Zapomniane maleństwa

Od kilku lat w sklepach pojawiają się coraz doskonalsze komputery przenośne. Dlaczego producenci oprogramowania nie dostrzegają tego segmentu elektroniki użytkowej i nie opracowują aplikacji przeznaczonych dla właścicieli palmtopów?

Z produktów powszechnej komputeryzacji komputery przenośne okazują się najbardziej w codziennym użytkowaniu niezbędne.

Starsi Czytelnicy CHIP-a zapewne pamiętają jeszcze popularne przed laty kieszonkowe mapy i słowniki. Wielkiej wartości informacyjnej nie miały, druk był bez lupy nieczytelny, a na mapach szczegóły nikły. Potem pojawiły się komputery osobiste i niemal jednocześnie z nimi programy zastępujące papierowe wydania poradników, słowników, encyklopedii i map.

Niedługo potem przyszedł czas pierwszych palmtopów, które aż prosiły się o wykorzystanie w roli kieszonkowych słowników, kieszonkowych atlasów i podręcznych źródeł informacji potrzebnej w codziennym życiu. Póki małe komputerki nie oferowały większej ilości pamięci ani przyzwoitej grafiki, próby te były skazane na niepowodzenie. Aliści od pokazania się dojrzałych konstrukcji, czyli od mniej więcej 5 lat, możliwości techniczne są… i nic z tego. Owszem, znajdziemy sporo użytków poprawiających funkcjonalność przenośnego komputerka, edytory graficzne, aplikacje internetowe, mnóstwo gier, są nawet programy do wróżenia (!) – ale aplikacji stricte encyklopedycznych jak na lekarstwo.

Palmtop zamiast peceta

Nie bez znaczenia są racje ekologiczne: wejście w powszechne użycie małych komputerków oznaczałoby znacznie mniej lasów powalanych pod jednorazowe publikacje. Tym bardziej że takie publikacje muszą być często aktualizowane. Aliści, kiedy do skądinąd zasłużonego wydawnictwa Cartall, znanego z niezłych atlasów samochodowych dla pecetów, napisałem z pytaniem, czy przewiduje edycję swych produktów dla Windows CE – odpowiedzią była głucha cisza. A przecież to właśnie palmtop jest w samochodzie o wiele bardziej na miejscu od peceta, czy nawet notebooka! Tego typu wydawnictw nie zastąpią ani odbiorniki GPS współpracujące z palmtopem, ani serwisy WAP, oferujące lokalne mapy. Wątpliwe też jest w najbliższej przyszłości zastąpienie słownika czy mapy odczytywanej z dysku lokalnego pobieraniem na bieżąco danych z Internetu, bo szybkość, niezawodność i cena połączeń jaka jest, każdy widzi.

Maluch o dużych możliwościach

Dzisiejsze palmtopy są już całkiem poważne: można na czymś takim „posadzić” kilkujęzyczny słownik z 10-12 tys. słów z interfejsem może nie wyszukanym, ale funkcjonalnym. Lekarz mógłby mieć w małej maszynce sporą i łatwą do aktualizacji bazę informacji o najnowszych medykamentach. Naukowiec – najaktualniejsze bibliografie. W taki oto sposób palmtop stałby się jednocześnie przewodnikiem, tłumaczem, gawędziarzem, suflerem, podręcznikiem, czyli spełniałby te funkcje, których najczęściej potrzebujemy w ganianinie naszej codziennej.

Wydawałoby się – nic prostszego: redaktorzy i programiści do roboty, zarobek czeka! A jednak aplikacji, o które się tu upominamy, albo nie ma, albo jest niewiele. Pojawiają się za to osobliwości w postaci „sprzętowych” elektronicznych słowników, których 80, a nieraz i więcej procent wartości stanowi specjalizowany mikrokomputer o wydajności porównywalnej z palmtopem. Urządzenia te mają nawet niezłe możliwości (najlepsze oferują przeszło 50 tys. słów i zwrotów) i cenę wprawdzie wysoką, lecz nie zaporową – cóż z tego, skoro przy takim podejściu trzeba mieć osobne komputery do słownika, do map, do odczytu elektronicznych publikacji, do Internetu. Robi się z tego porządnie wypchany pakunek, czyli zaprzeczenie palmtopowej idei przenośności, o wydatkach nawet nie wspomniawszy.

Nie dla gigantów

Zaletą postulowanego tu, a nie istniejącego rynku, jest jego trudność zawłaszczenia przez komputerowych monopolistów, a tym samym nieskrępowany rozkwit możliwości dla lokalnych firm – bo kto stworzy nam palmtopowy słownik niemiecko-polski, jeśli nie polscy germaniści? Kto, jeśli nie rodzimi twórcy, mógłby zrobić serię elektronicznych przewodników po ciekawych zabytkach Pomorza czy Opolszczyzny? A nawet jak Microsoft stworzy atlas samochodowy Polski, to słono sobie za niego policzy.

Gdyby tak podczas tworzenia przewodnika turystycznego dodać od razu wersje obcojęzyczne dla turystów – jeszcze większe perspektywy, jeszcze lepsze pieniążki. O takich drobiazgach, jak zarobkowanie na dystrybucji (punkty aktualizacji kart pamięci przy bankomatach, pobranie za kilka złotych nowej wersji przewodnika z popularnego portalu) nawet nie będziemy tu wspominać.

Palmtopowe wydania publikacji użytkowych to rzecz pożyteczna. Dlaczego jednak nic takiego nie ma? Dlaczego znane, szanowane i zasłużone firmy nie widzą nowych możliwości? Dlaczego nasze pracowite maleństwa są tak zaniedbane?

Włodzimierz H. Zylbertal, ekofilozof marzący o prawdziwej humanizacji techniki.

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.
0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.