Nie ma takiego numeru…

Rozpieszczana przez polityków wszelkich ugrupowań Telekomunikacja Polska jest nie przygotowana do brutalnej gry rynkowej. Spółkę czekają masowe zwolnienia, straty finansowe i utrata części rynku.

Teoretycznie demonopolizacja polskiego rynku telekomunikacyjnego rozpoczęła się jeszcze w 1990 roku, wraz z uchwaloną wtedy Ustawą o łączności. W rzeczywistości jednak stale mamy do czynienia z mniej lub bardziej skrytymi działaniami władzy, utrzymującymi parasol ochronny nad TP SA. Czy sprzedaż największego polskiego teleoperatora firmie France Telecom zakończy ten proceder?

Skarbonka dla polityków

W tłustych latach monopol telekomunikacyjny służył do zapewnienia wysokich wpływów do budżetu. Początkowo wyłącznym, a do niedawna większościowym właścicielem spółki był Skarb Państwa. Powolna prywatyzacja i demonopolizacja były więc całkowicie racjonalne – kto pozbywałby się kury znoszącej złote jajka? Szkoda, że przy okazji spowolniono rozwój Internetu. Krzysztof Kilian – minister łączności w rządzie Hanny Suchockiej w latach 1992-93 – zarzeka się, że nikt nie wprowadzał monopolu na Sieć dla TP SA celowo (CHIP 11/2001, str. 10).

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że planując strategię demonopolizacji popełniono błąd, zaczynając od dołu, czyli od telefonów lokalnych, gdzie koszty inwestycji były najwyższe, a przy tym długoterminowe. W większości państw europejskich najpierw dopuszczono konkurencję na rynek międzynarodowy, gdzie koszty inwestycji są najmniejsze, później sprywatyzowano połączenia międzymiastowe, a dopiero na końcu otwarto najtrudniejszy rynek lokalny.

Korzyścią polskiego rozwiązania była możliwość przeznaczania niemałych wszak zysków narodowego operatora na finansowanie różnego rodzaju polityczno-ekonomicznych przedsięwzięć. Przykładem takiej operacji, opisanej przez miesięcznik „Cash”, było powołanie do życia pierwszego komercyjnego banku z udziałem kapitału prywatnego – BIG Banku Gdańskiego. Kapitału prywatnego w tym banku nie było jednak tak dużo, gdyż jego udziałowcami było m.in. PZU oraz spółki Skarbu Państwa: Universal, Warta oraz Polska Poczta, Telegraf i Telefon – firma, z której później wydzielono Telekomunikację Polską SA. W latach 1989-1994 nasz narodowy operator zainwestował w to przedsięwzięcie, według szacunków „Cash-a”, ok. 200 miliardów starych złotych. Trudno to uznać za inwestycję telekomunikacyjną…

Jak to z Internetem było

Dostęp do Sieci przez modem zawsze był u nas relatywnie drogi, bo… uznano go za luksus. Początkowo uważano tego rodzaju usługi za niszowe. Osiągnięciem TP SA było wprowadzenie w maju 1996 roku ogólnopolskiego numeru dostępowego 0-20… Dziś, zgodnie z informacjami biura prasowego TP SA, korzysta z tej usługi przeszło milion osób – dwa razy więcej niż rok wcześniej, dostarczając firmie przeszło 300 milionów złotych rocznie. Warto jednak pamiętać, że grunt dla tej inicjatywy przygotowali politycy, wprowadzając kosztowne koncesje na świadczenie dostępu do Internetu. Pierwszy komercyjny dostęp do Sieci stworzył były kandydat na prezydenta Stan Tymiński. Jego BBS „Maloka” działał od czerwca 1994, oferując wstęp do światowej Pajęczyny trzykrotnie taniej niż NASK. Jednak już w połowie 1995 roku Sejm znowelizował ustawę o łączności, wprowadzając wymóg posiadania koncesji. Ówczesny premier Waldemar Pawlak – prywatnie entuzjasta Internetu – popędzał posłów, by szybciej uchwalili haracz od „usług wzbogacających”. Wzbogacał się więc jedynie państwowy gigant, a „Malokę” zduszono opłatami w 1996 roku.

Koncesjonowanie dotyczyło nie tylko dostępu do Internetu, ale usług telekomunikacyjnych w ogóle. Świetnie chroniło to interesy monopolisty, gdyż obejmowało nawet rynek usług lokalnych, z natury wymagający największych inwestycji. Tymczasem zbudowanie jednej linii telefonicznej w Warszawie wymagało wniesienia dodatkowo równowartości 870 dolarów opłaty do Skarbu Państwa, czyli niemal podwojenia nakładów. Niewiele taniej kosztowałaby koncesja na alternatywny telefon w Skierniewicach – 760 dolarów.

Jakość usług TP SA pozostawiała wiele do życzenia. Naliczanie impulsów już w momencie rozpoczęcia negocjacji transmisji, bez względu na to, czy dojdzie ona do skutku, w maju 2001 roku stało się nawet tematem poselskiej interpelacji. Gdy stało się oczywiste, że dostęp do Internetu to nie fanaberia młodzieży, lecz niezbędny warunek rozwoju cywilizacyjnego, zmieniono wytłumaczenie dla utrzymywania wysokich cen. Okazało się, że „dodzwanianie” jest przestarzałe i upowszechnianie go jest niecelowe. Zamiast ryczałtu za 0-20 wprowadza się więc dość drogie usługi: SDI i Neostradę. Stałym dostępem za pośrednictwem tych usług dysponuje garstka internautów – odpowiednio 53 oraz 1,3 tysiąca abonentów, z czego część to firmy. Tymczasem to właśnie komutowany dostęp do Sieci został uznany przez władze Unii Europejskiej za usługę podstawową.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.