Internet – równy dostęp?

Brak wzroku wcale nie jest podstawową przeszkodą w poruszaniu się po Internecie. Główny problem leży w obecnym sposobie projektowania stron WWW.

Przyczynkiem do napisania tego artykułu miała być uchwała Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z 14 lipca 2000 r. w sprawie budowania podstaw społeczeństwa informacyjnego w Polsce (M. P. 2000, nr 22, poz. 448). Nie jestem prawnikiem, za to dość swobodnie posługuję się Internetem, zatem znalazłem internetową stronę Sejmu. Jako osobie niewidomej odszukanie właściwej uchwały zabrało mi sporo czasu, ale się udało. Dotarłem do informacji, że do odczytania tekstu aktu prawnego potrzebny jest Acrobat Reader, i… zdębiałem. Nie, nie dlatego, że nie mam tej aplikacji albo że program udźwiękowiający Windows, z którego korzystam, jej nie obsługuje. Teksty wszystkich aktów prawnych umieszczone na stronie w formacie Acrobat Readera są bowiem przygotowane przez webmasterów w taki sposób, że mój syntezator mowy nie potrafi ich odczytać (choć bez problemu radzi sobie z podobnymi zadaniami). Efekt? Żaden materiał znajdujący się w witrynie (zaczynając od Konstytucji RP) nie jest dostępny dla osób niewidomych.

Czy ja też mogę?

Niewidomi w Internecie pojawiają się coraz częściej, a to za sprawą kilku rzeczy. Przede wszystkim ta platforma informacyjna jest dla nas dostępna niemal niezależnie od pomocy osób widzących. Po drugie, Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych wydał sporo pieniędzy na coroczne edycje programu „Komputer dla Homera”, co spowodowało wzrost wśród nas liczby komputerów. No i zwykła ludzka ciekawość: „Kowalski w domu bez pomocy żony czyta gazetę? Jak to? A ja też bym mógł?”. Ano, mógłbyś, bracie, ale przed Tobą jeszcze długa droga. Pół biedy, jeśli w Internecie interesuje Cię tylko poczta elektroniczna. Programy do jej obsługi są akurat dobrze udźwiękowione i prowadzenie korespondencji nie nastręcza problemów. Schody zaczynają się wówczas, kiedy próbujesz cokolwiek w przebogatym Internecie znaleźć. I nie dlatego, że z powodu braku wzroku jesteś ograniczony. Po prostu piszący strony nie wiedzą, że chciałbyś i ty skorzystać z ich ciężkiej pracy i ogromnej wiedzy.

Walka z impulsami

Loguję się do Sieci przy użyciu modemu. Załóżmy, że znam adres strony, którą chcę otworzyć. I zaczyna się wyścig z czasem. Każdy to zna: IMPULSY. Dotąd Twoje i moje szanse są mniej więcej wyrównane. A dalej? Strona się otworzyła. Po pierwsze, muszę „odsłuchać” (komputer głosem opowiada, co „widzi” na monitorze) każdy link i podpis pod nim. Wybieram ten, który mnie interesuje. Enter. Otwiera się ta wyłuskana z niemałym trudem witryna i… zabawa zaczyna się od początku. Impulsy cykają nieubłaganie, a ja właśnie dotarłem do wybranej podpodstrony z artykułem, który chcę przeczytać. Kolejny Enter. I… w tym miejscu musiałbym cały opis powtórzyć, a nie chcę być posądzony o wodolejstwo. Zauważę tylko, że impulsy ciągle cyk, cyk, cyk, jeden za drugim. Dotarłem wreszcie do tytułu artykułu, kilku zdań cytatu i wyczekanego odsyłacza „Więcej”. Ostatni Enter, tylko poczekać, aż strona się załaduje, zapisać stronę na dysk i uff, wreszcie mogę się rozłączyć.

Na kłopoty – kotwice

Każdy program udźwiękowiający Windows korzysta z wbudowanego w system tzw. trybu MSAA. To aplikacja umożliwiająca odczytywanie opisów przy ikonach. Dlatego podstawową kwestią jest umieszczanie opisów tekstowych przy przyciskach czy odsyłaczach, choćby nie wiem jak graficzne one były. Ta sama aplikacja układa strony internetowe w taki sposób, że po menu czy odsyłaczach osoba niewidoma porusza się za pomocą strzałek kursora „z góry na dół”. Na to rady nie ma. Ale niewielkim kosztem można stosować tzw. kotwice. Chodzi o to, żeby kursor lądował w już raz wybranym miejscu. Wizerunek strony się nie zmienia, a niewidomym jest znacznie łatwiej.

Porównajmy przygodę internetową niewidomego i widzącego do wędrówki po dużym lotnisku. Widzący wchodzi na ruchomy chodnik, który wiezie go do wybranego celu. Po drodze pokazuje się mu reklamy, stojaki z ulotkami, różne promocje. Jasne, może coś go zainteresuje. Niewidomy wybrał tę samą drogę, ale musi przejść pieszo obok trasy chodnika, a wszystkie tablice, słupki i stojaczki utrudniają marsz. A na końcu stoi miły i uprzejmy pan inkasent z TP SA.

Wspomniane kotwice to ów „chodnik”. Wszystko w rękach tworzących strony. Jestem przekonany, iż niewielkim nakładem mogą oni spowodować, że moje internetowe „wykopaliska” nie muszą się wiązać z szukaniem igły w stogu siana… Do tego potrzebna jest dyskusja o wprowadzeniu prostych, standardowych rozwiązań. Zachęcam do niej.

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.