Władcy pikseli

Łódzka szkoła filmowa otwiera wydział kształcący fachowców do spraw produkcji mediów cyfrowych

Gdy w 1997 roku George Lucas zapowiedział, że czwarta część „Gwiezdnych wojen” (czyli „Mroczne widmo”) będzie kręcona bez użycia tradycyjnej taśmy, brzmiało to jak fantastyka. Jeszcze kilka lat temu realizacja kinowego przeboju wyłącznie za pomocą cyfrowej kamery była niewyobrażalna. Za kolejnych parę lat równie niewyobrażalne będzie niekorzystanie z tego narzędzia.

Na komputerze taniej

Do cyfrowych efektów specjalnych zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Przyjęło się też przekonanie, że ta część produkcji jest wyjątkowo droga – bez porównania bardziej kosztowna niż ujęcia kręcone w tradycyjny sposób. Tymczasem obecnie to właśnie redukcja kosztów jest najpoważniejszym argumentem przemawiającym za przejściem całkowicie na medium cyfrowe.

Technologia analogowa jest też droższa na etapie dystrybucji. Amerykańskie studia filmowe wydają rocznie przeszło 800 milionów dolarów na produkcję kopii filmów, które następnie rozsyłane są do kin. Remedium na to mają być cyfrowe projektory, które będą wyświetlały obrazy pobrane przez Internet z serwera producenta. Jednak koszt jednego takiego urządzenia to około 150 tysięcy dolarów. Na razie więc nawet w Ameryce kina korzystające z cyfrowej technologii wyświetlania obrazu są nieliczne. George Lucas nakręcił „Mroczne widmo” bez użycia nawet metra taśmy, ale gdy przyszło do dystrybucji, musiał się dostosować do realiów. Choć wcześniej zapowiadał buńczucznie, że kolejny odcinek gwiezdnej sagi oszołomi dzięki cyfrowej doskonałości, zmuszony został do przekonwertowania filmu na tradycyjny nośnik.

Każdy sobie bity skrobie

W Polsce cyfrowe filmy powstają od dawna, choć żadna szkoła nie pomaga zdobyć niezbędnych do tego umiejętności. Dotyczy to zarówno krótkich reklamówek, jak i pełnowymiarowych, kinowych produkcji, takich jak „Złote krople” (patrz: $(LC8987:We Wrocławiu powstaje cyfrowy film dla dzieci pt. „Złote Krople”.)$) czy „Przebudzenie”. Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o nominowanej do Oscara „Katedrze” – arcydziele zrealizowanym praktycznie przez jedną osobę (patrz: $(LC52125:Budowa świątyni)$).

Nic nie ujmując autorom tych dzieł, nie sposób nie zauważyć, że są to obrazy robione niejako przy okazji właściwego zajęcia, w wolnym czasie. Taka chałupnicza metoda produkcji nie przeszkodziła w stworzeniu imponujących niekiedy dzieł.

Sytuację polskiej kinematografii ma poprawić rozpoczęcie kształcenia w naszym kraju profesjonalnych fachowców od przygotowania komputerowej rozrywki. Taki właśnie kierunek, noszący oficjalną nazwę „Organizacja produkcji mediów cyfrowych”, został uroczyście otwarty 8 października w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Te studia podyplomowe będą przygotowywały organizatorów produkcji i fachowców w dziedzinie interaktywnych mediów cyfrowych, takich jak Internet, telewizja cyfrowa, komputerowe aplikacje multimedialne, cyfrowe efekty specjalne dla potrzeb filmu i telewizji oraz mastering DVD i wideo.

Patronem nowego kierunku została firma Hewlett-Packard, która wyposażyła łódzką „filmówkę” w nowoczesny sprzęt. Obok dwugigahercowych pecetów z 19-calowymi monitorami będą to m.in.: serwer, cyfrowe aparaty fotograficzne (w tym najnowszy HP 945 z nowatorską technologią „digital flash” – patrz: $(LC68839:Motorola z polskim patentem)$), skaner oraz drukarki laserowa i atramentowa.

Sesja z Marilyn Monroe

Na zaproszenie koncernu otwarcie studium uświetnił Douglas Kirkland – legendarny fotograf gwiazd Hollywood, zajmujący się także dokumentacją planów filmowych, który współpracował przy powstawaniu licznych filmów: od „2001: Odyseja kosmiczna” po „Titanika” i „Pożegnanie z Afryką”. Oprócz wykładu dla pierwszego roku studentów, autor ostatniej sesji Marilyn Monroe pozostawi w naszym kraju wystawę złożoną z 90 swoich prac. Owe fotografie przyjadą do Polski prosto z siedziby koncernu Hewlett-Packard w Palo Alto. Zdjęcia wydrukowano za pomocą atramentów i papieru gwarantujących ponoć trwałość i wierność kolorów przez niemal trzy czwarte stulecia.

Hewlett-Packard nie jest nowicjuszem w dziedzinie współpracy z przemysłem filmowym. Firma jest patronem Sundance Film Festival i Sundance Institute – instytucji wspierającej niezależnych filmowców i największego przeglądu tego rodzaju twórczości. Ponadto studia filmowe DreamWorks i Walt Disney korzystają z komputerów koncernu. To właśnie na maszynach z logo HP powstały m.in. „Shrek”, „Mustang z Dzikiej Doliny” czy „Sindbad” – pierwszy film wytwórni DreamWorks, który został od początku „nakręcony” na farmie komputerów zarządzanych Linuksem. Podczas produkcji tego ostatniego obrazu udało się doprowadzić do sytuacji, że finalna grafika była renderowana w czasie rzeczywistym. Stało się to możliwe dzięki zaprzęgnięciu do pracy ponad 700 stacji roboczych i 500 serwerów. DreamWorks to nie tylko filmy, ale także wytwórnia płytowa i gry komputerowe. Czy zaangażowanie Hewletta-Packarda doprowadzi do powstania w naszym kraju równie dynamicznego i wszechstronnego producenta?

Czekając na mistrzów

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, a kilka komputerów i trochę cyfrowego osprzętu w łódzkiej szkole filmowej nie stworzą nam nowego Hollywood. Pozwolą jednak młodym ludziom zdobyć umiejętności niezbędne producentom nowoczesnej rozrywki. Być może wykorzystają swój talent do tworzenia cyfrowych – bo już nie celuloidowych – cudów w Fabryce Snów, jak sławni operatorzy filmowi: Janusz Kamiński, Witold i Piotr Sobocińscy, Sławomir Idziak czy reżyserzy klasy Romana Polańskiego i Andrzeja Żuławskiego. Kto wie, może jednak związane z digitalizacją produkcji zmniejszenie kosztów pozwoli realizować w naszym kraju dzieła nieodstające pod względem technicznym od światowej czołówki.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.