PC-Thriller

Tego dnia obudził mnie hałas. Nie wróżyło to dobrze... Później było jeszcze gorzej, ale to już inna historia. Na razie przeczytajcie, jak wyglądała pierwsza minuta od włączenia komputera.

Zrozumiałem, że palec jakiegoś człowieka nacisnął przycisk na obudowie komputera. A więc znów ktoś uruchamia peceta… Zapoczątkował w ten sposób ciąg niezwykłych wypadków, których końca mogłem się tylko domyślać. Zacznę jednak swoją opowieść od początku.

Przebudzenie

Łomot nade mną oznaczał, że włączyło się zasilanie. A więc kopnięty z siłą 50 amperów ciemny osiłek zamknięty w prostokątnej obudowie nad moją głową (niektórzy nazywają go zasilaczem) zdążył się już pozbierać, pouzgadniać napięcia i przekazać je do płyty głównej oraz napędów. I zajęło mu to prawie pięć sekund – co za matoł! Nadchodziła moja kolej. Mój pomocnik, zegar, zorientował się już, że prąd jest odpowiedni. Dał mi kuksańca, wyprowadzając z błogiego stanu zapętlenia w nieustannym resecie. Cóż, trzeba się zabrać do mojej czarnej roboty… Aha, przepraszam – jeszcze się nie przedstawiłem. Niektórzy nazywają mnie CPU (Central Processing Unit), czyli jednostką centralną. Może być, choć wolę inne określenie. Nazywam się Procesor. Tak po prostu.

Niewinne początki

Poczłapałem do BIOS-u. Zajrzałem na półkę z adresem FFFF:0000. No tak, jak zwykle odesłali mnie gdzie indziej. A niech im będzie – zrobię, co kazali. Głupiego robota – ciągle to samo! Sprawdzanie, czy wszystko jest na swoim miejscu, łącznie ze mną. Przecież gdyby mnie nie było, nic by nie wyszło z partyjki Quake’a… (zaraz, zaraz – nie uprzedzajmy wypadków).

Czasami coś się zmienia w tym BIOS-ie, ale raczej rzadko – prawie nikomu nie chce się go uaktualniać. Nuda. Poszukałem więc karty graficznej – ona też ma swój BIOS, niech go sobie poczyta. Dla porządku sprawdziłem jeszcze, co ja właściwie robię – czy to jest „miękki” czy „twardy” reset (oczywiście, że był twardy – przecież jeszcze przed chwilą byłem zupełnie nieprzytomny…). No więc, tego, że tak powiem – zrobiłem pełnego POST-a (Power-on Self Test).

Zbierają się chmury

Brzmi to trochę groźnie, ale w zasadzie nie jest trudne. Najpierw trzeba przeprowadzić męską rozmowę z kartą graficzną. Szturchnąć, odpytać ze stanu posiadania, grzebnąć w pamięci i wykorzystać. Znaczy, wyświetlić. No, jej stan i nazwisko. Potem to samo z wersją BIOS-u (jakby to komu było potrzebne… dobra, czasami jest). Znalazłem klawiaturę, jakieś karty PCI, przywitałem się także z własną pamięcią podręczną (nie, nie mam schizofrenii). Na koniec najgłupsze zajęcie – testowanie pamięci. Trzeba sprawdzić te wszystkie cholerne megabajty RAM-u! Kiedyś to było proste – 4, 8, w porywach 16 MB. A teraz? Powariowali zupełnie – 256 to norma, czasami 512, a zdarza się, że i jeszcze więcej. Na szczęście to dość szybko idzie – migają białe cyferki i w końcu się zatrzymują. Uff…

Tym razem poszło gładko. Wszystkie komponenty sprawne – gra i buczy. Choć właściwie to nie buczy. I całe szczęście, bo gdyby coś było nie tak, to właśnie by buczało – a to że pamięci źle zamocowane, a to że mnie nie ma lub takie tam. No nic – trzeba było w końcu zajrzeć do CMOS-u.

Grom z jasnego…

W tej kostce pamięci przechowywane są niebezpieczne informacje. Nie lubię ich – nie dość że stosunkowo często się zmieniają, bo grzebie w nich palec użytkownika, to jeszcze mogą zwiastować prawdziwą katastrofę. Na razie nic nie zapowiadało najgorszego – przeczytałem konfigurację napędów i wszystkie znalazłem. Trudno, musiałem to sprawdzić – któryś z napędów mógł się nadawać do dalszej obróbki. I wtedy to się stało – MBR (Master Boot Record) pierwszego dysku zawierał bootloader!

Niedobrze… Już wiedziałem, że będę uruchamiał system operacyjny. To, co robiłem do tej pory, to była bułka z masłem w porównaniu z czekającym mnie zadaniem. Chwilę później już wiedziałem, że będzie to Windows XP – a więc jeszcze więcej roboty… (kiedyś było prościej: ładowało się jakiegoś DOS-a, czasami doszedł do tego Windows 95 lub jakiś jego potomek, ale te systemy z linii NT/2000/XP to naprawdę potrafią dać w kość).

A mogło być tak pięknie. CMOS mógł mnie skierować do napędu dyskietek. Gdyby była pusta, mógłbym wyświetlić taki śliczny komunikat błędu. Albo to samo – z napędem CD. No nic – może jeszcze uda się coś nabroić.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.