Wolę tam-tamy

TP SA modyfikuje swój stosunek do problemu dialerów. W wątpliwych przypadkach oszustom nie zapłaci, ale... od nas pieniądze pobierze. Takich "miłych" zwyczajów nasz eksmonopolista ma jeszcze kilka

Zacznijmy jednak od początku. Plaga dialerów, zwłaszcza tych oszukańczych, które udają, że dialerami nie są, znana jest od lat. To znaczy znana jest internautom, bo TP SA dotąd twierdziła, że problemu nie ma, a ofiary oszustów same się prosiły o kłopoty. Teraz jednak nasz Operator Dominujący dojrzał do zauważenia problemu. Co więcej, z owego zauważenia wyciągnął wnioski i postanowił odpowiednio zmienić swoje postępowanie. Zwołał nawet w tym celu telekonferencję prasową, by poinformować nie tylko Warszawę, ale i inne miasta jednocześnie o nowej strategii.

Członkowie zarządu TP SA, z Prezesem na czele, zapowiedzieli, że od tej pory umowy z operatorami, świadczącymi usługi za pośrednictwem numeru zaczynającego się od 0-7xx, będą zawierały klauzule zobowiązujące do etycznego prowadzenia biznesu. W przypadku jakichś kombinacji i przekrętów oszust nie dostanie od Telekomunikacji pieniędzy za wyłudzone impulsy. Wspaniała wiadomość!

No, niezupełnie wspaniała. Gdy zapytałem, czy oznacza to, że od tej pory będą uwzględniane reklamacje ofiar dialerów, usłyszałem od tegoż zarządu, że… skądże znowu! Oznacza to, że oszustom wprawdzie nie zapłacą, ale od nas pobiorą. Hm, zaprawdę niezły pomysł na biznes. Że szokujący?

Nie, szokujące było chwilę później. Być może widząc na ekranie (telekonferencja, a jakże!) moją niewyraźną minę, członek zarządu TP SA pośpieszył z wyjaśnieniami, że tak naprawdę dialery nie są wcale takim poważnym problemem. „Zdarzają się też hakerskie włamania do central, w trakcie których nabijane są rachunki klientów. I takich reklamacji też nie uwzględniamy”.

Zatkało mnie. Usiłowałem wyobrazić sobie analogiczne sytuacje w innych sektorach gospodarki. Na przykład przychodzę do banku, a tu kasjerka mi tłumaczy, że wczoraj włamano się do skarbca i ukradziono parę worków z pieniędzmi. A prezes banku uznał, że to były właśnie moje pieniądze… Albo dzwoni do mnie dzielnicowy, że złapali tego złodzieja, co mi gwizdnął samochód tydzień temu, i nawet odzyskali pojazd, ale mi go nie oddadzą. Bo nie i już!

Ograniczona odpowiedzialność

Nie! To niemożliwe! A właściwie, owszem, możliwe, ale tylko w jednym sektorze gospodarki, zdominowanym przez jedną firmę. Wychowaną w socjalizmie, ale obecnie hołdującą zasadom kapitalizmu w najbardziej krwiożerczej odmianie – „klient ma rację tylko wówczas, gdy tak stwierdzi sąd!”. Najlepiej Ostateczny, bo politycy mają jakąś dziwną słabość do Narodowego Operatora.

Lokalni przedstawiciele koncernu telekomunikacyjnego zarzekają się, że każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie. Takich przygód z happy endem nie jest chyba jednak zbyt dużo skoro ostatnio Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta zarzucił TP SA sprzyjanie firmom wyłudzającym pieniądze za pomocą prefiksu 0-7xx.

Wśród licznych reklam telewizyjnych sławiących usługi TP SA brakuje mi jednej: „Nikt tak nie wykręca numerów jak my!”. Nie rozumiem, czemu nasz eks-monopolista nie chwali się unikatowym w cywilizowanym świecie podejściem do klienta.

Cisi buntownicy

Konferencja pozwoliła mi zrozumieć jeszcze jedno zjawisko, które dotąd wydawało mi się dziwaczne: strach klientów Operatora. Do naszego działu prawnego trafiają czasem listy ze skargami na TP SA. O ile jednak w przypadku zażaleń na inne firmy głos poszkodowanych jest wyraźny („Hej, zróbcie im z d…y jesień średniowiecza, bo sobie lecą w kulki!”), o tyle klienci naszego głównego teleoperatora znają mores. Tu prośby o interwencje są bardziej nieśmiałe, a czasem wręcz… ofiary godzą się ponieść stratę, byle tylko nie ujawniać ich personaliów. Zdarzyło się np., że pokorny klient był głęboko przekonany, iż TP SA ma zwyczaj karać skarżących się… czasowym odcięciem łączy. Koncern zaprzecza, by stosował podobne praktyki, a ja wierzę, że takich numerów nie robi. Nawet jednak jeśli przekonania naszego Czytelnika to jedna z licznych „legend miejskich”, wskazują one na pewien stan świadomości społecznej. Przyznajmy to fachowcom od kabli: na taką opinię – niechby i fałszywą – trzeba sobie ciężko zapracować.

W tym ponurym tunelu pojawiło się ostatnio światełko. TP SA zorganizowała konkurs na program antydialerowy (któremu CHIP patronował, bo trzeba wspierać pożyteczne inicjatywy bez względu na ich autora). Także sam koncern zaczął się nieco mitygować, wprawdzie dopiero zagrożony procesami sądowymi, ale lepiej tak niż wcale.

Migaj, byle się wymigać

Bycie klientem TP SA wymaga niewiedzy lub sporej odwagi. Możesz się obronić przed dialerem, ale nie wymigasz się przed płaceniem za ekscesy hakera, który włamie się do pobliskiej centralki. Skargi możesz pisać na Berdyczów, a jedynym sposobem obrony przed molochem jest czasochłonna, kosztowna, a przy tym niepewna droga sądowa.

Nic dziwnego, że kto tylko może, wieje do konkurencji. Tam, gdzie nie pojawił się Dialog ani Netia, rolę telefonu domowego pełni często aparat GSM.

„Ta alternatywa jest przecież droższa” – wytknie mi ktoś. Przestanie być droższa, jeśli do naszego zwykłego rachunku przyjdzie nam dopisać podatek za błędy lub chciwość operatora. Przy takiej polityce, jaką stosuje TP SA, każda alternatywa jest rozsądna. Choćbyśmy do porozumiewania mieli używać chorągiewek sygnalizacyjnych, migania Morse’em czy bębnienia za pomocą tam-tamów. Przynajmniej ma człowiek pewność, że nie każą mu płacić za koncert orkiestry perkusyjnej na Antylach.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.