„Robiąc” za sieć i nośnik

Wydawałoby się, że zdalna, elektroniczna obsługa klienta zadomowiła się już w urzędach administracji państwowej. Tymczasem rzeczywistość nie przedstawia się niestety tak różowo.

Zdalna obsługa ciężko idzie nawet w przypadku naszych nowoczesnych operatorów komórkowych, jeśli sprawa wykracza poza kwestie zupełnie trywialne. Mimo szumnych zapowiedzi nie widać zmian u naszego dominującego operatora telekomunikacyjnego. W kontaktach z firmami, którym jesteśmy coś winni – albo które nam są coś winne – jedyną akceptowaną formą „zdalną” jest przesłanie faksem papierowego potwierdzenia dokonanego przelewu (za co banki internetowe przeważnie liczą sobie oddzielnie i mają w tym swoją rację). Zresztą wiele z nich w charakterystyczny sposób zmodyfikowało swoje strony WWW, dodając w formatkach przeglądania wysłanych przelewów nowy guziczek: „Drukuj potwierdzenie”.

Konserwatywna administracja

Najbardziej uparta w trzymaniu się papierowych dokumentów jest administracja. Nie chodzi mi nawet o możliwość wniesienia podania sygnowanego podpisem elektronicznym. Z tym bowiem musimy poczekać przede wszystkim na anulowanie rozporządzenia ministra finansów z 5 grudnia 2000 r. o opłatach skarbowych, skutecznie blokującego możliwość wnoszenia opłat w formie elektronicznej – bo nawet w przypadku opłaty wniesionej przelewem, a nie przy użyciu znaczka skarbowego, musimy do podania przyszpilić papierowe potwierdzenie. Na szczęście ustawa o podpisie elektronicznym daje „ministrowi właściwemu do spraw finansów publicznych” czas do 16 sierpnia br. na umożliwienie wnoszenia opłat drogą elektroniczną. Na wprowadzenie pełnej obsługi elektronicznej wszelkie inne władze mają aż 4 lata.

Nic natomiast nie zabrania organom administracji usprawniania procedur obsługi. Jednak moje niedawne doświadczenia ze zmiany miejsca stałego zameldowania między dwoma stołecznymi dzielnicami są wprost porażające. Z tak źle zaprojektowanymi procedurami (jeśli ktokolwiek je w ogóle projektował i jeśli to nazwać procedurami) dawno się nie spotkałem. Rzecz nie dotyczy jednak tylko tak rzadkiej czynności, ale wszystkich spraw, które załatwiamy w urzędach jako obywatele i przedsiębiorcy.

Zestaw danych

W czterech procedurach, przez które musiałem się przedrzeć: zmiana adresu zameldowania, zmiana dowodu osobistego (z nowego na nowy), zmiana prawa jazdy i przerejestrowanie samochodu – musiałem podawać ten sam zestaw danych, ale w zupełnie innych układach, zwykle zresztą równie nielogicznych, co pozostałe. Na przykład: po co komu do zameldowania, stanowiącego pozostałość po poprzednich ustrojach, informacja o moim wykształceniu czy zawodzie wykonywanym? „Dzięki” adresowi zameldowania, pod którym zresztą sporo ludzi w ogóle nie mieszka, musimy np. wymieniać prawo jazdy nowego wzoru. A wydawałoby się, że dokument ten ma tylko potwierdzać, że jestem uprawniony do kierowania danym typem pojazdu!

Ale to i tak małe piwo przy konsekwencjach rozporządzenia Rady Ministrów z 21 listopada 2000 r. (a więc wcale nie z zamierzchłej przeszłości). W odróżnieniu od starego dowodu – tego z adnotacjami o kartkach na cukier i mięso oraz pieczątkami uprawniającymi do przekraczania granic nieistniejących już państw – przy wymianie nowego dowodu na nowy dowód trzeba go oddać „na dzień dobry”, wraz z wnioskiem o zmianę, i przez miesiąc nie można niczego dalej załatwić – np. zmian w kontach bankowych, zmian w ewidencji gospodarczej i podatkach itp. – stajemy się orwellowską „unperson”.

Sieć między szafami i biurkami

Wyznawcom zdrowego rozsądku najbardziej jednak doskwiera, że na formularzach wpisujemy w kratki te same dane w różnych układach: pesele, NIP-y, numery dowodów, nazwiska panieńskie matki, kody pocztowe itp., itd. Później w urzędzie pracowicie wklepują to do komputerów, w których wszystkie te dane zwykle już są! Problem polega na tym, że są one w sąsiednim komputerze, w sąsiednim systemie, w sąsiedniej szafie, na sąsiednim biurku i istnieją miliony przyczyn, dla których nie można tam po nie sięgnąć. A to ustawa o ochronie, a to podział kompetencji między powiat, gminę a dzielnicę… A przeważnie – brak wyobraźni lub nieznajomość rzeczywistości ze strony tych, którzy tworzyli rozporządzenia i instrukcje. W rezultacie to my, stojąc w kolejkach do okienek, „robimy” za sieć między komputerami z sąsiednich biurek. A ponieważ nasze dowody osobiste i prawa jazdy „robią” za nośniki danych w systemach, muszą więc przenosić między nimi takie właśnie dane jak adres stałego zameldowania. Zresztą i tak na wszelki wypadek administracja może zażądać przedstawienia jej poświadczeń w przypadku, gdyby zapomniała umieścić czegoś na naszych osobistych nośnikach danych. Wystarczy poczytać na stronie MSWiA o konieczności udowodnienia, że mamy dzieci, jeśli chcemy im wyrobić paszporty, a – nie daj Boże – legitymujemy się naszym wspaniałym nowym dowodem. Zresztą formalnie jako posiadacze takiego dowodu powinniśmy jeździć w tramwaju z aktem urodzenia dziecka, żeby udowodnić, że jest ono na tyle małe, by nie płacić za bilet.

Najśmieszniejsze, że na naszych nowych dokumentach osobistych znajduje się pracowicie wskanowany podpis. Niektórzy ich właściciele myślą, że to jest właśnie podpis elektroniczny…

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.