Programować każdy może

Miliardy Billa "MS" Gatesa, Larry'ego "Oracle" Ellisona czy chociaż wirtualna fortuna Jeffa "Amazon" Bezosa budzą zazdrość. Też bym chciał tyle zarabiać. Do interesów nie mam głowy, natomiast listingi nieskompilowanych programów według mnie zawsze sprawiały wrażenie czegoś... kusząco tajemniczego. Może więc też napiszę program? Bawiłem się zresztą kiedyś Turbo Pascalem. Wprawdzie między "begin" a "end" niewiele […]

Miliardy Billa „MS” Gatesa, Larry’ego „Oracle” Ellisona czy chociaż wirtualna fortuna Jeffa „Amazon” Bezosa budzą zazdrość. Też bym chciał tyle zarabiać. Do interesów nie mam głowy, natomiast listingi nieskompilowanych programów według mnie zawsze sprawiały wrażenie czegoś… kusząco tajemniczego. Może więc też napiszę program? Bawiłem się zresztą kiedyś Turbo Pascalem. Wprawdzie między „begin” a „end” niewiele mi się udawało umieścić poza pętlami, skokami i instrukcjami „writeln”, ale przecież biznes to tylko kwestia znalezienia odpowiedniej niszy rynkowej i sprawnego marketingu. Czyż nie?

Nisza powinna być duża i podatna na podbój. Ot, na przykład rynek pomocy szkolnych. Nie ma dziś jedynego słusznego programu ministerialnego, więc każdy może napisać bryk – idealny dla jakiegoś hipotetycznego programu autorskiego. Jeśli można stworzyć książkę, to i program multimedialny. Jeśli może każdy, to mogę i ja!

A treść? Treść zerem, treść niczym! Lewą marsz zapychać 650 MB! Coś o tym, coś o owym, parę obrazków, quiz w stylu audiotele i przebój rynkowy gotowy. Na okrasę parę klipów z przedwojennych filmów archiwalnych (format avi, koniecznie nieskompresowany), trochę melodyjek zapisanych jako.wav (świetnie zapychają CD- -ROM, a przecież trzeba go czymś wypełnić, by uzasadnić wysoką cenę krążka) i osobiście czytane komentarze (dykcję mam kiepską i seplenię, ale lubię dużo gadać). Materiały multimedialne przygotowuję osobiście lub mam za darmo, bo prawa autorskie do nich już dawno wygasły. Cuda te poskładam programem Macromedia Director, nie będę więc już musiał tego wszystkiego pętlić w Pascalu.

Gotowe? Prawie. Pozostaje tylko zlecić wytłoczenie paru tysięcy krążków i druk pudełek opatrzonych efektownymi napisami: „Nowość!” oraz „Program zalecany uczniom szkół podstawowych, gimnazjów, liceów, studentom wszystkich kierunków oraz słuchaczom uniwersytetów trzeciego wieku”.

Kto będzie się wgłębiał, że w mojej wersji jabłka z drzew spadają ruchem jednostajnym, Pol Pot to wybitny działacz ruchu robotniczego, a Ziemia jest płaska? Wątpliwości nadmiernie dociekliwych rodziców rozwieje rekomendacja uznanego specjalisty, który własnym autorytetem potwierdzi wysoką wartość edukacyjną wyprodukowanego przeze mnie krążka. Jak znaleźć takiego fachowca? Może Ministerstwo Edukacji ma takich ekspertów? Bingo! MEN udostępnia listę specjalistów, których opinia staje się przepustką do urzędowej laurki – zalecenia Ministra Edukacji Narodowej do użytku szkolnego.

Z owej listy należy wybrać parkę fachowców, przesłać im aplikację, odebrać opinię, uzgodnić cenę ekspertyzy… Chwileczkę, ja mam w cztery oczy z ekspertem ustalać honorarium? Zgodnie z Dziennikiem Ustaw (z dn. 15 lutego 1999, nr 14, poz. 130) – tak. Ot, i problem dla amatora. Ile taka ekspertyza jest warta? Przecież negocjacje nie przebiegają w ten sposób: „Rzeczywiście, nasz program uruchamia się raz na trzy próby i doskonale dzieli przez zero, ale za to na Pańskim czeku są o trzy zera więcej i nie musi się Pan dzielić z urzędem skarbowym”. Pachnie korupcją? Ministerialnym urzędnikom widocznie nic tu nie pachnie, ja jestem wrednie podejrzliwy, a eksperci są jak żona Cezara. (Tzn. poza wszelkimi podejrzeniami, a nie martwi od stuleci).

Dziwi mnie nieco, że MEN nie tylko nie wtrąca się w rozliczenia finansowe, ale nawet nie wymaga, by petent poinformował na wstępie, którym specjalistom poddał pod ocenę swoje dzieło. Czy to handicap dla takich twórców multimediów jak ja? Nie ryzykuję, że pierwszy dociekliwy metodyk pogrzebie moje marzenia o dorównaniu krezusom. Nie spodoba się drugiemu, piątemu, siódmemu? To wyślę następnym! W końcu musi się trafić dwóch przemęczonych nauczycieli, którzy to przeoczą, tamtego nie sprawdzą, a na owo nie zerkną z braku czasu. Tym bardziej że – znów zgodnie z ustawą – jeden z nich może być spoza ministerialnej listy.

Kolejną ciekawostką jest to, że w MEN powinienem przedstawić dwie POZYTYWNE opinie, a nie dwie PIERWSZE. Opinie, które ja prześlę, a nie recenzenci! Czy ktoś przy zdrowych zmysłach przekaże dalej negatywną ocenę własnego produktu? Co więcej, ministerstwo nie sprawdza już w żaden sposób wartości aplikacji np. przez dodatkową ekspertyzę wyznaczonego urzędowo fachowca.

Znalazłem receptę na sukces? Może, ale i tak nie stworzę żadnego programu i nie będę nikomu wciskał bubli. Obserwując jednak polski rynek aplikacji multimedialnych i edukacyjnych, z których wiele znajduje się na ministerialnej liście zalecanych środków dydaktycznych (http://www.ptm.edu.pl/), można odnieść wrażenie, że niektórym autorom zabrakło samokrytycyzmu, urzędnikom kompetencji, a całemu środowisku twórców śladu instynktu samozachowawczego. Gdy ministerialną rekomendację można uzyskać tak banalnie łatwo, czy ma ona dużą wagę?

Obecność na półkach sklepowych obok wartościowych pomocy dydaktycznych ewidentnych bubli na dłuższą metę uderza w cały rynek multimediów. Klient może się sparzyć raz czy drugi, aby w końcu przestać pchać łapy na półkę z programami edukacyjnymi. Jeszcze trochę, a będziemy w CHIP-ie walczyć z powszechnym przekonaniem, że szkolne CD-ROM-y to rodzaj kosztownych ozdób choinkowych.

Gdy CD-ROM-owa rewolucja dopiero się rozpoczynała, wieszczono koniec tradycyjnych podręczników, bo przecież na krążku jest miejsce dla tysięcy stron tekstu, a i jakąś animację można dodać… Zmieścić się tam miały nie tylko klasyczne syntezy, ale też obfitość tekstów źródłowych, komentarzy, zabaw, ćwiczeń i czego tylko dusza zapragnie. 650 MB to przecież ocean danych. I co? Ile dziś można wskazać rodzimych srebrnych krążków, które w zupełności wystarczą do opanowania materiału z dowolnego przedmiotu dla jednej choćby klasy? Bez kilogramów papieru nadal żaden uczeń się nie obejdzie. Mamy więc czekać na gigabajty DVD-ROM-ów? Ale pewnie i tego będzie za mało, by dało się zrobić choć kompletny elementarz?

A może dać sobie spokój z takimi czy innymi krążkami i skorzystać z Internetu? Oferta edukacyjna jest tu coraz szersza, nieustannie uaktualniana, a do tego bezpłatna. Nawet jeśli i tu się rozczarujemy, rozczarujemy się przynajmniej za darmo i bez ministerialnego błogosławieństwa.

Nie chcę wieszczyć końca ery CD-ROM- -ów, ale coraz obfitsza oferta edukacyjna w Internecie to dla twórców multimedialnych krążków bardzo zła wiadomość. W dobrze pojętym interesie autorów aplikacji dla młodzieży leży powstanie sprawnie funkcjonującego organu, opiniującego wartość publikacji edukacyjnych. Instytucja taka powinna oceniać według sensownych kryteriów, stosując jasne procedury. Surowo, ale uczciwie. Inaczej już niedługo napęd CD- -ROM będzie uczniom równie potrzebny, co stacja dyskietek ośmiocalowych.

Piotr Dębek, strukturalista i kolekcjoner teorii spiskowych

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Opinie nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.
Info
Grupy dyskusyjne
Uwagi i komentarze do artykułu:
#
0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.