Portal… to brzmi dumnie!

Portal robi w naszym kraju zawrotną karierę. Nie bez powodu. Portali przybywa i suma sumarum oferują coraz ciekawsze informacje i serwisy. Denerwuje Cię ich miałkość? Spokojnie... Od przybytku głowa nie boli.

Rafał Cisek

prawnik, aplikant sądowy, człowiek z „portalową” przeszłością

Termin „portal” robi w naszym kraju zawrotną karierę. Gdyby ogłoszono konkurs na najmodniejsze słowo ostatniego roku, to na zwycięzcę wytypowałbym właśnie portal, choć termin ten często, jak mi się wydaje, bywa nadużywany.

W języku historyków sztuki oznacza on ozdobne obramowanie drzwi. I tym właśnie były początkowo internetowe portale – bramą do Internetu w postaci serwisów zajmujących się gromadzeniem, katalogowaniem i udostępnianiem informacji o zasobach Sieci. Nie rościły one sobie pretensji do czegoś więcej niż inteligentnej książki teleadresowej.

Idea była prosta: pogrupować zasoby Sieci tematycznie, tak aby można było w wygodny sposób wyszukać potrzebne informacje. W okresie pionierskim portali wcale nie chciano konkurować z bogactwem i – jakby się zapewne wyraził redaktor Dębek – głębią Internetu, jego różnorodnością i indywidualizmem.

Chodziło o to, by sieciowy chaos trochę uporządkować, tak aby niewprawni nawigatorzy nie zaginęli w bezkresie „wód”.

Te wrota wystarczą. Nie trzeba iść dalej

Z czasem portale zwiększyły zakres swoich usług, aspirując do miana „wrót” do globalnej Sieci. Sprzyjała temu rosnąca interaktywność Internetu i popularyzowanie jego możliwości. Dziś żaden z nich nie chce być tylko bramą, przez którą przechodzi się dalej (czyli, jak twierdzą twórcy „nowych portali” – donikąd).

Dlatego mówi się już nie o portalach, ale o „miejscach docelowych”(ang. destination sites) lub bardziej poetycko – przystaniach. Co się za tym kryje? Często rzeczywiście nic ciekawego: ot, napuszone wizje i paru hojnych inwestorów, którzy wierzą, że na Internecie można bez wysiłku zarobić. Przypominają mi się początki polskiej giełdy, gdy inwestując w akcje, po prostu nie można było stracić.

Zatem wielkie aspiracje, szumna nazwa, nagonka reklamowa przy nijakiej lub powielanej z innych mediów treści. Czy tak jest w istocie? Tak bywa, ale na szczęście nie jest to regułą. Inaczej podpisałbym się pod felietonem redaktora Dębka obiema rękami. Nowe portale są stanowią połączenie „multimedialnej” prasy czy telewizji i interaktywnych usług komunikacji bezpośredniej (w postaci dialogów, forów dyskusyjnych oraz interaktywnych pogawędek, prowadzonych przez użytkowników „na żywo”). Ich oferta nie sprowadza się jedynie do katalogowania cudzych zasobów w Internecie. Dzisiejsze portale są przedsięwzięciami na miarę produkcji filmowych, telewizyjnych czy też na skalę wydawania tytułu prasowego. Często zaciera się tu granica między nadawcą a odbiorcą informacji. Część zawartości portalu tworzą odwiedzający go, aktywnie uczestnicząc w wydarzeniach prezentowanych na stronach WWW. W portalowych kadrach pojawiła się też nowa funkcja – „community manager”, czyli osoba animująca środowisko „odwiedzaczy” (taki internetowy wodzirej od chatów, konkursów i zabaw online).

Katalog z wkładką

„Bazą” tradycyjnych portali (pokroju Onetu czy Wirtualnej Polski) wciąż pozostają: tematyczny katalog stron plus wyszukiwarka z odpowiednimi filtrami na Polskę i darmowa poczta. Zmienia się jednak ich postrzeganie. Ludzie przytłoczeni bylejakością Sieci stają się bardziej wybredni. Poszukają informacji uporządkowanych, wiarygodnych i konkretnych, a nie zdawkowych i często anonimowych. Kierunek, w którym rozwijają się portale, jest reakcją na te potrzeby. Wbrew temu, co pisze redaktor Dębek, więcej płycizn znajdziemy, wklepując coś w okienko wyszukiwarki, niż przeszukując archiwa dobrego portalu, wortalu czy też gazety online.

Walcząc o względy internautów, portale tworzą własne serwisy, wprowadzają sprzedaż towarów i usług, prowadzą aukcje, cyberkafejki i fora dyskusyjne. Co ciekawe, chcąc pogodzić założenia tradycyjne (katalog cudzych stron) z nowymi (tworzenie własnego „contentu”), robią sprytny wybieg. Otóż w katalogu tematycznym wciąż pozostają typowe kategorie: wiadomości, gospodarka, sport, prawo itp. Wchodząc w któryś z działów (np. motoryzacja), otrzymujemy listę odsyłaczy do różnych stron o tej tematyce, również „obcych”. Jednak na początku tej listy zawsze wyświetlane są serwisy tworzone przez zespoły redakcyjne portalu.

Innym podejściem (jak np. u Ahoja) jest założenie, że wszystko – od początku do końca – wyjdzie spod pióra zespołu redakcyjnego portalu. Wiadomo, że tak naprawdę nigdy się nie obejdzie bez powielania różnych PAP-ów i Reutersów. Jednak poza newsami (choć i tu zdarzają się informacje ciekawsze niż w agencjach prasowych) na stronach takich serwisów stawiających na własne teksty zawsze znajdziemy coś świeżego.

To prawda, że początkujący redaktorzy nowych portali nie zawsze gwarantują wysoką jakość tekstów, jednak sama idea serwisu bazującego na własnych materiałach jest dobra! To tu drzemie ów indywidualizm, którego redaktorowi Dębkowi tak brakuje.

Poważną konkurencją dla tradycyjnych portali stają się wortale, takie jak np. Bankier.pl. Podawane przez nie informacje są rzetelne i „na temat”; unika się tu pisania o wszystkim i o niczym. Najpoważniejszym chyba jednak zagrożeniem dla tradycyjnych portali są wydania prasy online (vide: gazeta.pl, rzeczpospolita.pl, polityka.onet.pl, wprost.pl).

Niełatwo perłom między wieprzami

Jasne, że ostatnio mamy portali jak „mrówków” i nie mogą się one często pochwalić niczym poza dobrymi chęciami. Wpisując w jednej z polskich wyszukiwarek hasło „portal”, otrzymałem ponad 70 000 odnośników. Były wśród nich takie perełki, jak: Jezus.pl – Chrześcijański Portal Internetowy, Gay.Net.PL – Internetowy Portal Kochających Inaczej, czy O-net.pl – pierwszy polski portal internetowy nie dla sztywniaków!. Rzekłbym jednak, że od przybytku głowa nie boli. Przynajmniej moja ma się nie najgorzej. Co innego z kieszenią, ale to zupełnie odrębna historia.

Zagorzałym przeciwnikom portali radzę skoncentrować się na wyszukiwarkach. Wolny wybór jest równie cenny jak wolność słowa. Dopóki on istnieje, można korzystać z tego, co nam odpowiada. Zawsze to berdziej eleganckie od naginania rzeczywistości do naszych wyobrażeń. Jestem pewien, że społeczność Internetu sama wybierze to, co lubi. Rynek sprawnie zweryfikuje wybujałe ambicje inwestorów i słowo „portal” przestanie działać na nich jak magiczna różdżka. W Sieci nie ma miejsca dla wszystkich. Część portali padnie. Jednak popularność tych największych sugeruje, że coś jednak jest na rzeczy i portale mają swoje dobre strony. Pytanie, które z nich przetrwają?

Info
Grupy dyskusyjne
Uwagi i komentarze do artykułu:
#
0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.