Rafy i portale

Dziś wypada mieć ambicje globalne. Każdy chce mieć swój portal. Rośnie nam więc zastęp dzielnych portali, a wszystko to nijakie, bez śladu indywidualności.

Piotr Dębekstrukturalista i kolekcjoner teorii spiskowych

Rodzimy żeglarz po Internecie to wilk morski pełną gębą, a nie jakaś tam słodkowodna płoć: przy nadal praktycznie obowiązującym monopolu TP SA rachunki przychodzą słone jak woda z Morza Martwego. Niestety, głębokość naszych zasobów sieciowych nijak ze światowym oceanem porównać się nie da. Śluzy na globalne wody często się zacinają, a i w polskim akwenie nietrudno natknąć się na mielizny i rafy udające przyjazne porty, zwane teraz portalami.

Zaroiło się u nas od wszelkiego rodzaju serwisów informacyjnych, katalogów stron WWW, mniej lub bardziej uporządkowanych tematycznie zbiorów łączy itp. Praktycznie skończyły się czasy, gdy tworzyło się strony o Ferrari, Pameli i własnym kocie. Dziś wypada mieć ambicje globalne. Powiedzmy to wprost: każdy chce mieć swój portal. Jeśli już ktoś się upiera, że nadal interesują go jedynie futrzaki lub cztery kółka, staje się twórcą wortalu. Ci, co i tego nie chcą, zachęcani są, by dla jakiegoś wortalu pracowali. O oferty łatwo. Wystarczy przejrzeć dowolną grupę dyskusyjną. Z pewnością w ciągu ostatnich dwóch tygodni ktoś dał ogłoszenie: „Szukam redaktorów naczelnych do właśnie zakładanego przeze mnie portalu”. Często jedynym wymogiem stawianym takim kandydatom jest wymyślenie, czym ów serwis miałby się zajmować. Bo takie drobiazgi są poza zasięgiem możliwości dumnych pomysłodawców, przyszłych pogromców AltaVisty czy Yahoo!.

Byle szybciej, byle szybciej, byle jak

W największe portale wpompowano dziesiątki milionów dolarów, ale wyraźnie zaoszczędzono na pomysłach. Podstawę stanowi tam oczywiście wyszukiwarka, niemal zawsze licencjonowana zza Oceanu, do tego darmowe skrzynki pocztowe, czasem katalog stron przygotowanych przez hobbystów oraz notki o wydarzeniach z kraju i ze świata, przeważnie generowane trzema ruchami dłoni ([Ctrl]+[A], [Ctrl]+[C], [Ctrl]+[V]), pod warunkiem że ich autor ma subskrypcję wiadomości PAP-u lub Reutera. To szybkie, łatwe i przyjemne – przynajmniej dla twórców notek, bo dla internauty jest to już znacznie mniej atrakcyjne.

Skrótowość informacji, jej fragmentaryczność ma sens w radiu, telewizji i w pewnym stopniu w prasie, gdzie nie ma miejsca ani czasu na obszerne wyjaśnienia kontekstu, przyczyn i przewidywanych skutków przedstawianych zdarzeń. Internet nie ma takich ograniczeń. Tej banalnej prawdy nie dostrzegli rodzimi i-stratedzy. Możemy więc przeczytać online, że wczoraj o 17.00 na Sri Lance wybuchła bomba, ale pod taką notką próżno by szukać odsyłaczy do artykułów wyjaśniających, kto kogo na tej wyspie tak nie lubi i dlaczego oraz co na temat przyszłości konfliktu mają do powiedzenia eksperci. Przydałyby się też odsyłacze do stron o historii, gospodarce i kulturze regionu. Portale mogłyby zrealizować marzenie francuskich encyklopedystów i stanowić rzetelne i pełne centra wiedzy o świecie współczesnym. Zamiast tego wolą być wielkimi, elektronicznymi popołudniówkami.

Żałosne molochy

Rośnie nam zastęp dzielnych portali, a wszystko to nijakie i bez śladu indywidualności. Profesjonalizm pomylony z bezosobowością. Pomijając nieliczne wyjątki, jak Yoachim z Yoyo, nie widać prób uczłowieczenia tych molochów. Owszem, niektóre z nich publikują materiały pozyskane ze znanych tygodników i miesięczników, ale nie zyskują przez to własnej twarzy. Świecą światłem odbitym.

Pójście po linii najmniejszego oporu to wspólna strategia wszystkich wielkich rodzimego e-biznesu. Innym pomysłem uatrakcyjnienia oferty jest wchłonięcie cieszących się popularnością serwisów tematycznych, jak choćby LinuxNews, prowadzonych przez hobbystów i zapaleńców. Witryny, które pewnie poradziłyby sobie bez skoszarowania w portalach, teraz generują dla nich większą część ruchu. Czy oferta rodzimej Sieci stała się przez to bogatsza i bardziej atrakcyjna? W żadnym stopniu. Czy jest łatwiej dostępna? W Internecie wszędzie jest blisko: czy trzeba kliknąć na odsyłaczu portalowego serwisu tematycznego, czy zakładce Ulubione, wykonujemy jeden ruch myszką.

Magia słowa „Internet” przestaje działać na wielkich inwestorów i rodzime portale zaczynają odczuwać problemy finansowe. Gdy piszę te słowa, dwa z nich są na granicy upadku, a kilka innych redukuje zatrudnienie. Raczej nie staną się przez to bardziej atrakcyjne, nie pojawi się w nich ciekawsza, pogłębiona informacja. Co więcej, wiele wskazuje na to, że rozpaczliwie szukające pieniędzy „sieciowe bramy” pozbędą się serwisów nie dających szans na bezpośredni zarobek. To, co nie dotyczy rzeczy dających się sprzedać wysyłkowo, będzie stopniowo znikało.

„Content” zamiast treści

W największych portalach pracują setki młodych, zdolnych i dynamicznych osób. Dlaczego mimo tego efektem ich pracy jest, za przeproszeniem, „content” w większości drętwy, wzajemnie wtórny i na dobrą sprawę powtarzający to, co można przeczytać w gazetach czy usłyszeć w radiu? Moim zdaniem winna temu jest formuła portalu: trochę o wszystkim dla każdego, czyli nic naprawdę ciekawego dla nikogo. Odrobinkę newsów dla społeczności lokalnych, ale dużo o światowej polityce. Coś dla kobiet, parę stron dla mężczyzn, samochody, moda, Britney Spears, Adam Małysz, groch i kapusta, a dżem, jak zawsze, w skarpetkach. Dla prawdziwych hobbystów to za mało, a przypadkowi goście zerkną i pożeglują dalej.

Nie ma w tym pasji i oryginalnej subiektwności magazynów online, spontaniczności grup dyskusyjnych. Nie ma też, niestety, szybkości informacyjnych kanałów telewizyjnych ani obszerności i dogłębności analiz prasy specjalistycznej. Co naprawdę dostajemy? Darmowe, w dwóch wypadkach nielimitowane konta pocztowe oraz wyszukiwarki to wartości bezdyskusyjne. Ponadto trochę przydatnych drobiazgów (kursy walut, rozkład jazdy pociągów, prognoza pogody), które na dobrą sprawę można było już dawno znaleźć gdzie indziej. W sumie: zbyt mało, by aspirować do miana krajowych ośrodków internetowych. Opiniotwórcze, skupiające uwagę coraz większego grona surferów centra tworzą się na grupach dyskusyjnych: bez biznesplanów, inwestorów strategicznych i billboardów na ulicach.

Internet to pajęczyna, ale w portalach została ona pocięta na setki unoszących się w próżni nitek. Kto ma ochotę taplać się w płytkim bajorze, gdy wokół cały ocean informacji?

Info
Grupy dyskusyjne
Uwagi i komentarze do artykułu:
#
0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.