Wielkie złudzenia

Skoro Internet nie zna granic, to czy możemy mówić o informatycznej globalizacji? Okazuje się, że wciąż świat ten dzieli się na równych i równiejszych.

Znoszenie barier handlowych to oczywiście szczytna idea. Szkoda, że dla nas jej korzyści pozostają głównie właśnie w sferze idei. Oczywiście, można sobie zamówić dowolną płytę DVD z USA czy Indii, jeśli jesteśmy koneserami tamtejszej X muzy. Co z tego jednak, skoro na dobrą sprawę powinniśmy od razu zamówić też odtwarzacz zdolny odczytać ten krążek! Podział świata na regiony, zwłaszcza w kontekście wymuszonych przez hollywoodzkie koncerny blokad napędów DVD, to przykład bezczelnej uzurpacji dokonanej przez grupkę magnatów przemysłu w celu zwiększenia własnych zysków. Wbrew informatyzacji, internetyzacji i globalnemu e-handlowi! I co najważniejsze – zostało to zrobione skutecznie.

Podobną taktykę próbuje też stosować Microsoft, wskutek czego konsole Xbox w Japonii i USA są niekompatybilne. Dziś bardzo wyraźnie widać, że w ten sposób podzielono rynki na lepsze i gorsze: „Tym sprzedamy drogo, tamtym za parę lat, a jeszcze inni mogą sobie tylko pomarzyć”.

Na Księżyc nie dostarczamy

Problem rozkapryszonych klientów, którzy marudzą, zamiast kupować to, co lokalny dystrybutor raczył przygotować, rozwiązuje się też znacznie bardziej dyskretnie. Po prostu często nie znajdziemy sklepu internetowego, który będzie chciał zrobić z nami interes.

Z Polakami nie opłaca się e-handlować nie tylko niektórym firmom amerykańskim, ale nawet za naszą zachodnią granicą zdarza się spotkać online’owe sklepy, dla których Odra jest równie odległa co Księżyc. Nawet jeśli uda się znaleźć atrakcyjną ofertę, raczej nie należy liczyć, że rzeczywiście zapłacimy tyle, ile wynika z cennika. Handel niby jest globalny, ale cła, akcyzy i podatki VAT dodają do każdej paczki trochę lokalnego kolorytu (patrz str. 72). Jak będziemy mieli pecha, to niektóre podatki zapłacimy podwójnie.

Cyfrowy perkal i e-paciorki

Jeśli i to nas nie skłoni do robienia zakupów tam, gdzie nasze miejsce, to trudno. Nie liczmy jednak na to, że składając zamówienie w amerykańskim czy niemieckim sklepie, staniemy się jego klientem. Tak zwane światowe czy europejskie gwarancje na produkty renomowanych koncernów z bliżej nieznanych powodów przeważnie w naszym kraju nie działają (patrz str. 26). Zapewne dlatego, że są to gwarancje światowe, a nie trzecioświatowe. Szczęśliwi ci, co nie mają Internetu i są przekonani, że z nas paniska, bo jesteśmy w NATO, a nawet jedną nogą w Unii Europejskiej! Tymczasem nasza sytuacja przypomina pozycję przetargową buszmena, do którego przybył biały kolonizator skłonny sprzedać trochę świecidełek.

Cokolwiek zrobisz online, będzie użyte przeciwko Tobie 

Czy rzeczywiście, patrząc na globalizację z punktu widzenia szarego człowieka, widzimy tylko fatamorganę? Niezupełnie. Rewolucja informatyczna niesie ze sobą także zmiany, które dotyczą wszystkich w równym stopniu. Dzięki Internetowi możemy globalnie ponieść odpowiedzialność za to, co zupełnie legalnie robimy lokalnie. Casusy Sklyarowa, DeCSS-a i innych zbrodni przeciwko amerykańskim interesom są znane. Zapewne mniej osób wie o kampanii, jaką przeciw sieciowym fanom „Gwiezdnych wojen” podjęła firma George’a Lucasa. Z pomocą tabunów prawników straszyła ona procesami wszystkich, którzy ośmielili się twórczo nawiązać do uniwersum rycerzy Jedi, np. tworząc stylizowane mapy do Unreal Tournamenta. Trochę głośniej było nie tak dawno o wydawnictwie publikującym książki o Harrym Potterze. Pracownicy owego domu wydawniczego rozsyłali na cały świat e-maile z pogróżkami adresowane do małoletnich fanów, którzy mieli nieszczęście zrobić witryny o swym magicznym idolu.

Przesłanie tych historii jest proste: w naszej globalnej wiosce ma być porządek – konsumenci mają konsumować, a nie kombinować. Od kombinowania są światowe koncerny, których marketingowcy i prawnicy w pocie i znoju optymalizują przepływ kapitału z naszych kieszeni w miejsca planowej koncentracji.

Nowy_wspanialy_swiat.com

Tak zwana globalizacja jest procesem dwupoziomowym. Na wierzchu łatwo dostrzec wychwalane znoszenie wszelkich barier: handlowych, politycznych i komunikacyjnych. Pod spodem ukrywają się działania, o których informuje się bez zbędnych fanfar. Jeśli w ogóle się o nich informuje. Mamy wierzyć, że te powierzchniowe, szeroko nagłaśniane posunięcia przyniosą nam, konsumentom, lepsze życie po atrakcyjnej cenie. Mamy wierzyć, że mnożące się podskórne niekompatybilności, zastrzeżenia spisane małym druczkiem i prokorporacyjne prawa to jedynie przejściowe problemy, z pewnością niebędące efektem działania niczyjej złej woli. Kto jeszcze w to wierzy?

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.