Bany i opy

W Sieci coraz częściej mamy do czynienia z cyberchamstwem. Czy jest sposób na to, aby temu w jakiś sposób zaradzić?

Nie zdziwcie się, Drodzy Czytelnicy, gdy któregoś dnia dostaniecie do swej skrzynki kolejny post z Waszej ulubionej grupy dyskusyjnej, a w nim dowiecie się sporo ciekawostek o swoim rodowodzie, zwłaszcza ze strony żeńskiej… Albo gdy poczytacie sobie komentarze do aktualności na Szacownych Portalach, a w tych komentarzach znajdziecie nie tylko słowa powszechnie uznawane za wulgarne, ale wręcz całe wcale fachowe „wiązanki” rzucane w cyberprzestrzeń. Związek tych postów i komentarzy z komentowaną treścią przeważnie jest mniej niż luźny, za to stan emocjonalny piszących bywa tam aż nadto czytelny.

Atmosfera ciemnych bram

Chamstwu pozawirtualnemu właściwie przestano się już dziwić. Ba! Ku zgrozie co przyzwoitszych ludzi staje się ono wręcz normą. Internet zaś jako Wielki Wzmacniacz błyskawicznie powiela tę normę po wszystkich serwerach. Sprzyja temu przekonanie, że Sieć zapewnia anonimowość, więc hulaj dusza bez kontusza! Przekonanie to złudne, bo w dobie coraz sprawniejszej cyberpolicji anonimowość staje się problematyczna. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie angażował się w ściganie każdego przejawu sieciowego chamstwa, ale… niesmak pozostaje. W ramach zwiedzania Sieci przewinąłem się przez kilka list dyskusyjnych, z których w końcu „zbanowałem się” sam, zawsze z westchnieniem ulgi. A nie zawsze były to grupy o tematyce rozrywkowej; były i takie, których członkami byli ludzie szacowni i – zdawać by się mogło – kulturalni. Nawet wspominać nie warto o listach, na których dyskusje odkrywcze były wyłącznie w dziedzinie ortografii polskiej.

Internet jest, owszem, najbardziej egalitarnym medium komunikacyjnym, jakie ludzkość do tej pory wymyśliła, ale też, jak żadne inne medium, ukazuje przekrój społeczny osób wypowiadających się. Robiono badania tego przekroju: w większości na grupach dyskusyjnych są osoby młode i bardzo młode. Zrozumiała jest ich chęć zaistnienia, natomiast zupełnie niezrozumiałe są przyjęte do tego celu metody, więcej mające wspólnego z atmosferą ciemnych bram niż z przesłaniem Ery Informacji. I takaż to przyszłość narodu nam na dyskach i łączach rośnie…

Wirtualne muskułki

Komputer, zwłaszcza podłączony do Internetu, zaczyna spełniać funkcję nieco podobną do tej, jaką już od długiego czasu spełnia samochód – rolę pomocy technicznej do odreagowania swej słabości. Od samochodu komputer jest zdecydowanie dostępniejszy i bezpieczniejszy, a odreagowanie frustracji umożliwia równie doskonale. Jednym wystarczą bezmyślne strzelanki, inni szukają żywych obiektów, na których można się wyładować. A wtedy wystarczy byle pretekst: na jednej z list, na których byłem, wystarczyło, że ktoś przysłał, zapewne nieświadomie, post w HTML-u zamiast wymaganego „gołego” tekstu i już przez trzy dni lista pieniła się i huczała od agresji pod adresem nieszczęśnika. Dzień później wystarczyła inna drobnostka i groźnie zamruczał Sam Moderator, informując, że komu się nie podoba, temu „bana” ze dwora! W taki oto sposób do Sieci przenika agresja i beznadzieja znana z codzienności. Internet jako środek odreagowania wybierają przeważnie osoby, które z różnych względów nie mogą nic odreagować w szkole czy na ulicy.

W krótkim poście lub komentarzu łatwo jest stroszyć wirtualne muskułki, łatwo podnieść wrzask, łatwo można, zauważywszy nieistotny szczegół, wyrosnąć na jednodniowego bohatera. Ale kultury ani wartości to od tego zdecydowanie nie przybędzie…

Zaistnieć za wszelką cenę

Sieciowe chamstwo występuje o szczebel niżej niż hakerstwo wśród osób, które nie są w stanie napisać wirusa czy włamać się do jakiegoś systemu, ale już umieją dać znać o sobie – tak jak to widać na listach dyskusyjnych i pod artykułami na portalach. Powie ktoś, że lepsze takie odreagowanie, niż żeby ci ludzie mieli się wyładowywać na stadionach czy ulicach. NIE!!! Internet coraz szybciej staje się częścią wielkiego systemu programowania umysłów, jaki już tworzy radio czy telewizja. W dodatku o ile w publikatorach tradycyjnych istnieje cenzura odsiewająca treści najbardziej skrajne, o tyle w Internecie praktycznie jedyny sposób obrony to „danie bana”, po czym nasz zbanowany osobnik znów radośnie pojawia się publicznie, spod nowego adresu i z nowymi impertynencjami. Już widać, że bezmyślne przyzwolenie na przemoc w mediach rodzi przemoc na ulicach. Nie wolno powtórzyć tego błędu na internetową skalę.

Przed laty, gdy rozpoczynała się rewolucja informatyczna, można się było spotkać z poglądami, że inwencyjność i kultura techniczna, niezbędne (wtedy) do obsługi komputera, stworzą wokół niego społeczność lepszą niż dotychczas znana. Dziś można by z sarkazmem zapytać: na co komu kultura techniczna, jeśli nie ma osobistej?

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.