Informatyzacyjny Matrix

Ustawy mające tworzyć społeczeństwo informacyjne, włącznie ze słynnym podpisem elektronicznym, istnieją tylko na papierze. Nikomu z decydentów nie zależy, by można z nich było korzystać

Wyświechtany tomik (dwa wcześniejsze od częstego czytania poszły już w rozsypkę) zawsze leży na moim stoliku nocnym. Wystarczy otworzyć go na dowolnej stronie, w dowolnym miejscu. Działa jak szklaneczka dobrej szkockiej na poprawienie humoru i ukojenie wszystkich bólów tego świata. Podobny efekt wywołują u mnie telewizyjne Wiadomości: zawsze można spodziewać się niezłej szopki, a przynajmniej czegoś bez sensu. Rarytas dla miłośników surrealizmu w wersji hardcore.

Wirtualne ustawy

Podejrzewam, że niezwykle abstrakcyjny podmiot, zwany przez niektórych ustawodawcą, też czyta sobie często starego dobrego Hellera. Myślę, że nawet milsza mu właśnie ta lektura od czytania jakichś tam ustaw, które sam tworzy. Bo i po co rozumieć własne paragrafy? Wszak logika „Paragrafu 22” nakazuje, by tworzyć jak najwięcej ustaw, które są jak najmniej zrozumiałe – nawet dla wyedukowanych obywateli „społeczeństwa informacyjnego” (ba! nawet dla prawników!) – i jak najmniej potrzebne (a przynajmniej rzadko stosowane). Można śmiało powiedzieć, że absolutna perfekcja została osiągnięta w zakresie tzw. e-ustaw. No cóż, trudno się dziwić. Przecież informatyzacja naszego kraju (ostatnio modne u polityków słowo) to pasmo spektakularnych „sukcesów”. Jednym z pierwszych było wprowadzenie VAT-u na polskie komputery dla szkół, a zwolnienie z niego zagranicznych eksporterów. Nasi znów górą.

Ale kto tam pamięta czasy pionierskie? Chyba tylko te firmy, które długo musiały udowadniać przed sądami, że komputer wyeksportowany z Polski staje się towarem zagranicznym i wtedy można go z kolei zaimportować. Logiczne, prawda?

Wypis z podpisu

Teraz mamy Internet, komunikację elektroniczną i społeczeństwo niedoinformowane (nie mylić z informacyjnym). Dla przykładu – jakby ktoś nie wiedział – ustawa o podpisie elektronicznym nie jest wcale o podpisie, a o podpisach. Przy okazji dam konia z rzędem temu, kto zgłębi w pełni logikę kilkudziesięciu zaserwowanych tam definicji o charakterze tak technicznym, że łatwiej się czyta Szekspira w oryginale, nie znając staroangiel-skiego. Co z tego zresztą, że jest podpis czy podpisy, skoro nikt ich nie stosuje? Bo i po co? Banki mają od dawna własne rozwiązania oparte na umowach cywilnych, a biznes nie widzi większego sensu w korzystaniu z czegoś, co nie jest uniwersalne i powszechne. Przecież i tak PIT-ów wciąż nie można składać elektronicznie, a brak zmian w procedurze cywilnej (pod kątem e-podpisu zmieniono tylko Kodeks Cywilny) oraz odpowiednich przepisów wykonawczych uniemożliwia w praktyce dokonywanie czynności procesowych drogą elektroniczną. No ale od jakiegoś miesiąca czy dwóch sądy podobno otrzymały swoje e-sygnatury. Co z tego, że komputerów często tam brakuje? Za to nadal popularne są mechaniczne maszyny do pisania Erika oraz dłuta ze sznurkiem do snopowiązałek, którymi zszywa się akta.

Matrix lepszy, bo polski

A więc podpis niby jest, ale go nie ma. A maluczcy? Kogo stać na podpis? Kto zrozumie meandry ustawy, której złożoność przypomina świat rodem z „Matriksa”? Pomysł na polskie e-ustawy jest prosty jak budowa cepa. Przetłumaczyć unijną dyrektywę, pociąć tekst na kawałki, a potem rzucić na stół i jakoś się ułoży. Kto by się przejmował specyfiką polskiej rzeczywistości. Lepsza zachodnia kalka i dostosowanie do wymogów unijnych na czas. Wszystko kosztem jakości i zdrowego rozsądku.

Na szczęście polski młody e-commer-ce’owy biznes świetnie się wczuł w logikę polskiego „matriksa ustawodawczego”. Niewątpliwie nakręci to polską e-gospodarkę, podobnie jak dziki kapitalizm nakręcił niegdyś portfele przebrzydłych magnatów przemysłowych – karłów imperializmu (oczywiście – jakby powiedzieli socjaliści – kosztem proletariackich mas). Dość powiedzieć, że po wejściu w życie polskiej ustawy antyspamowej wszystkie podmioty, które dotąd bezkarnie zarzucały reklamowymi „śmieciami” moją pocztę elektroniczną, obecnie nie udzielają mi „niezamówionej informacji handlowej” (której przesyłanie jest przecież w świetle wspomnianej ustawy zakazane). Oni jedynie pytają grzecznie o moją zgodę (czy też „potwierdzenie” jej) na dalsze przesyłanie niezamówionej informacji handlowej, którą zresztą niewinnie przytaczają w tym samym mailu. Skąd wzięli mój adres? Jak im udowodnić, że wcześniej im go akurat nie podałem (co często sugerują)? Czy pytanie o informację handlową jest informacją handlową? Gdzie tu spam? Gdzie logika!? Łeb mi pęka, idę poczytać „Paragraf 22”. Wolę surrealizm pod kontrolą intelektu. Od absurdalnej rzeczywistości uciec się niestety nie da. Książkę zawsze można odłożyć i iść na spacer. Z rzeczywistością, nawet tą internetową, jest to niemożliwe.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.