Kogo broni prawo?

Usterki w oprogramowaniu zdarzają się i będą się zdarzały. Kto jednak powinien ponosić za nie odpowiedzialność i czy wszystkie te błędy powinny być traktowane tak samo?

Fakt występowania błędów nie jest wynikiem złej woli producentów. Odważę się tu na stwierdzenie, że jest to nieodłączny skutek występowania w naszym świecie coraz bardziej skomplikowanych wytworów (nie tylko programowych zresztą). Tym bardziej że rzeczone błędy występują także w całym otaczającym nas komputerowym świecie – w kompilatorach, którymi tłumaczony jest program (wiele razy „nadziałem” się na takie kwiatki), w systemach operacyjnych, w środowisku, w którym przychodzi nam działać (to chyba już wszyscy wiedzą), w innych programach, z którymi musimy dzielić jeden komputer, w końcu w samym komputerze – od różnych modeli procesorów poczynając. Skutek jest taki, że uzyskanie w warunkach testowych wszystkich konfiguracji, które mogą wystąpić na komputerze użytkownika końcowego, jest praktycznie niemożliwe. Stąd rodzą się idee zaawansowanych programów testów beta Microsoftu, w których bierze udział zwykle wiele setek tysięcy testerów i tyleż różnych konfiguracji komputerów. A jednak, pomimo takich działań, jest pewne, że już po miesiącu od premiery pojawi się pierwszy service pack.

Usterki pod lupą

Powyższe stwierdzenie nie zalicza się do żadnej wiedzy tajemnej i wydaje się, iż jego świadomość powinien mieć każdy informatyk poważnie zajmujący się pisaniem komputerowych programów. Nie przeszkodziło to jednak amerykańskiej National Academy of Science w opracowaniu na użytek Kongresu raportu sugerującego niezbędność wprowadzenia ustawodawstwa, które zakwalifikuje software’owe błędy do kategorii przestępstw i zainicjuje karanie popełniających je firm. Uzasadnieniem takiego wniosku jest rosnące zagrożenie ze strony cyberterrorystów dla coraz bardziej uzależnionej od Internetu amerykańskiej gospodarki.

Błąd błędowi nierówny

Oczywiście, nie podlega dyskusji, że takie zagrożenie istnieje i z całą pewnością z czasem będzie rosło. Rosłoby ono jednak także wówczas, gdyby w jakiś magiczny sposób udało się wyeliminować wszystkie usterki używanego oprogramowania – cyberterroryści doskonale sobie radzili i zapewne będzie tak nadal, także w poprawnie działającym środowisku.

Powinno się na pewno dążyć do usunięcia możliwie jak największej liczby usterek we wszystkich produktach i tak jak w przypadku innych towarów, nabywca programu musi mieć gwarancję działania swego zakupu, a w razie odkrycia błędu – prawo do wymiany na wolny od niego egzemplarz. Jednak traktowanie każdego błędu w programie jako przestępstwa zagrożonego karą to zdecydowanie przesada. Jeżeli już, to należałoby takie podejście wprowadzić szerzej – zepsuty telewizor czy toster to w końcu też jakieś zagrożenie dla bezpieczeństwa. A jakim wielkim zagrożeniem bezpieczeństwa są wadliwe i wymagające poprawek uregulowania prawne uchwalane przez Kongres? Jaka szkoda, że tutaj ratuje je immunitet. Jeśli już poruszamy kwestię cyberterroryzmu, to nie stawiajmy sprawy na głowie. Gdy ktoś włamie się do mieszkania, ściga się włamywacza, a nie producenta zamka do drzwi (choć tego ostatniego na ogół łatwiej dopaść).

USA to egzotyczny pod pewnymi względami kraj, kraj, w którym obowiązuje zasada Robin Hooda, że bogatego należy złupić. Stąd milionowe odszkodowania za potknięcie się na chodniku przed domem bogacza, z którego to odszkodowania Robin-prawnik odda potkniętemu całe ćwierć sumy (a może nawet jedną trzecią). A kto jest dziś najbogatszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych? Nietrudno przewidzieć, że na wprowadzeniu takiego prawa najwięcej zarobią ci, którzy je dzisiaj piszą – prawnicy. Pytanie może natomiast brzmieć, kto za to zapłaci – bo przecież nie producenci oprogramowania. Oni natychmiast ubezpieczą się od wszelkiej odpowiedzialności, a kosztami tego ubezpieczenia obciążą oczywiście nabywcę swojego software’u. W sumie więc tak naprawdę ewentualne kary czy odszkodowania wypłacą sobie sami użytkownicy.

Zwycięzcy i pokonani

Można przewidzieć, że podobnie jak miało to miejsce w przypadku innych ustaw, amerykańscy prawnicy obronią amerykańskich gigantów, problemy mogą natomiast mieć mniejsi producenci oraz firmy spoza USA, które mają dziwny zwyczaj zatrudniania większej liczby programistów niż prawników. Zapewne skończy się też obarczone wielkim ryzykiem udostępnianie programów jako freeware, być może także Linuksa.

W sumie skutkiem ewentualnego wprowadzenia wspomnianych uregulowań prawnych będzie jeszcze większe umocnienie pozycji wielkich amerykańskich producentów na największym na świecie rynku, a w konsekwencji i na całym świecie.

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.