Czy program to rzecz?

Wielu czytelników wyraziło podobne wątpliwości co do prawnej natury oprogramowania. Czym więc - w świetle obowiązującego w Polsce prawa - jest software? Czy rzeczywiście jest to "miotła" - tyle że technologicznie zaawansowana? Dlaczego nabywanie oprogramowania wymaga specjalnych regulacji? Nawet jeśli aplikacje komputerowe wymagają specjalnej ochrony, to dlaczego każdy produkt ma osobną umowę? Czy konieczne jest, […]

Wielu czytelników wyraziło podobne wątpliwości co do prawnej natury oprogramowania. Czym więc – w świetle obowiązującego w Polsce prawa – jest software? Czy rzeczywiście jest to „miotła” – tyle że technologicznie zaawansowana? Dlaczego nabywanie oprogramowania wymaga specjalnych regulacji?

Nawet jeśli aplikacje komputerowe wymagają specjalnej ochrony, to dlaczego każdy produkt ma osobną umowę? Czy konieczne jest, by zgłębiać wielostronicowe i niekoniecznie przejrzyste licencje, gdy kupujemy grę czy testujemy shareware’owy drobiazg?

List Czytelnika

Prawo jest ciągle jeszcze u nas bardzo niedojrzałe i nie dba w zadowalającym stopniu o klienta. Często wygląda śmiesznie w porównaniu z uregulowaniami prawnymi w innych dziedzinach gospodarki. Widać to chociażby w dwóch przypadkach.

Po pierwsze, gdy kupujemy jakiś produkt codziennego użytku – dajmy na to miotłę – nikt nie wymaga od nas podpisywania umów i zaznajamiania się z instrukcją obsługi miotły. Wzajemne zobowiązania prawne obu stron przyjmuje się w takiej sytuacji domyślnie, zgodnie z ogólnie obowiązującym w Polsce prawem. Dzięki temu konsument mający podstawową wiedzę o swoich prawach może bez zbędnych formalności kupić większość produktów. Po co więc wymagać od użytkownika czytania, nierzadko bardzo długiej, umowy, nad którą powinien się jeszcze zastanowić, żeby nie zaakceptować jakiegoś diabelskiego cyrografu. Według mnie – zirytowanego użytkownika – instalacja takich programów powinna być pod względem prawnym równie prosta jak kupienie sprzętu domowego, chociażby wspomnianej miotły.

Po drugie, wyobraźmy sobie konsumenta, który zapraszany jest do demonstracji w hipermarkecie. Jednak przed spróbowaniem jogurtu czy pobawieniem się drylownikiem do wiśni proszony jest o podpisanie umowy. Ilu klientów zdobyłaby taka firma? Dlaczego wymaga się tego od osób, które chcą zapoznać się z wersjami demonstracyjnymi oprogramowania? Z jakiej racji mam akceptować umowę dotyczącą produktu, którego przecież jeszcze nie znam (w końcu jest to jego wersja demonstracyjna)? Zaczynanie demonstracji od prawnych formalności jest moim zdaniem w złym guście i zniechęca potencjalnego klienta.

Ten problem to zgrzyt w dobie Internetu oraz zalewie shareware’u i freeware’u. Wygląda na to, że prawo stanowi tu wąskie gardło w swobodnym i szybkim dostępie do informacji.

Remigiusz Karmiński

Bitowe dzieło sztuki

Program komputerowy uznany jest w polskim prawie autorskim za dzieło, czyli przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze. Jest on więc chroniony w taki sam sposób jak utwór literacki, a jego twórcy przysługują zaś takie same prawa jak autorowi książki. Choć aplikacja musi być dziełem oryginalnym i indywidualnym, to jednak owo piętno indywidualizmu może ograniczać się do niewielkich różnic w stosunku do już istniejących, konkurencyjnych pakietów.

Za dzieło uważa się wszelkiego rodzaju oprogramowanie: systemy operacyjne, środowiska programistyczne, programy narzędziowe, biurowe, komunikacyjne oraz aplikacje multimedialne i rozrywkowe. Dla uznania aplikacji za dzieło nie ma znaczenia nakład pracy czy środków finansowych, konieczny do powstania produktu. Nie jest nawet istotne, czy program nadaje się do użytku oraz czy zawiera błędy lub wady.

Napisane – chronione

Aby autorowi aplikacji przysługiwała ochrona prawna, nie musi on wypełnić żadnych formalności – kodu nie trzeba więc nigdzie rejestrować czy zgłaszać. Jedynym wymogiem dla skuteczności tej ochrony, a w zasadzie dla uznania danej pracy za dzieło, jest jego utrwalenie, czyli ustalenie końcowej wersji kodu źródłowego w dowolnej postaci – zapisu na papierze, dysku twardym, CD-ROM-ie etc. Ochronie podlegają także wszelkie formy dokumentacji, natomiast nie są prawnie zastrzeżone jakiekolwiek idee, zasady czy pomysły.

Uprawnienia autora

Prawo autorskie chroni również tłumaczenia utworów oryginalnych, także komputerowych. W tym przypadku jednak tłumacz nie może w sposób dowolny dysponować swoim dziełem – rozporządzanie i korzystanie z niego uzależnione jest od woli twórcy dzieła pierwotnego. Prawa autora-twórcy do dzieła są dwojakiego rodzaju: osobiste oraz majątkowe. Pierwsze z nich obejmują prawo do autorstwa utworu i oznaczenia go własnym nazwiskiem lub pseudonimem albo też pozostawienia go anonimowym. Natomiast autorskie prawa majątkowe to, ogólnie rzecz ujmując, wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim, a także prawo do pobierania wynagrodzenia za korzystanie z utworu przez osoby trzecie. Przepisy szczegółowe ustawy, dotyczące programów komputerowych, wyjaśniają te ogólne zasady. I tak twórcy przysługuje wyłączne prawo do zwielokrotnienia (trwałego lub czasowego) programu w całości lub w części dokonane w obojętny sposób i w dowolnej formie.

Pierwsza kopia od twórcy

Innym prawem majątkowym twórcy jest prawo do rozpowszechniania software’u, zarówno pierwszego egzemplarza, jak i kopii. Pojęcie rozpowszechniania oznacza udostępnianie programu innym osobom i obejmuje m.in. sprzedaż, najem, dzierżawę, leasing, udzielenie licencji, wyrażenie zgody na opisanie programu w czasopiśmie przed premierą rynkową, zaprezentowanie na targach czy pokazie. Art. 75 ustawy o prawie autorskim ogranicza w pewnym zakresie uprawnienia twórcy, nabywca programu może bowiem bez jego zezwolenia m.in. sporządzić – jedynie dla siebie – kopię programu, jeżeli jest to niezbędne dla korzystania z tej aplikacji.

Prawo dla pracownika czy pracodawcy?

Od zasady, iż prawa autorskie przysługują twórcy programu komputerowego, istnieje jeden wyjątek. Mianowicie prawa majątkowe do aplikacji stworzonej przez pracownika w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy przysługują pracodawcy, jeżeli umowa o pracę nie stanowi inaczej. Jeśli więc ktoś został zatrudniony na podstawie umowy o pracę na takim stanowisku, na którym zakres obowiązków obejmuje tworzenie programów komputerowych, umowa o pracę zaś w ogóle nie porusza kwestii majątkowych praw autorskich do stworzonych programów, prawa te przysługują pracodawcy. Nie ulega przy tym wątpliwości, że nie dotyczy to osobistych praw autorskich, które zawsze przysługiwać będą jego twórcy, a nie pracodawcy czy też firmie – producentowi programu.

Pożyczanie zakazane

Bardzo ważnym aspektem praw autorskich dotyczących programu komputerowego jest ograniczenie korzystania z aplikacji do tzw. dozwolonego użytku. Sprowadza się on do możliwości korzystania z nabytego dzieła w zakresie własnego użytku osobistego. Przez to pojęcie rozumie się także korzystanie przez osoby pozostające z uprawnionym w stosunku pokrewieństwa, powinowactwa czy też stosunku towarzyskim. Jednak tak określany użytek osobisty nie dotyczy programów komputerowych. Jeżeli więc kupiliśmy software, aby korzystać z niego na własnym komputerze, nie możemy udostępnić go babci czy też najbliższemu przyjacielowi.

Klient – tylko użytkownik, a nie właściciel

Wróćmy do kwestii skomplikowanej procedury nabywania samego software’u. Dlaczego różni się ona tak zasadniczo od kupna tylu innych przedmiotów codziennego użytku? Warto odpowiedzieć wpierw na pytanie, co nabywamy, kupując software. Czy jest to aby na pewno rzecz porównywalna do wspomnianej wcześniej „miotły”? Czy kupujemy coś, co staje się naszą własnością? Otóż nie. Kupując pakiet, najczęściej nabywamy licencję, czyli podpisujemy umowę z producentem, na mocy której uzyskujemy jedynie prawo do użytkowania konkretnej kopii danego programu! Nie stajemy się właścicielami samego programu. Umowa licencyjna zaś określa dokładnie warunki, na jakich możemy korzystać z praw autorskich twórcy.

Pięć lat z aplikacją

Wspomniana wyżej umowa powinna między innymi zawierać określenie zakresu, miejsca oraz czasu korzystania z programu, a także szczegółowo wymienić kwestie wprowadzenia programu do obrotu, wydzierżawienia lub wynajmu. Określa ona też sposób i czas korzystania z programu. Jeżeli w treści samej umowy nie został określony czas trwania licencji, to zostaje ona z mocy prawa udzielona na pięć lat. Po upływie tego terminu licencja, a więc zezwolenie na korzystanie z programu, automatycznie wygasa. Należałoby wtedy pozbyć się takiego programu lub zwrócić się do twórcy lub innej uprawnionej osoby o przedłużenie umowy licencyjnej lub o zawarcie nowej. Z praktycznego punktu widzenia może być to jednak przepis „martwy”. Po pierwsze, po upływie 5 lat program komputerowy „umiera ze starości”, pokonany przez nowe wersje lub też zupełnie nowe produkty. Przepisem tym nie przejmują się sami dystrybutorzy. Np. przedstawiciele firm Microsoft i Corel zgodnie deklarują, że legalni nabywcy ich produktów mogą z nich korzystać bez żadnych ograniczeń czasowych, a więc domyślnie zgadzają się na przedłużenie licencji. Warto jednak pamiętać, że z niekorzystnych dla odbiorcy zapisów ustawowych mogą skorzystać inni producenci i dystrybutorzy.

Bity bez gwarancji

Bardzo istotną kwestią dla nabywcy są zapisy w umowach licencyjnych, dotyczące odpowiedzialności licencjodawcy za błędy w oprogramowaniu. Najczęściej odpowiedzialność ta jest ograniczona jedynie do wad samego nośnika, nie obejmuje natomiast szkód powstałych wskutek niewłaściwego działania samej aplikacji. Niewątpliwie przejęcie pełnej odpowiedzialności za program byłoby dla twórcy bardzo ryzykowne. Jednak z punktu widzenia konsumenta wydaje się, iż zapisy typu: „producent w żadnym wypadku nie jest odpowiedzialny za straty lub szkody jakiegokolwiek rodzaju” rażąco godzą w jego interesy. Wiele wątpliwości wzbudza prawie zawsze wykorzystywane zastrzeżenie, że producent nie odpowiada „za utratę lub uszkodzenie danych, utracone zyski lub inne szkody (…) wynikające ze stosowania lub niemożności zastosowania niniejszego oprogramowania lub dokumentacji, bez względu na to, jak szkody takie powstały oraz bez wzgledu na przyjmowaną teorię odpowiedzialności. Ograniczenie to powszechnie stosowane jest nawet wówczas, gdy producent lub jego dystrybutor był uprzedzony o możliwości powstania takiej szkody lub straty”. Software jest wszak produktem włączonym do obrotu i choć niewątpliwie trudno jest wziąć pełną odpowiedzialność za możliwość pojawienia się w nim w trakcie procesu produkcji konia trojańskiego, to jednak należałoby uwzględnić pewien zakres ochrony nabywcy-konsumenta. Np. w niemieckiej doktrynie prawnej przeważa pogląd, że jest to dobro, za które producent powinien wziąć odpowiedzialność. Przykładowo: producenci w Niem- czech byli zobowiązani do wzięcia odpowiedzialności za Y2K w odniesieniu do wszystkich aplikacji wyprodukowanych po 1995 roku. Od tego roku toczyła się na ten temat powszechna dyskusja w pismach naukowych i środkach masowego przekazu, w związku z czym przyjęto, iż był to problem ogólnie znany producentom. Władze naszych zachodnich sąsiadów potrafiły więc zadbać o interesy konsumenta. Nasze, niestety, poprzestały na ochronie praw producenta.

Problem tysiąclecia

Choć Problem Roku 2000 okazał się nadspodziewanie mało zjadliwy, to i tak kłopoty z oprogramowaniem pojawiły się, o czym świadczy choćby kilka listów w tej sprawie, jakie dotarły do redakcji. Brak regulacji prawnych chroniących interesy nabywców software’u sprawia, że trudno jest doradzić, co powinno się zrobić, gdy oprogramowanie kupione w listopadzie 1999 roku przestało działać 1 stycznia 2000, a producent proponuje jedynie zakup nowszej wersji pakietu. Jest to niewątpliwie sprzeczne z ogólnie przyjętymi zasadami dobrego kupiectwa. Ponadto trudno uwierzyć, że „za pięć dwunasta” producent nie miał świadomości wagi tego problemu oraz nie mógł zweryfikować odporności swego programu na komplikacje wynikające ze zmiany daty. Pomimo też różnorakich licencyjnych wyłączeń można by się pokusić o odwołanie do zasad rękojmi za wady fizyczne rzeczy sprzedanej, choć o skuteczności takiej strategii zadecyduje dopiero pierwsza, precedensowa rozprawa. Dotychczas mało kto próbował w ten sposób wyegzekwować swoje prawa od producentów oprogramowania. Bez wątpienia szybki rozwój technologii zmusi ustawodawców do regularnego dostosowywania polskiego prawa do nowych realiów. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nowe ustawy przygotowywane będą nie tylko z myślą o silnym lobby producentów, ale uwzględnią też interesy użytkowników.

Info
Grupa dyskusyjna
Pytania, uwagi i komentarze: #
E-maile dotyczące kwestii prawnych: [email protected]
Pytania do biegłego sądowego, p. Andrzeja Niemca:
poniedziałek i wtorek 9.00-10.00
tel.: (0-71) 329 94 53
faks: (0-71) 348 16 60
0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.