Operacja

Felieton o tym, że znajomość mass-mediów w temacie Internetu równa się praktycznie zeru

Mass media są potęgą, z którą nic nie może się równać. Ani niezwykła dynamika rozwoju informatyki, ani miliardy Microsoftu, ani osobista fortuna i sława Billa Gatesa. By premiera Windows stała się wydarzeniem nawet dla ludzi, którzy nie mają do czynienia z komputerami, konieczna była ciężka praca wielu specjalistów oraz wsparta pokaźnymi kwotami kampania promocyjna. W Polsce podobny rozgłos uzyskał w połowie sierpnia amatorski program sprzed trzech lat – wyłącznie dzięki kaprysowi dziennikarza ogólnopolskiej gazety codziennej. Temat podchwyciły inne gazety oraz wszystkie główne stacje telewizyjne, co utwierdziło rzesze odbiorców w przekonaniu, że wykryto kolejną aferę. I tak oto prymitywna gra przygodowa Operacja Glemp stała się nad Wisłą wydarzeniem tygodnia.

W rzeczywistości po raz kolejny mieliśmy do czynienia z „faktem prasowym”. Operacja…, owszem, istnieje naprawdę, jednak cała awantura została sprowokowana przez media, które zresztą same dokładnie nie wiedziały, co takiego je oburza. W telewizyjnych relacjach mogliśmy posłuchać o grze, w której „strzela się do księży” oraz obejrzeć migawki z „dyżurnego” w takich przypadkach Quake’a. Tymczasem Operacja… nie pozwala na strzelanie do kogokolwiek ani w niczym nie przypomina klasyka ID Software. Kolejne komentarze coraz bardziej przypominały „głuchy telefon”, gdyż wypowiadające się autorytety po prostu nie mogły wiedzieć, o czym mówią. Następnego dnia po gazetowej demaskacji gra znikła bowiem ze strony jej twórcy i przez tydzień była całkowicie niedostępna. Brak przedmiotu dyskusji nie obniżył jednak jej temperatury. Na grach komputerowych znają się wszak wszyscy, nawet ci, którzy ich nigdy nie widzieli na oczy.

Warto przyjrzeć się karierze słynnego dziś programu. Został on napisany w zamierzchłej – zgodnie z informatyczną rachubą czasu – przeszłości: w roku 1996. Powstał… i nic. Nie wywołał wówczas fali protestów społecznych ani interpelacji poselskich. Opublikowanej w Internecie ohydy nie zauważyli nawet czujni żurnaliści „Gazety Wyborczej”. Również środowisko graczy zignorowało premierę Operacji… Tym ostatnim trudno się zresztą dziwić – program był żenująco toporny, nawet jak na amatorski freeware z 1996 roku. Osadzenie akcji w polskich realiach i nasycenie gry antyklerykalnymi dowcipami rodem z „Nie” to za mało, by zdobyć popularność. Potrzeba było jeszcze skandalu. O skandal zaś postarał się trzy lata później największy polski dziennik.

Internet stał się dla nieelektronicznych mediów niewyczerpanym źródłem afer. Cóż łatwiejszego, niż znaleźć gdzieś w Sieci jakiegoś maniaka i tryumfalnie potem ogłosić, że oto po raz kolejny wnikliwi dziennikarze uratowali bezbronne społeczeństwo przed zgnilizną ściekającą z komputerowych ekranów. Tymczasem w Sieci nie ma naprawdę wielkich skandali – to medium zbyt pluralistyczne i zdecentralizowane, by jedna wiadomość mogła zdominować tysiące witryn i trafić do milionów internautów. Dopiero gazetowa enuncjacja czy migawka w telewizyjnych „Wiadomościach” sprawiają, że w Internecie zaczyna roić się od stron poświęconych modnej sensacji. Bezdyskusyjnym osiągnięciem prasy i telewizji jest solidne wyedukowanie polskiego społeczeństwa w zakresie dostępu do zakazanych odmian pornografii, przepisów na bomby i narkotyki oraz kontaktu z organizacjami ekstremistycznymi. Dziś można w Polsce nie wiedzieć, jak się komputer włącza, ale nie można nie mieć pewności, że wszystko, co zakazane, nieetyczne lub wątpliwe moralnie, jest łatwo dostępne w Sieci. Przeprowadzona przez media operacja „Bzdura” zaowocowała powstaniem licznych witryn poświęconych grze i falą zainteresowania nią na listach dyskusyjnych – Operacja Glemp stała się bez wątpienia najpopularniejszym programem rozrywkowym miesiąca i chyba nawet przedwczesna premiera Quake’a 3 nie odebrałaby jej tego tytułu.

Internet nie ma jeszcze swej własnej twarzy, a jedynie gombrowiczowskie „gęby” przyklejane mu przez doraźnych krytyków. Te „gęby” jednak wrastają głęboko, stymulując niechciane i niekorzystne kierunki rozwoju. Słowo drukowane i wygłaszane z ekranu ma moc tworzenia, a etykietowanie społeczności internetowej sprawia, że piętnowane zjawiska przybierają na sile.

Jeśli zgodnie z decyzją prokuratora autor „Operacji…” zasiądzie na ławie oskarżonych, obok niego powinno się znaleźć miejsce dla dziennikarza, który całą sprawę wywołał. To on, rzekomo demaskując aferę, w rzeczywistości ją zapoczątkował. Pozostaje cieszyć się, że w swoich tropicielskich zapędach trafił na stronę z grą komputerową, a nie z domowym przepisem na broń biologiczną, gdyż z pewnością w imię dziennikarskiej rzetelności nie omieszkałby podać jej dokładnego adresu, a kto wie, może nawet zacytowałby obszerne fragmenty. Ze szczerym oburzeniem i z trudem przezwyciężając wstręt, oczywiście. Jak w przypadku wydrukowania co bardziej pikantnych fragmentów Raportu Starra: „Z prawdziwym obrzydzeniem polecamy Państwa uwadze…”.

Obserwując wyciągane raz po raz, jak króliki z kapelusza, internetowe skandale, z rozrzewnieniem wspominam niezwykle popularny na początku lat 90. tygodnik „Skandale”. Ten brukowiec czystej krwi specjalizował się w wywiadach z wydobytymi właśnie z lodowców neandertalczykami i pacjentami, którym przez pomyłkę przeszczepiono drugą głowę. Wysysanie z palca takich idiotyzmów nie było wprawdzie bliższe rzetelnemu dziennikarstwu, ale przynajmniej tam bzdury nie służyły za pretekst do nagonki na kogokolwiek i cokolwiek.

Piotr Dębek, entuzjasta fantastyki i mechanizmów działania kultury popularnej

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.