O dobrych hakerach

We Włoszech hakerzy walczą z pedofilami, wśród których są także policjanci, sędziowie, prokuratorzy i politycy.

Kto ma bronić społeczeństwa, gdy policjanci, prokuratorzy i sędziowie są zdemoralizowani lub skorumpowani? We Włoszech robią to hakerzy.

Anna Gemra – obserwator, komentator i podglądacz (rzeczywistości i tekstów kultury); tropiciel paradoksów; podróżnik z wyboru, z ziemi polskiej do włoskiej, w celach edukacyjnych.

We Włoszech panika: gdzieś tak pod koniec maja ujawniono, że w Rzymie i okolicach działają pedofile. Rzecz niby zwyczajna, bo gdzież ich, niestety, nie ma, ale niezwyczajne było to, że wpadli oni na pomysł założenia sobie organizacji. Organizacja owa, jak oznajmili zdumionej opinii publicznej, ma na celu obronę biednych, gnębionych niesłusznie pedofili, którzy niczego zdrożnego wszak nie czynią, tylko postępują zgodnie ze zdrowym, naturalnym instynktem, tak jak niegdyś postępowano w starożytnej Grecji i starożytnym Rzymie. Tam żyjących w zgodzie z naturą nie szykanowano i obecne stowarzyszenie, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu na język polski brzmi Czerwoni Pretorianie, ma przywrócić właściwy stan rzeczy, między innymi przez wzmożoną aktywność swoich członków. Czy aktywność wzrosła, nie wiadomo; liczba poszkodowanych dzieci sięga już według niektórych źródeł 30 tys.; włoscy rodzice najchętniej przykuliby pociechy do siebie, nie mając zresztą żadnej pewności, czy dzieciakom już nie stała się krzywda.

Zabawy znudzonej socjety

W więzieniu siedzi szef organizacji (były policjant) i jego zastępca (były karabinier). Siedzi właściciel kilku klinik z oddziałami chirurgii dziecięcej, a także jeden z ważnych chirurgów ze słynnej kliniki Gemelli, wykładowca uniwersytetu. Siedzi tatuś, który 2 lata temu wypożyczył swoją obecnie 9-letnią córeczkę kolegom z organizacji. Ci, co jeszcze nie siedzą – masowo chorują. Rzym jest obecnie miastem ludzi złożonych niemocą: kłopoty zdrowotne trapią kilku sędziów i jednego prokuratora. Media przebąkują też o nagłej, ciężkiej chorobie pewnego polityka.

Oczywiście, żadna to gratka dla fanów komputerów: jeszcze jedna paskudna historia ze świata, niestety, niewirtualnego. Okazało się jednak, że najostrzejsza walka z dewiantami toczy się w… Internecie. Media ujawniły, że we Włoszech z pedofilskich stron internetowych korzysta ogromna liczba surfujących: korzysta, to znaczy kupuje i sprzedaje filmy, zdjęcia, teksty. Namierzenie serwera, na którym rzecz jest zlokalizowana, nie jest trudne, ale już pociągnięcie autora strony do odpowiedzialności – tak. Choć Czerwoni Pretorianie publikują odezwy do ludu nieuświadomionego w kwestii zachowań naturalnych, złapanie tego, kto to robi, przypomina zabawę w chowanego: jeśli policja już dotrze do takiej strony, zostaje ona natychmiast przeniesiona na inny serwer i zgodnie z zapowiedzią organizacji jest multiplikowana. O skali zjawiska może świadczyć choćby fakt, że pewien ksiądz, który od jakiegoś czasu kilka godzin dziennie spędza na tropieniu stron pedofili, a adresy wysyła policji i prokuraturze, dziennie odkrywa do 60 tego typu witryn.

Włamywacz-gentleman

I tutaj do akcji wkroczyli włoscy hakerzy. Jeden z nich, ponoć najważniejszy (czyżby to miało oznaczać, że i oni są we Włoszech zorganizowani?!), oznajmił w wywiadzie telewizyjnym, że oto hakerzy ustalili, że położą kres pedofilskim wybrykom. Zapowiedział, że od tego dnia będą zawalać śmieciami serwery, na których są zlokalizowane strony dewiantów, blokując je, a więc uniemożliwiając korzystanie z zasobów. Dodatkowo będą publikować listy tych, którzy tam zaglądają, stosując następującą regułę: odnotują, kto i ile razy je odwiedza (strony mają adresy raczej uniemożliwiające pomyłkowe trafienie na nie w chęci zakupienia samochodu bądź książki z bajką o Czerwonym Kapturku dla ukochanego synka), a po trzech „trafieniach” publikują wszelkie dane osoby spragnionej dziecięcego seksu. Przy zakupie czegokolwiek z owych witryn (kaset wideo, zdjęć itp.) informacje o seksturyście natychmiast pojawią się w Sieci i zostaną przekazane policji. Zapachniało linczem – ale absolutnie nikt przeciwko temu nie protestował. Nie słychać też było, by jakiś legalista zgłaszał niezgodność tych działań z prawem o ochronie danych osobowych, a przedstawiciele policji nawet nie napomknęli o możliwości wyłapywania hakerów, będących (jakby na to nie patrzeć) z racji swojej działalności na bakier z prawem.

Hakerskie porządki

Stało się: hakerskie łapki sięgnęły przynajmniej niektórych serwerów, ponieważ szperając po włoskich portalach, mogłam niekiedy przeczytać, że „serwer udzielał gościny pedofilom, prosimy się z nim pożegnać”.

Walka internetowego podziemia z pedofilią to przykład najbardziej „gorący” i spektakularny, ale włoscy hakerzy pracują także i przy wyłapywaniu innych przestępców – np. oszustów wykorzystujących fałszywe karty płatnicze.

Trudno powiedzieć, w jakim stopniu te efektowne akcje hakerów odnoszą skutek, bo tego przecież zmierzyć się nie da. Nie zmienia to faktu, że świat wyraźnie stanął na głowie: komputerowi włamywacze bronią porządku moralnego i prawa, piętnując zdemoralizowanych policjantów, sędziów, prokuratorów, polityków i ścigając oszustów. Gratulujemy hakerom?

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.