Internet u nas nadal dziki

Jeśli nie podoba Ci się trafiający do skrzynki spam, możesz ciężko walczyć w sądzie o finansową karę dla śmieciarza. Niestety, zasądzone pieniądze trafią do Skarbu Państwa, a Ty będziesz miał co najwyżej satysfakcję. Ale podobno prawo w Polsce jest dobre i nie trzeba go poprawiać - orzekła komisja parlamentarna

Ostatnio media elektroniczne dość lakonicznie, ale za to w tonie wysoce euforycznym relacjonowały przebieg posiedzenia pewnej komisji, na którym podobno (mija kolejny tydzień i wciąż brak odpowiedniego stenogramu na serwerze sejmowym) przeprowadzono analizę funkcjonowania ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Ten akt prawny, zwany popularnie ustawą o e-commerce (lub też o „e-usługach”), wszedł w życie w marcu zeszłego roku (ustawa z 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną – Dz.U. z 2002 r. Nr 144, poz. 1204). W parlamentarnej dyskusji ponoć stwierdzono, że ustawa „dobrze wpisała się w rynek internetowy i nie wymaga poprawek”. Ośmielam się nie zgodzić z tym poglądem. E-usługom bardzo daleko bowiem do ideału, a wiele przepisów wciąż jest nieskutecznych. Wszystko to przypomina raczej wczesny „dziki kapitalizm” z dziką radością tych, którzy załapali się na sam szczyt piramidy pokarmowej, niż cywilizowane społeczeństwa informacyjne tzw. Zachodu.

Niespodzianki niekoniecznie miłe

Oczywiście, tematu „polskiego dzikiego e-commerce’u” nie da się wyczerpać w paru zdaniach. Weźmy jednak choćby problem spamu w Polsce. Wspomniana ustawa w założeniach miała jeżeli nie zlikwidować to uciążliwe zjawisko, to przynajmniej dać ofiarom elektronicznej nachalności skuteczne narzędzia do walki o prywatność. A tu klops, bo od samego początku obowiązywania regulacji nawet prawnicy nie są w stanie bez mętnej frazeologii prawniczej (czyli bełkotu) wyjaśnić, co to jest „informacja handlowa”, oraz przeprowadzić w miarę wyraźnej linii podziału między informacją „zamówioną” a „niezamówioną”, czyli mówiąc po ludzku spamem.

Te niejasności bardzo szybko zresztą skrzętnie wykorzystały co bardziej bezwzględne i sprytne firmy, czego efektem stał się zalew idiotycznych maili, będących niczym innym jak właśnie „niezamówioną informacją handlową”. W owych mailach, w których nasi kochani internetowi przedsiębiorcy grzecznie tylko „pytają” (zupełnie jak Lepper, który w Sejmie nikogo nie obrażał, tylko „pytał”), czy w związku z wejściem w życie ustawy antyspamowej możemy potwierdzić udzieloną rzekomo wcześniej zgodę na przesyłanie mailowych reklam. Oczywiście „pytania o potwierdzenie” okraszone były cała masą reklam, a wszystko, jak zwykle, w formacie HTML, który jest pogwałceniem wszelkich cywilizowanych standardów poczty elektronicznej.

Walcz o pieniądze (dla Skarbu Państwa)

Warto zauważyć, iż w polskiej ustawie wybrano wyjątkowo nieskuteczną i niesatysfakcjonującą dla ofiary spamu metodę walki z tym procederem. Rozsyłanie elektronicznych śmieci jest u nas wykroczeniem zagrożonym porażającą dla Byle-jakiej-spółki z o.o. karą grzywny do… 5000 zł włącznie! Kwota ta jest oczywiście śmieszna dla kogoś czerpiącego zyski z ultrataniej reklamy e-mailowej, zwłaszcza w porównaniu z sumami wydawanymi przez uczciwe firmy na telewizyjne spoty reklamowe czy strony w czasopismach.

Co jeszcze śmieszniejsze, pieniądze z tej grzywny idą na rzecz… Skarbu Państwa. A zaspamowany Kowalski nic z tego nie ma poza koniecznością obowiązkowego włóczenia się po sądach. Ach, zapomniałem – może jeszcze liczyć na satysfakcję ze spełnienia obywatelskiego obowiązku. Nic tylko zacierać rączki i czekać na codzienny obchód dzielnicowego, by pokazać mu, że znowu przesłali nam „be-maila”. A dzielnicowy będzie musiał znów ściągać z szafy kilkunastokilogramową maszynę do pisania „Erika”, by spisać nasze zeznania do protokołu. Społeczeństwo informacyjne pełną gębą.

Fair play ze złodziejami

Innym punktem, który w założeniu miał przenieść polskich internautów z okresu „błędów i wypaczeń” dzikiej elektronicznej anarchii do złotego wieku bezpiecznego e-com-merce, miały być te regulacje nieszczęsnej ustawy, które chroniłyby przed wszelkiego rodzaju robactwem typu koń trojański, dialer czy inna „glista”. A tu nic, dialerowe monstra wciąż toczą biednych abonentów pewnego dużego polskiego operatora aż miło! I co z tego, że e-usługowa ustawa w założeniach miała stanowczo zachęcić dostawców usług do powszechnego i szczerego ujawnienia wszelkich danych o sobie?

Okazuje się jednak, że jak zawsze – niczym w każdym kolejnym rozdziale mojej ulubionej książki – w całym tym e-commer-ce’owym prawie czeka na nas jakiś niespodziewany kruczek. Tym razem takim paragrafem 22 jest… tajemnica handlowa, której operator pilnie strzeże. Bo wprawdzie łupią nas dialerami kontrahenci wspomnianego „lidera w telekomunikacji”, ale to tenże „lider” ostatecznie nas skasuje. Gdybyśmy zaś chcieli wytoczyć oszustowi dialerowemu proces, potrzeba będzie sporo determinacji, by ustalić… kogo mamy pozwać do sądu. Teoretycznie ustawa zobowiązuje do ujawnienia danych pozwalających na identyfikację magików od 0-700, co z tego jednak, gdy nasz honorowy i dżentelmeński operator z żelazną konsekwencją przestrzega… tajemnicy handlowej i odmawia ujawnienia danych fachowców od zarabiania na zero-siódemkowych szlaczkach.

I tak walczenie z dialerami i spamem wciąż – tj. po prawie roku od obowiązywania ustawy o e-handlu – łudząco przypomina potyczki pewnego rycerza, co z uporem maniaka walczył z wiatrakami. Choć ponoć prawo mamy już dobre, jak stwierdzili parlamentarzyści, i zmieniać go nie trzeba.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.