Poddaję się! ;)

Emotikony obrażają adresata wiadomości i sugerują, że jej nadawca jest funkcjonalnym analfabetą. Bez nich jednak coraz trudniej się dogadać. Może czas wprowadzić je do nauczania szkolnego?

Dodając na końcu zdania emotikon, przyznaję się do niezdolności tak precyzyjnego sformułowania zdania, aby mój rozmówca pojął, o co mi chodzi. Z drugiej strony wygląda to jeszcze gorzej. Taka:) czy:( sugeruje, że odbiorca komunikatu jest zbyt ograniczony, by bez tej semantycznej protezy zrozumieć, o co mi chodzi. Stosując popularne buźki, przyznaję się do ociężałości umysłowej, a jednocześnie sugeruję, że i mój rozmówca do bystrych nie należy. Jeden mały zabawny znaczek i wszyscy są obrażeni.

Niestety, inaczej się nie da. Nie dogadamy się już przez Internet bez takich piktogramów. Zresztą nie zwalajmy winy na Sieć. Ona tylko stanowi najbardziej widoczny objaw problemu, a nie jego przyczynę.

Wariat co krok

Jednym z powodów śmierci subtelnej ironii i cienkiego żartu w Sieci jest wszechobecność wszelkiej maści szaleńców, niedouczonych guru i zakompleksionych chłystków, gotowych śmiertelnie poważnie i z wielkim zapałem udowadniać, że Ziemia jest płaska. W tej sytuacji żartobliwy cytat, iż Kopernik była kobietą, ma szansę wywołać natychmiastową reakcję co najmniej kilku internautów, którzy wytoczą wielkie armaty, by udowodnić, że to kłamstwo.

Nastoletni „eksperci”, trolle (prowokatorzy lubujący się w wywoływaniu absurdalnych dyskusji) czy różnej maści oszołomy, którym Internet stworzył możliwość wykrzyczenia, że wszystko jest winą listonoszy, to tylko wierzchołek góry lodowej. Najbardziej widoczny, ale też najłatwiejszy do ominięcia.

Nieznośna lekkość dygresji

Grupy i fora dyskusyjne, IRC, czaty, a coraz częściej także e-maile i komunikatory internetowe to potop luźno powiązanych uwag. Uwag do czego? Do wszystkiego, niestety. Wchodzenie w środek dyskusji z krótkim, luźno powiązanym z tematem wątku komentarzem to norma. Jest całkiem normalne, że w tej sytuacji trudno jest zgadnąć „co autor miał na myśli”. Nawet jeśli znamy osobiście rozmówcę, to i tak niełatwo z kilku wyrazów odszyfrować jego chwilowy nastrój.

Uwaga, żart!

Spłycenie dialogu i pozbawienie go wszelkiego kontekstu to nie tylko plaga Internetu. Sieć jedynie czyni to zjawisko bardziej widocznym. Świat przyśpiesza, a my gonimy za nim z wywieszonym językiem. Dotyczy to także kontaktów interpersonalnych i wymiany myśli. Czas na refleksję trzeba będzie niedługo mierzyć w milisekundach, jak dostęp do pamięci RAM.

Dzisiaj po prostu nie ma czasu na subtelności. Komunikowanie się z prędkością światłowodu nie zostawia chwili na zastanowienie się nad intencją rozmówcy, jego stylem dyskutowania, kontekstem wypowiedzi. Ktoś żartuje, kpi, ironizuje? To powinien ostrzec! Walimy prosto z mostu, bez ogródek i tego samego oczekujemy od drugiej strony. Emotikony stają się znakami interpunkcyjnymi, wskazującymi nie tyle kadencję zdania, co kadencję myśli.

Kto to jest Koziołek Matołek?

Świat niby staje się mniejszy, zamieniając się w globalną wioskę, ale wcale nie robi się przyjaźniejszy, bardziej zrozumiały. Uniformizacja, globalizacja, macdonaldyzacja? Jasne, ale w skali makro, a nie na poziomie jednostek. Porozumienie staje się, wbrew pozorom, coraz trudniejsze. Przyczyną jest rosnąca różnica doświadczeń. Pół biedy, gdy wynika to z różnicy wieku. Gorzej, gdy dyskutanci różnią się doświadczeniami kulturowymi (czy jak kto woli – stosowanymi kodami kulturowymi). Moje pokolenie skazane było w dzieciństwie na dobranockę o 19.00 i „Teleranek” w niedzielę. Kultowa była

Pszczółka Maja, a rarytasem serial o jaskiniowcach. Generacja młodsza o dwie dekady skakała po kanałach satelitarnych, wybierając między Fox Channel, Cartoon Network, Tubisiami na Canal+ czy serialami anime na Polsacie. Bolek i Lolek są dla nich równie obcy co „Ballady i romanse”. Ba, ich lektury są tak różne, że może im być trudno znaleźć wspólny język nawet we własnym gronie. Jakiekolwiek wspólne doświadczenie kulturowe dzisiejszych kilkulatków, dla których oknem na świat stanie się przeglądarka stron WWW, nawet trudno mi sobie wyobrazić.

Niech żyją piktogramy!

Potrzebujemy emotikonów, choć możemy ich nie lubić. Bez nich coraz trudniej się porozumieć. Należałoby wprowadzić je do nauczania szkolnego jako uzupełnienie alfabetu. Na dobrą sprawę przydałaby się także taka sygnalizacja przy rozmowach na żywo. Może w postaci wszytych w dresowe bluzy gustownych wyświetlaczy?

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.