Z Canonem wśród gwiazd

Rozmowa ze słynnym fotografem gwiazd Hollywoodu Douglasem Kirklandem o tym, dlaczego korzysta wyłącznie z aparatów cyfrowych, nie używa formatu RAW i nie lubi mikrodysków

CHIP:

Zaczynał Pan korzystać z cyfrowych technologii przy obróbce obrazu w 1991 roku. To raczej wcześnie, biorąc pod uwagę, że nie było wówczas na rynku ani jednego profesjonalnego aparatu cyfrowego…

Douglas Kirkland:

Korzystałem wcześniej z komputera, ale tylko do edycji tekstu czy zarządzania bazą danych. Kodak otworzył wówczas Centrum Cyfrowego Przetwarzania Obrazu (Digital Imaging Center) w Camden w stanie Maine. Zostałem tam zaproszony, ponieważ pokazywano tam moje prace. Ostatniego dnia tej imprezy urządzono warsztaty. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem PhotoShopa – w nowiutkiej wówczas wersji 2.0. Po godzinie oglądania, co komputer potrafi zrobić ze zdjęciem, pomyślałem sobie: „To jest moja przyszłość”. Bo to było wszystko, co robiłem w ciemni, włącznie z efektami specjalnymi, które wymagały kilkakrotnego fotografowania tego samego obiektu i komponowania zdjęcia z kilku negatywów (reponar). Zrozumiałem, że to jest jakby uzupełnienie aparatu, na które czekałem całe życie. Gdy wracałem stamtąd do domu w Kalifornii, postanowiłem, że chcę, aby moja następna książka była przygotowana przy wykorzystaniu komputera.

CHIP:

… i to był album „ICONS: …..”. Czy praca nad nim była szybsza i łatwiejsza niż przy wykorzystaniu tradycyjnej ciemni?

DK:

To było coś więcej niż ciemnia, nawet już wówczas, w 1991 roku. Pracowałem na bardzo małych plikach, bo pamięć RAM była wówczas bardzo droga. Wysokiej klasy komputer kosztował 3 tysiące dolarów, a drugie tyle trzeba było wydać na 64 MB RAM. Dzisiaj mój notebook ma 1 GB RAM-u.

Do przenoszenia i archiwizacji danych służyły dyski Jazz – bardzo drogie i zawodne. Te nośniki padały, a ja tworzyłem liczne kopie tych samych plików, bojąc się stracić zdjęcia. Dziś korzystam z praktycznie darmowych płyt CD-R, a chętnie używałbym DVD-R, ale mało które wydawnictwo potrafi odczytać te nośniki. Dotyczy to nawet należącej do Billa Gatesa firmy Corbus.

Jestem raczej nietypowy, bo ludzie w moim wieku boją się nowych technologii. Ja uwielbiam nowinki techniczne, dzisiaj posługuję się technologią cyfrową i dobrze mi z tym. Nauczyłem się całkiem dobrze obsługi Photoshopa i przez długi czas prowadziłem kursy posługiwania się tym programem. Co ciekawe, dzisiaj jest znacznie trudniej nauczyć się pracy z tą aplikacją, ponieważ gdy ja zaczynałem, było znacznie mniej funkcji – nikomu nie śniły się warstwy ani krzywe tonalne. Wielkim krokiem naprzód było udostępnienie możliwości cofnięcia dowolnej operacji, jaką się wykonało na pliku (History). Początkowo ludzie z Adobe twierdzili, że wprowadzenie takiej funkcji jest niemożliwe, później jednak dodali wielokrotne cofanie.

Najbardziej podoba mi się szybkość pracy i kontrola, którą mam nad komputerowym przetwarzaniem obrazu. Nadal jednak potrzeba dobrego gustu, umiejętności oceniania. Trzeba być po prostu artystą.

CHIP:

A kiedy zaczął Pan pracować bezpośrednio z aparatem cyfrowym?

DK:

Na początku 2002 roku, w momencie pojawienia się Canona D60. Po raz pierwszy korzystałem z tego aparatu uczestnicząc w projekcie „Jeden dzień z życia Afryki”. Na początku tego roku kupiłem Canona 1Ds i wtedy przestałem używać filmu, chyba że wymagają tego zleceniodawcy. Jeszcze w połowie 2003 roku na sesji z Naomi Campbell używałem na zmianę aparatu cyfrowego i analogowego, tak dla bezpieczeństwa. Bardziej spodobały mi się zdjęcia cyfrowe. Przeprowadziłem testy, z których wyszło, że 1Ds daje lepszą jakość niż tradycyjny film 35 mm i niewiele ustępuje formatowi 6×7. 1Ds wygrywa nawet z profesjonalnymi filmami, jak Ektachrome 100 czy Velvia. Przy trzy-, czterokrotnym powiększeniu obrazu nie mam ziarna czy szumów. To rewelacyjne osiągniecie, o którym nie mogliśmy nawet marzyć 50 lat temu. 1Ds i 10D, których używam, ale pewnie też inne lustrzanki cyfrowe, mają bardzo niskie zapotrzebowanie na prąd. Na jednym akumulatorze można zrobić 500-600 zdjęć. To też jest fantastyczne.

Mój przyjaciel Gerd Ludwig, który jest fotografem pracującym m.in. dla National Geographic, korzystał dotychczas wyłącznie ze sprzętu analogowego. Pożyczyłem mu kiedyś mojego cyfrowego 1Ds. Po kilku próbach był tak podekscytowany, że zaczął mnie przekonywać do zalet mojego aparatu! To było bardzo interesujące, obserwować jak w ciągu kilku dni osoba bardzo konserwatywna staje się entuzjastą technologii cyfrowej. Powszechny jeszcze niedawno lęk wobec cyfrowej fotografii i nieufność znikają w oczach. Myślę, że masowe przejście od fotografii analogowej do cyfrowej to nie kwestia lat, ale miesięcy.

To jest szczególnie widoczne zwłaszcza w dziennikarstwie. Kiedyś można było polecieć do Paryża, zrobić zdjęcia, a następnie filmy wysłać pocztą lotniczą do redakcji w Stanach. Dziś nie ma na to czasu, bo informacja – czy to obraz czy tekst – musi być przekazana odbiorcy niemal w momencie, kiedy miało miejsce relacjonowane wydarzenie. Przy fotografii analogowej opóźnienie powstaje z powodu konieczności obróbki filmu, ale także w związku z transportem nośnika. Przesłanie filmu z Europy do USA nawet Concordem zajmowało kilka godzin. A dziś Concorde’y już nie latają…

Czasem jestem pytany, czy przetrwa taśma filmowa. Myślę, że tak, skoro do dziś są ludzie, którzy używają przeziernikowych aparatów wielkoformatowych 8×10. Dlaczego to robią? Z nostalgii, dla podtrzymania pewnej tradycji. To chyba jedyne powody, ale zawsze będzie trochę ludzi, którzy będą szli tą drogą.

CHIP:

Przy cyfrowej obróbce obrazu łatwo o manipulację i fałszerstwo. Czy nie żal Panu czasów, gdy fotografia po prostu ukazywała prawdę?

DK:

Byłem kiedyś na pokazie organizowanym przez firmę Eastman Kodak w Rochester. Mieli tam jedne z pierwszych fotografii, jakie kiedykolwiek zostały zrobione. Było tam zdjęcie z 1855 roku, które powstało poprzez nałożenie na siebie dwóch negatywów – po prostu na oryginalnym zdjęciu niebo było nieładne, więc zostało dodane z drugiego zdjęcia. Sztuka fotografii miała wówczas zaledwie osiem lat, była bardzo nowym medium, a już manipulowano obrazem.

Proszę zobaczyć, co się działo w Związku Radzieckim, gdzie usuwano ze zdjęć (dygnitarzy partyjnych – przyp. red.) jedne osoby, a dodawano inne. Na tej samej fotografii zmieniały się osoby stojące za Stalinem, a czasem po dziesięciu latach wracały na to samo miejsce. Takie same manipulacje stosowano w Chinach w czasach Mao Tse Tunga. Fałszerstwo było w fotografii od jej początków.

CHIP:

Jak wiele magii w Pana zdjęciach pochodzi z komputerowej obróbki?

DK:

Nie dokonuję na zdjęciu ingerencji, jeśli nie uznaję tego za konieczne. Czasem muszę jednak pracować w miejscach, gdzie nie mam właściwego sprzętu oświetleniowego lub muszę zdać się na światło dzienne, gdzie nie podoba mi się tło. Wtedy korzystam z komputera, by poprawić te usterki, zmienić tło itp., tak by zdjęcie wyglądało jak zrobione w idealnych warunkach w studio. Poza tym fotografuję sławy, które oczekują, że na zdjęciach będą bez zmarszczek czy worków pod oczami. Więc usuwam na komputerze te zmarszczki i worki. Komputer daje mi pełną kontrolę nad zdjęciem – czegoś takiego nie mieliśmy nigdy dotąd. My fotograficy uzyskaliśmy za pomocą tego narzędzia nowy poziom wolności.

CHIP:

Co w takim razie jest ważniejsze dzisiaj: panowanie nad aparatem fotograficznym czy komputerem?

DK:

Za pomocą komputera można wiele poprawić, ale jeśli nie ustawiłeś wcześniej aparatu we właściwym miejscu, jeśli nie potrafisz właściwie ocenić sytuacji i dobrać świateł, to później prościej ci będzie namalować tę scenę od początku, niż ją skorygować. Zawsze trzeba się starać, by od razu uzyskać jak najlepszy efekt, bo to od razu określa granicę możliwości. Zdarza się, że słyszę: „Zostaw ten kabel na podłodze, usuniemy go w postprocessingu”. Ja zawsze staram się, by scena była przygotowana tak idealnie, jak tylko się da. Tak zresztą robi także większość filmowców, którzy jeszcze niedawno machali ręką, uznając że wszystko się poprawi w trakcie postprocessingu. Kiedy jednak zobaczyli ile czasu zabiera komputerowe „wyczyszczenie” sceny i ile to kosztuje, starają się by wszystko już w trakcie kręcenia ujęcia było tak perfekcyjne, jak to tylko możliwe. Użycie komputer powinno służyć nadaniu ostatniego szlifu, a nie stanowić usprawiedliwienia dla wcześniejszej fuszerki.

Prowadzę kursy z obsługi komputera i widzę wielu ludzi, którzy świetnie sobie radzą z technologią, ale nie są dobrzy artystycznie. Zawsze mówię, że nie wystarczy włożyć dużo pracy w przetwarzanie, bo jeśli nie jesteś masz dobrego gustu, a tylko techniczną sprawność, możesz iść szybko, ale będziesz szedł w złym kierunku.

Z drugiej strony mam przyjaciół, którzy byli świetnymi fotografami w latach 70. i 80., a obecnie wypadli z obiegu, bo nie byli w stanie nadążyć za rozwojem techniki. Bez perfekcyjnego panowania nad komputerem nie sposób dziś odpowiedzieć na zapotrzebowanie rynku. Bez dobrego smaku nie można marzyć o karierze profesjonalisty, ale też artyzm nie wystarczy, jeśli nie wspierają go umiejętności techniczne.

CHIP:

Czy mając tak potężne możliwości manipulacji obrazem potrzebna jest umiejętność chwytania chwili, zwizualizowania sytuacji przed naciśnięciem spustu migawki? Przecież to samo można osiągnąć pracowicie poprawiając, a właściwie rysując od początku obraz na komputerze. Czy za 50 lat w ogóle będzie jeszcze fotografia?

DK:

Podobne pytanie stawiają czasem właściciel studiów filmowych swoim reżyserom: „Po co kupujemy to całe drogie wyposażenie, skoro ja mam w domu kamerę wideo, nagrywam zabawy mojego dziecka i jestem zadowolony z efektu”. Ale jest jeszcze kwestia umiejętności. Gdybym miał sfotografować to miejsce, to wiedziałbym od razu, gdzie ustawić aparat, a gdzie światła. Mógłbym przy pomocy reflektorów sprawić, by ta sala wydawała się duża lub mała.

Gdyby dać przypadkowej osobie aparat cyfrowy (który pozwala znacznie szybciej uczyć sztuki fotografii, bo nie trzeba długo czekać na efekt prób) i pozwolić próbować dzień w dzień, to w końcu osiągnęłaby ona zadowalający efekt. Tak więc w przyszłości zawodowi fotografowie będą nadal potrzebni, tak jak i profesjonalni filmowcy. Faktem jest jednak, że ludzie coraz częściej pytają: „Po co płacimy zawodowcom tyle pieniędzy, skoro ja sam mogę pójść i zrobić zdjęcia”. Dlaczego płacą mi? Bo ja wchodzę i od razu wiem, jak fotografować w danym pomieszczeniu.

Zgadzam się, że dzisiaj z aparatem cyfrowym, komputerem i PhotoShopem można osiągnąć bardzo wiele. Nie sądzę jednak, by to zniszczyło zawód fotografa. Być może będzie potrzeba mniej profesjonalistów, bo wielu sprytnych „cyfrowych ludzi” będzie potrafiło dość, by zaspokoić własne potrzeby w tym zakresie. Ale zawsze będzie potrzebny dobry fotograf, bo oprócz manipulowania sprzętem trzeba też umieć manipulować ludźmi. W tym fachu potrzebna jest dobra znajomość psychologii, a nie tylko techniki.

CHIP:

Podobno nie korzysta Pan w pracy z formatu RAW tylko JPG. Nie potrzebuje Pan maksymalnej jakości obrazu?

DK:

Staram się, by zawsze dysponować aparatami, oferującymi najbardziej zaawansowaną technologię. Wiele uprzedzeń wobec formatu JPG opiera się na fakcie, że ten sposób zapisu wiąże się z utratą informacji. Robiłem jednak testy formatu JPG, sprawdzając jak wypala światła, zachowuje szczegóły w cieniach itp. I widziałem bardzo niewielkie różnice (w stosunku do RAW – przyp. red.). Czasem korzystam z RAW-a, ale sporadycznie. Osoby, które najwięcej skorzystają z zalet tego formatu zapisu to ci, którzy popełniają błędy naświetlenia. To daje się łatwiej poprawić w RAW-ie.

Na ostatniej sesji zapisywałem zdjęcia wyłącznie w JPG. Fotografowałem Pierwszą Damę (Jolantę Kwaśniewską – przyp. red.) i zrobiłem sześćset zdjęć. Gdybym dla każdego z niech musiał wprowadzić niezbędne ustawienia i przetworzyć z formatu RAW, trwałoby to całą wieczność. JPG-a otwieram szybko, obracam, jeśli potrzeba, i zapisuję jako TIF lub PSP (bezstratny format PhotoShopa). Zajmuje to kilka razy mniej czasu, a różnica jakości nie jest wcale duża. Wystarczy mi, że wiem, jak duża jest owa różnica i w jakich sytuacjach staje się ona naprawdę znacząca. I co ważne – ta różnica nigdy nie jest widoczna na wydrukowanych stronach czasopisma czy książki. Wielu ludzi pracujących Photoshopem nie myśli o tym, że jesteśmy ograniczeni przez proces reprodukcji, szczególnie tryb CMYK bardzo ogranicza jeśli chodzi o dobór kolorów. Można mieć plik, w którym każdy kolor opisany jest na 16-bitach, ale i tak nikt nie będzie w stanie tego wydrukować. Zwłaszcza kiedy nie masz czasu, by poprawić każde z pięciu tysięcy zdjęć z osobna, taka pedantyczność jest pozbawiona praktycznego znaczenia. Wiele osób, zwłaszcza wśród entuzjastów komputerów, ekscytuje się takimi szczegółami technicznymi, ale wśród nich nie ma osób, utrzymujących się z robienia zdjęć. Przepraszam, wiem, że udzielam odpowiedzi, których miłośnicy komputerów nie lubią słuchać.

CHIP:

Słyszałem, że w trakcie zleceń zapisuje Pan kopie zdjęć na CD, ale dla bezpieczeństwa nigdy nie kasuje kart pamięci Flash.

DK:

Rzeczywiście, zachowuję zawartość kart dopóki nie zrobię przynajmniej trzech kopii ich zawartości. Zawsze po zakończeniu sesji przegrywam wszystkie pliki na dysku ze złączem Firewire i na płyty CD. Każde ujęcie, jakie kiedykolwiek zrobiłem, pozostawiam zapisane na płycie CD-R. Plik w formacie JPG nie zajmuje to dużo miejsca, a lepiej trzymać wszystko, co może się kiedykolwiek przydać.

CHIP:

Jeśli nic Pan nie kasuje podczas sesji, na których robi Pan po kilkaset zdjęć, to ilu kart Pan używa?

DK:

Mam ich pokaźny zbiór. Używam kart o pojemności 640 MB. Dlaczego nie 1 GB czy większych? Bo cała ich zawartość idealnie mieści się na CD-ROM-ach i nie ma w nich ruchomych części. Nie mam doświadczeń z dyskami Microdrive, ale widziałem, jak przyjaciel upuścił kiedyś taki na podłogę – było po dysku i po danych.

„Ludzie filmu” są nieufni wobec aparatów cyfrowych, bo boją się, że coś nieprzewidzianego stanie się z ich danymi, coś, co zniszczy efekty ich pracy. Ale z drugiej strony muszę przyznać, że gdy jeszcze pracowałem na sprzęcie analogowym, miałem podobne lęki związane z przypadkowym naświetleniem już zrobionego filmu.

Ja miałem tylko jedną taką przygodę. Kiedyś nie mogliśmy odczytać zawartości z jednej karty. Wypróbowaliśmy sześć różnych programów narzędziowych. Wreszcie mój asystent znalazł przez Internet belgijską firmę, która opracowała aplikację do radzenia sobie w takich sytuacjach. Kupiliśmy ten program i odzyskaliśmy dane. Kosztowało to nas 45 dolarów i sporo nerwów.

CHIP:

Czy aparat cyfrowy pomaga amatorowi stać się lepszym fotografem, czy też łatwość i taniość pstrykania skłania do produkcji chłamu?

DK:

Robienie dużej liczby zdjęć bez analizowania ich jest zawsze złym pomysłem, niezależnie czy używa się filmu czy „cyfry”. Uczymy się tylko wtedy, gdy za każdym razem staramy się zrobić jak najlepsze zdjęcie; gdy zachowujemy się, jakbyśmy mieli tylko jedną jedyną okazję naciśnięcia spustu migawki. Ważne jest, by później popatrzeć na efekt i zastanowić się: „Co mogłem tu zrobić lepiej? Co zrobiłem dobrze, a co źle?”. Ja do dzisiaj tak robię.

Robienie wielu zdjęć samo w sobie nie jest złym nawykiem. Jeśli próbujesz niedoświetlić, a później prześwietlić scenę, czyli świadomie korzystasz z bracketingu – wszystko jest w porządku. Ale jeśli używasz aparatu jak karabinu maszynowego, mówić sobie: „później zobaczę, czy coś z tego wyszło” – robisz błąd.

Nauka fotografii zawsze odbywa się w ten sam sposób. Niezależnie od tego, czy używasz aparatu analogowego czy cyfrowego, musisz z poważnie traktować rejestrowanie obrazu.

Wielkim atutem aparatów cyfrowych jest to, że ułatwiają sprawdzenie parametrów ekspozycji. Jeśli natychmiast widzimy efekt, pamiętamy też całą sytuację i potencjalne możliwości, z których zrezygnowaliśmy. Z aparatem cyfrowym można własne błędy poznać od razu, zaraz po naciśnięciu spustu migawki. Od razu można zobaczyć, jakie pomysły są dobre, a jakie się w danej sytuacji nie sprawdzą. Jest sprawą bezdyskusyjną, że uczenie się na aparatach cyfrowych jest znacznie szybszym sposobem doskonalenia swych umiejętności fotograficznych. Trzeba tylko pamiętać, że aparat cyfrowy nie zwalnia z myślenia.

Myślę jednak, że popularyzacja technologii cyfrowych podniesie przeciętny poziom fotografii amatorskiej. Coraz trudniejszy będzie też rynek pracy dla zawodowców, bo przybędzie amatorów dysponujących wysokimi kwalifikacjami.

CHIP:

Profesjonaliści „widzą” efekt jeszcze przed naciśnięciem spustu migawki. Po co w takim razie robią tysiące zdjęć, gdy potrzebują tylko kilkunastu? Czy to nie jest właśnie przykład posługiwania się aparatem jak karabinem maszynowym?

DK:

To bardzo zależy od stylu pracy. Helmut Newton w czasie jednej sesji robi 2-3 rolki filmu średnioobrazkowego, czyli około trzech tuzinów zdjęć. Mam przyjaciół, także profesjonalnych fotografów, którzy robią tysiące zdjęć dziennie. Myślę, że dla nich ta nadprodukcja zdjęć jest kwestią komfortu psychicznego.

CHIP:

Czego życzyłby Pan sobie w następnej generacji aparatów cyfrowych?

DK:

Nie ma niczego, na co bym czekał. Jeśli pojawią się nowe funkcje, chętnie je poznam i być może będę z nich korzystał, ale Canon 1Ds w pełni zaspokaja moje potrzeby, ma na przykład bardzo niskie prądu – na jednej baterii można zrobić 500-600 zdjęć! Hewlett Packard ma interesującą technologię – „cyfrową lampę błyskową”. Widziałem efekty zastosowania tej funkcji i były fascynujące. Tak więc nawet jeśli wydaje nam się, że już niczego nie potrzebujemy niczego nowego, ktoś wymyśli coś, co otworzy nowe horyzonty.

OK, chętnie bym zobaczył możliwość jednoczesnego zapisywania zdjęć na dwie niezależne karty. Tak dla bezpieczeństwa. Moim największym zmartwieniem jest trwałość danych na dyskach twardych i płytach CD.

CHIP:

Na początku Pańskiej kariery był Pan fotoreporterem. Dlaczego odszedł Pan od dziennikarstwa w stronę fotografowania gwiazd filmu?

DK:

Przyczyną było to, że świat się zmienia, także dziennikarstwo się zmieniało. Pisma, dla których rozpoczynałem prace, jak magazyn „Life”, już nie istnieją. Dni, kiedy o świecie informowały magazyny jak „Paris Match” czy „Look” należą już do przeszłości. Te czasopisma przeszły zresztą podobną ewolucję co ja: więcej tam gwiazd i gwiazdeczek niż dziennikarstwa.

Zmienił się sposób, w jaki się komunikujemy. Kiedy zaczynałem pracować w 1960 roku obraz rzeczywiście wart był tysiąca słów. Wtedy było znacznie większe niż dziś zapotrzebowanie na zdjęcia. Jednego dnia uganiałem się po ulicach Waszyngtonu za politykami, drugiego robiłem zdjęcia na pokazie mody, przez tydzień dokumentowałem życie żon lekarzy, potem leciałem do Bejrutu, na Cypr czy jechałem koleją transsyberyjską. Teraz większość tych zdarzeń jest prezentowana przez telewizję, za to jest mniej miejsc, w których mogę publikować fotoreportaże.

Trochę tego żałuję, bo lubiłem ten rodzaj pracy, ale z drugiej strony bardzo lubię także robić portrety gwiazd. To jest także ten rodzaj pracy, który przychodzi mi z łatwością, bo lubię ludzi.

CHIP:

Dziękuję za rozmowę

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.