy periodykami dla tych, którzy zarabiają na pecetach, a czasopismami dla hobbystów z pewną poprawką na dziwaków. Tak będzie, bo tak się stało w przypadku prasy motoryzacyjnej, reprezentowanej obecnie przez czasopisma dla „garażystów” oraz miesięczniki dla entuzjastów spod znaku „…i żeby był duży i szybki”.

Jedną z pierwszych regulacji ruchu drogowego był przepis nakazujący, by przed samochodem biegł z flagą człowiek, ostrzegający przechodniów i konie o zbliżaniu się potwora. W ostrej nocie, bodaj czy nie Niemców do Francuzów z początku I wojny światowej, wyrażano oburzenie, że strona przeciwna rzuca kamieniami w samoloty wroga; a to przecież może uszkodzić cenną i wrażliwą maszynę lub – nie daj Boże – pilota.

Kiedy patrzę na nasze komputerowe fascynacje, widzę siebie w kontekście tamtych czasów. I wydaje mi się, że kiedy dorosną już nasze dzieci, będziemy dla nich równie śmieszni i dziwaczni z tymi komputerami, co parowozowo-automobilowi herosi dla nas. Będą ich śmieszyć te wszystkie tipsy, solucje, zastosowania i know-how. To, co nas fascynuje, dla nich będzie naturalne, a na horyzoncie pojawią się nowi bohaterowie pięciu minut, które zawsze daje cywilizacja.

Komputery staną w każdym domu i tak jak dziś samochody będą się różnić od siebie bardziej obudową niż budową. Wszystko będzie proste i łatwe, a jednocześnie… płaskie i nijakie. Zniknie posmak wtajemniczenia, sekciarstwa, obcowania z nieznanym.

Kiedy z politowaniem i archeologicznym zaciekawieniem słuchamy dziś relacji o pierwszych przygodach z ZX Spectrum czy perforowanymi kartami, pamiętajmy, że kiedyś będziemy równie kuriozalni, my bohaterowie Windows NT, poskramiacze wirusów i wirtuozi Sieci. Świadectwem naszych czasów będzie choćby ten CHIP, który w rękach czytelnika młodszego o dwa pokolenia okaże się zaledwie obyczajowym spisem problemów, którymi fascynowali się dziadkowie, a które staną się chlebem powszednim trzecioklasistów. Dlatego też, jeśli egzemplarz ten wpadnie w ręce kogoś za lat trzydzieści – proszę o wyrozumiałość. Myśmy tym żyli naprawdę i na serio. Proszę się nie śmiać. Wy też kiedyś będziecie tak wyglądali!

* „Zestaw do eutanazji, składający się z oprogramowania i instrukcji obsługi, zostanie wkrótce udostępniony w Internecie” – poinformował na początku października 1996r. dr Philip Nitschke z Australii. Nitschke (zwany na Antypodach „Doktorem Śmierć”) przeprowadził 22 września pierwszą legalną na Terytorium Północnym eutanazję, umożliwiając swojemu pacjentowi dobrowolne zaaplikowanie sobie śmiertelnego zastrzyku. Chory miał jedynie wcisnąć odpowiedni przycisk na klawiaturze. Maszyna do eutanazji kosztuje ok. 160 dolarów. Zdaniem Nitschkego największy problem stanowi trucizna.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.