Nasza Ukochana Świadomość Społeczna

Informatyzacja polskich gmin wciąż napotyka wiele przeszkód. Największym problemem nie jest tu jednak bariera technologiczna, ale brak świadomości, komu i do czego ta informatyzacja ma służyć.

Niedawno zapoznałem się z programem informatyzacji gminy, opracowanym przez młodego informatyka. Autor projektu doskonale orientował się w aspektach technologicznych całego przedsięwzięcia: wiedział, co to sieć przewodowa, co bezprzewodowa, był świadomy problemów bezpieczeństwa transmisji etc. Zapytany jednak o wizję inną niż stricte techniczna, zamilkł. Kiedy opowiedziało mu się o możliwościach, jakie mogłaby stworzyć informatyka w małej społeczności, okazało się, że „coś słyszał”, ale w projekcie nic o tym nie było – omówiona była tylko jego strona techniczna.

Niewątpliwie ów młody człowiek trafnie przeczuł przyszłość. Bo jest przyszłością informatyzowanie gmin. Raczej nie da się tego przeczekać, czy też potraktować jako fanaberię dla nudzących się bogaczy – bo i takie myślenie spotkać można wśród decydentów i urzędników. Ale też samo nasycenie gminy komputerami, niechby i spiętymi w perfekcyjnie działającą sieć, to jeszcze bardzo, bardzo mało. Dzisiejszy poziom techniki informatycznej jest taki, że poprawnie skonfigurowane komputery i stworzone z nich sieci nie sprawiają kłopotów. Kłopoty zaczynają się, gdy popracować trzeba nad materią nierównie mniej ruchliwą niż postęp technologii teleinformatycznych, mianowicie nad ludzką świadomością…

Informatyczna schizofrenia

Sytuacja informatyki jest w naszym kraju cokolwiek schizofreniczna: z jednej strony mamy stosunkowo niewielką grupkę komputerowych entuzjastów, co radzi by swoją ukochaną maszynkę stosować do wszystkiego, a z drugiej strony ogromne rzesze użytkowników, postrzegających komputer jako zło konieczne, z którym trzeba jakoś żyć. Nie ma natomiast żadnego znaczącego ruchu na rzecz naprawdę twórczego wykorzystania tych możliwości informatyki, których przed nią nie było. Są to możliwości przede wszystkim społeczne i kulturowe. Ich zapowiedzią jest choćby wielki renesans pisania listów, oczywiście elektronicznych. A to dopiero początek. Bo wyobraźmy sobie, jaką rewolucją byłaby zupełna zmiana stylu pracy, w który to styl komputeryzacja jest organicznie wbudowana! Pod nazwą „telepracy” już próbuje się coś w tym kierunku robić, już są w miarę bezpieczne sposoby transmisji danych z terminali rozproszonego biura do centrali – ale na przeszkodzie stoi Nasza Ukochana Świadomość Społeczna: tam, gdzie aż się prosi o telepracę (np. w rozproszonych biurach księgowych), przepisy jej nie dopuszczają. I nie dociera do prawodawczej świadomości ani fakt istnienia klucza 128-bitowego, ani SSL-a, ani innych nowinek.

Kup komputer – zmniejszysz koszty

W świetle obowiązującego obecnie w Polsce prawa nie może pracownik na domowym komputerze wklepywać faktur klientów ze swego osiedla, bo faktury klientów nie mogą opuścić biura rachunkowego… Ta sama świadomość wciąż jeszcze czyni z poczciwego „blaszaka” (choć teoretycznie tyle czasu już minęło od wprowadzenia pecetów pod strzechy) bardziej symbol statusu społecznego niźli sprzęt oczywisty i banalny. Straszy ona kosztami: zakup przeciętnego nowego peceta to ok. 2000 zł, co w sytuacji, gdy ludzie w niejednej gminie za 30 zł żyją przez tydzień, istotnie poraża. Ale policzmy pieniądze zaoszczędzone na dojazdach do pracy (bo w warunkach telepracy nie wychodzi się poza własne osiedle), policzmy oszczędności niematerialne (np. telepraca jest wymarzona dla kobiet z małymi dziećmi) i… wyjdzie nam nadwyżka dużo większa, niż jest potrzebna na korzystne, bez paskarskiego procentu, skredytowanie peceta. A najpewniej jeszcze zostanie na abonamentowy, niereglamentowany dostęp do Internetu. To prawda, że dla mieszkańców większości gmin w Polsce koszty zakupu komputera i instalacji jego sieciowych peryferiów wydają się astronomiczne. Gdyby jednak kredytujący takie zakupy bankier miał odrobinę ekonomicznej wyobraźni, można te koszty umiejętnie rozłożyć na małe, comiesięczne raty, doliczane do kolejnych internetowych abonamentów.

Bliżej natury

Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, teleinformatyka nie jest przyszłością tylko wielkich miast – ich akurat mniej. Jej główna rola to „skracanie odległości” na terenach słabiej zagospodarowanych, na których brak komunikacji oznacza wyrok gospodarczej i społecznej śmierci dla ich mieszkańcow. To jest właśnie poszukiwana terra incognita cywilizacji komputera! To urządzenie może zahamować niekontrolowany i szkodliwy społecznie rozrost wielkich miast. Może nas zbliżyć do natury, bo laptop postawiony na stole na werandzie jest niepomiernie zdrowszy niż taki sam laptop w pełnym napięć międzyludzkich biurze. Może przyczynić się do ochrony środowiska, bo koszt użytkowania komputera jest wielokrotnie niższy niż koszty transportu, które dziś stanowią zmorę gospodarki. I tak dalej…

A dlaczego takich, wydawałoby się oczywistych wizji, nie było w projekcie młodego informatyka? Dlatego, że zanim został informatykiem, ukształtowała go Nasza Ukochana Świadomość Społeczna, która szybciej wyrzuca na śmietnik kolejne generacje komputerów, niż potrafi z nich zrobić jakiś sensowny użytek.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.