Dziura od środka

Wokół tzw. sprawy Interii narosło wiele mitów. Tymczasem czasowe usunięcie z serwisu CHIP Online notki na temat dziury w zabezpieczeniach systemu kont pocztowych portalu Interia.pl ma zupełnie inne podłoże, niż to się wielu internautom wydaje.

Po wstępnej analizie sytuacji okazało się, że nasz dziennikarz – Przemysław Kobel – najprawdopodobniej popełnił przestępstwo z artykułu 267 kodeksu karnego, zagrożone karą do dwóch lat więzienia. Mało tego – okazało się, że tak naprawdę doniósł on na samego siebie, a donos ten opublikował na stronach najpoczytniejszego komputerowego serwisu internetowego.

Anatomia kryzysu

Następnego dnia rano na moim biurku czekało już pismo „w sprawie” od Interii z żądaniem jego opublikowania zgodnie z przepisami prawa prasowego. Po rozmowach z Interią okazało się, że „dziura” została szybko naprawiona i zastosowane obejście zabezpieczeń nie działa (co sprawdziliśmy). Sprawa wydawała się więc prosta – wszystko wskazywało na to, że wystarczy opublikować oświadczenie Interii przy notce i problem z głowy. Użytkownicy są już bezpieczni, a fakt wykrycia „dziury” po prostu odnotowała prasa. Niestety, oświadczenie wisiałoby przy notce, a więc donosie redaktora Kobla na samego siebie. Po pierwsze, należało więc zdjąć ten donos, bo im dłużej wisiał, tym większe było prawdopodobieństwo, że nasz dziennikarz będzie miał kłopoty z prawem. I nie CHIP, nie wydawnictwo, nie ja – prezes firmy, ale właśnie on, bo przestępstwa popełniane są osobiście. Uznałem, że trzeba go ratować, i to za cenę grzechu głównego w relacjach z czytelnikami – możliwego zarzutu o braku wiarygodności.

Pozostawała sprawa zamieszczenia wyjaśnienia Interii – bez feralnej notki nie miało ono sensu, z notką sprawa wracała do punktu wyjścia. Interia zgodziła się na moją prośbę odsunąć w czasie opublikowanie swego oświadczenia do momentu wyjaśnienia przez nas sprawy. Notka została więc zawieszona na moje polecenie do czasu wyjaśnienia sprawy (niestety, nie dało się tego zrobić z naszym codziennym biuletynem, który już został wysłany do odbiorców). Zajęło to tydzień, bo było co wyjaśniać. W świetle prawa sprawa wyglądała mniej więcej tak, jakby redaktor magazynu konsumenckiego, testując zamki do drzwi (powiedzmy Gerda), włamał się do cudzego mieszkania, porobił i opublikował zdjęcia z włamu, napisał, że był w środku, oglądał pokoje, ale – i tu niestety tylko przysięga – nie otwierał szuflad i broń Boże niczego nie wziął. Zbieranie dowodów na to „broń Boże” oraz na praktyczną interpretację czynu było więc procesem wysoce skomplikowanym i czasochłonnym.

Posypały się gromy, zarzuty o manipulowanie informacją, bolszewizm i orwellizm, ale jakoś nikt z internautów nie zauważył, że publikując kopię fatalnej notki, tak naprawdę sam przedrukowuje i kolportuje list gończy za kolegą-internautą. A chciałem powiedzieć, że chodzi nie tylko o czyn prawnie zabroniony, ale i etycznie wysoce naganny – bo za taki uznaje się wejście do cudzego mieszkania, czytanie cudzej korespondencji czy nawet dotykanie rzeczy, której się nie jest właścicielem.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.