Biegły z przypadku

Trudno potępiać walkę z piractwem komputerowym - to ostatnie jest wszak przestępstwem. Wątpliwości pojawiają się jednak w przypadku metod stosowanych przez polskie sądy.

W naszych sądach coraz więcej toczy się spraw związanych z komputerami – i to w różnych aspektach. Do najczęstszych chyba należą pospolite już sprawy karne, dotyczące tzw. piractwa komputerowego. Z dwóch powodów: piractwo jest wciąż wielką plagą w naszym kraju, a jednocześnie koncerny na swój sposób „sponsorują” właśnie walkę z piractwem. I samo ściganie winnych jest jak najbardziej wskazane, jednakże pod warunkiem, iż łączy się ono z kompetencją stróżów prawa.

Ekspert prawdę powie?

Sprawa dotyczy tych, którzy nagrywają setki płyt i nimi handlują. Dobrze by było, żeby owo ściganie odbywało się zgodnie z prawem oraz aby przy ocenie „komputerowych” dowodów uczestniczyli odpowiedni fachowcy. Wiadomo: sądy i prokuratura nie muszą znać się na komputerach – wystarczy, że znają się na prawie. Gdy potrzebna jest wiedza specjalistyczna, zawsze mogą skorzystać z opinii biegłego, za którego zresztą płaci zazwyczaj państwo – czyli my. Jeżeli więc organa wymiaru sprawiedliwości sięgają po ekspertów, to powinniśmy oczekiwać, że ci będą działali solidnie: bo dostają za to pieniądze, bo w grę wchodzą losy oskarżonego i zabezpieczone jako dowody rzeczowe przedmioty do niego należące. Od opinii specjalisty często zależy nie tylko późniejsza ocena winy oskarżonego, ale także i to, co i dlaczego sąd mu skonfiskuje (np. sprzęt komputerowy, użyty do przestępstwa).

Niestety, biegłymi w zakresie tzw. nowych technologii nie zawsze są osoby naprawdę „biegłe w komputerach”. Co gorsza, coraz częściej mają miejsce sytuacje, gdy organa ścigania wyręczane są w ich obowiązkach przez agencje eksperckie, wydające opinie na temat legalności programów. Dodajmy – agencje „życzliwie” podsuwane przez samych producentów oprogramowania.

Bez pudełka – pirat

Abstrahując od kwestii bezstronności tego typu instytucji, wiele do życzenia pozostawia ich fachowość w walce o ochronę własności intelektualnej. Jednym z takich „zbrojnych ramion” koncernów software’owych jest Agencja X. W pewnej sprawie wydała ona opinię, w której opisała i oceniła poszczególne dowody zabezpieczone w domu zatrzymanego pirata. I tak na przykład na liście nielegalnych kopii programów znalazła się oryginalna wersja CorelDRAW – Select Edition, którą oskarżony dostał wraz z legalnie zakupionym skanerem, natomiast program do tworzenia schematów Visio 2000 firmy Microsoft – akurat rzeczywiście piracki – został przez „eksperta” opisany jako gra. Poza nim bezbłędnie zostały rozpoznane i sklasyfikowane inne produkty z Redmond.

Myślę, że można wybaczyć „drobne” wpadki Agencji X – tym bardziej że powyższego „audytu informatycznego” dokonał „ekspert” z wykształceniem… technika chemicznego, a rozróżnienie pirackiej kopii, programu oryginalnego w wersji lite czy select lub aplikacji w wersji beta to już zbędne niuanse. Najważniejsze, by były pudełko, faktura i licencja użytkownika. Jeśli ich nie ma – to „pirat”. I co z tego, że oskarżony przyznaje nawet, że istotnie handlował Windows, ale Windows Commandera to zgrał już w wersji shareware z Internetu? Nie ma „papieru”, nie ma licencji. A licencja typu click-on? To już jest zbyt skomplikowane – potrzebne są pudełka, numery seryjne i oryginalnie wytłoczone płyty. W przypadku płyt audio lub filmów dochodzi – również zazwyczaj pomijana w procesie karnym – kwestia sprawdzenia, czy znaleziona kolekcja muzyki w MP3 lub filmów w DivX jest na pewno gromadzona tylko dla celów osobistego użytku prywatnego, a nie z myślą o handlowaniu „piratami”.

Hurtowy przepadek mienia

Nieprawidłowa ocena zabezpieczonych dowodów ma poważne konsekwencje dla oskarżonego. Przepisy pozwalają bowiem sądowi orzec przepadek przedmiotów służących do popełnienia przestępstwa i tych, które zostały z niego uzyskane. Oznacza to, że np. w wypadku nielegalnego kopiowania płyt z programami może zostać orzeczony przepadek nawet całego sprzętu komputerowego oskarżonego, a także znalezionych u niego płyt i innych przedmiotów, które były dowodami w sprawie. Jest to niewątpliwie sankcja bolesna, dlatego też wymiar sprawiedliwości powinien szczególnie wnikliwie badać, które przedmioty „zabrane” oskarżonemu można zniszczyć, a które należy mu oddać. I nie może tu być żadnej dowolności.

Mimo to często w wyroku skazującym orzeka się od razu „hurtowo” przepadek wszystkiego, co w pośpiechu zgarnęła w trakcie nalotu policja. W pewnej sprawie karnej sąd orzekł o przepadku przez zniszczenie również płyt CD, które oskarżony nabył legalnie wraz z jednym z numerów CHIP-a (sic!), oraz ulubionych oryginalnych albumów muzycznych zakupionych w Empiku. Sąd istotnie miał do czynienia z przestępcą, ale czy to, że ktoś jest na bakier z prawem, ma oznaczać, iż nie może sobie słuchać oryginalnych płyt – choćby w więzieniu?

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.