Wampiry XXI wieku

Czy specjalistyczne programy są jedynym lekarstwem na zawirusowany system? Niekoniecznie. Do skutecznej ochrony przed "mikrobami" wystarczy konsekwencja i przestrzeganie kilku zasad.

Ludzie zawsze się czegoś bali – pomruków dzikich zwierząt dochodzących z ciemności, wilkołaków grasujących w okolicy czy choćby ognia piekielnego. Dziś horrory wzbudzają tylko lekki przestrach, a klątwy rzucane z ambony nie odnoszą skutku. Zdarza się, że przerazi nas podatek Belki, ale mamy na niego sposoby. Jednak brać komputerową paraliżuje strach przed czymś, co przypomina trochę sytuację z wampirami: niby istnieje i – choć zupełnie niepotrzebnie – wszyscy się tego boją. Mowa o wirusach.

Ech, ten Murphy…

Kiedyś, aby nabawić się wirusa, wystarczyło skorzystać z zainfekowanej dyskietki. Z czasem te nośniki odeszły w zapomnienie, a pliki i wirusy są obecnie najczęściej przekazywane pocztą elektroniczną. Wystarczy jedno nieopatrzne kliknięcie podczas odbierania listów i złośliwe „żyjątko” rozsyła się do wszystkich naszych znajomych. Po kilku dniach „mikroby” krążą już po całym Internecie i pół roku później czytamy, że taki – dajmy na to – SirCam spowodował miliard dolarów strat. Jaki jest tego efekt? Telewizja i prasa zyskują ciekawy temat, rośnie sprzedaż oprogramowania antywirusowego, a zwykli użytkownicy mają kogo winić za każde dziwne zachowanie komputera. Tymczasem demoniczna natura wirusów – a tak postrzega je przeciętny użytkownik – ustępuje ich prawdziwemu obrazowi, gdy dowiemy się, jak działają.

Do samopowielania wykorzystują nosiciela, którym jest Outlook Express. Jest to dość wygodny, darmowy i bardzo popularny program. Jego zgubną dla użytkowników cechą jest to, że może sam uruchamiać załączniki listów. Teoretycznie tę funkcję można zdeaktywować, ale jeśli ktoś zakłada taki scenariusz, to znaczy, że „nie zna się na komputerach”. Zgodnie z prawami Murphy’ego, jeśli w programie pocztowym istnieje opcja pozwalająca na automatyczne uruchamianie wirusów, to w chwili, gdy otrzymamy przesyłkę z „mikrobem”, będzie ona włączona. Wybuchające co jakiś czas epidemie potwierdzają słuszność tej tezy.

Przerwać łańcuch

Cóż robić w takiej sytuacji? Zamiast odprawiać egzorcyzmy z użyciem programu antywirusowego, lepiej zajrzeć bestii w paszczę i pozbawić program pocztowy funkcji uruchamiania wirusów. Hakerzy mogą się zabrać do usprawniania OE, ale zastrzegam, że jest to nielegalne. W najnowszych wersjach „starszego brata” OE, Outlooka, co prawda znajdziemy funkcję, która unieszkodliwia wirusy, ale zdarza jej się także „wyleczyć” list z całkiem bezpiecznych załączników.

Pozostałym internautom proponuję proste rozwiązanie: zamianę Outlook Expressa na… Lista jest długa, bo każdy inny program pocztowy jest lepszy. Pegasus Mail, Kurier Poczty z Mozilli, The Bat! – wszystkie mają zalety i wady, ale żaden nie uruchomi nam automatycznie wirusa! I nawet jeśli The Bat! kosztuje, to mniej niż najpopularniejszy obecnie program antywirusowy. Być może Pegasus nie jest tak wygodny jak OE, ale znacznie bardziej kłopotliwe jest pisanie jeszcze raz straconego sprawozdania. Mozilla zajmuje co prawda sporo miejsca na dysku, ale bardziej bolesny jest nadmiar wolnej przestrzeni spowodowany działalnością danego wirusa.

Ja nigdy nie używałem ani Outlook Expressa, ani aplikacji do aktywnej ochrony przed złośliwymi „mikrobami”, a kłopoty z SirCamem, Romeo&Juliet i ich pobratymcami mnie omijały. Oczywiście – wymaga to ode mnie odrobiny uwagi. Często bowiem przeglądam załączniki, wykorzystując opcję View, która otwiera dołączony do listu plik domyślnym programem. Gdybym tak zrobił, chcąc zapoznać się z wirusem, ten niechybnie zostałby uruchomiony. Jeśli jednak mam wątpliwości, to najpierw próbuję plik zapisać i sprawdzam jego rozszerzenie.

Ktoś może zapytać: co z wirusami wykorzystującymi błędy w aplikacjach? Racja, one nie mają postaci skryptów i mogą być powielane przez dowolny program pocztowy. Ale im mniej popularnej aplikacji używamy, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś znajdzie w niej „dziurę”. Gdyby internauci używali nie jednego, lecz dziesięciu klientów pocztowych, wirusów byłoby mniej.

Wygoda albo bezpieczeństwo

Większość użytkowników ceni sobie komfort. Skoro wygodny program pocztowy jest dołączany do systemu operacyjnego, to dlaczego go zmieniać? Ano dlatego, że nikt nie jest nieomylny – ani komputer, ani firmy tworzące oprogramowanie. Także moje rady mogą nie być słuszne, bo opisany sposób postępowania z wirusami nie daje pewności ich uniknięcia. Ale oprogramowanie antywirusowe, które przecież również może zawieść, uspokaja użytkowników komputerów, dając im złudne poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem nie chodzi o to, by wyzbyć się lęku, bo ten towarzyszy nam od zawsze. Jedyne, co możemy zrobić, to poznać źródło strachu i go oswoić.

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.