Najlepsi przyjaciele piratów

Kupując film na DVD, możemy go oglądać jak długo chcemy, prawda? Nieprawda! Koncerny znalazły sposób, żeby kontrolować, kto, co, gdzie i jak często ogląda. Służą do tego mechanizmy zarządzania prawami autorskimi

Nie jestem wielkim entuzjastą filmów z Arnoldem Schwarzeneggerem, ale najnowsze amerykańskie wydanie „Terminatora 2 – Extreme Edition” zrobiło na mnie wrażenie: nowy transfer obrazu, 16 minut dodatkowych scen, dźwięk Dolby Digital EX, nowe komentarze twórców i to, co najważniejsze – dodatkowa płyta z kompletnym filmem zakodowanym w wysokiej rozdzielczości 1440×1080 i dźwiękiem 24 bit/96 kHz. Prawie dwa megapiksele rozdzielczości i ponad trzy i pół razy więcej punktów niż na tradycyjnym krążku DVD – to przekonało mnie do złożenia zamówienia w Amazonie. Gdy po 12 dniach paczka znalazła się na moim biurku, zerwałem folię i załadowałem krążek do napędu. „Zaraz się zacznie” – pomyślałem. Rzeczywiście, zaczęło się.

W trosce o konsumenta

Powitał mnie komunikat o konieczności zainstalowania odtwarzacza InterActual Player, który miał być niezbędny od obejrzenia filmu. Po co dodatkowy odtwarzacz, skoro mój „Terminator” jest skompresowany kodekiem Windows Media 9, a odpowiednie biblioteki są już zainstalowane w systemie? Nie wiadomo. Cóż było jednak robić – kliknąłem OK. Po kilkudziesięciu sekundach odebrałem gratulacje od firmy InterActual, a przez myśl przebiegła mi nieco już mniej entuzjastyczna myśl – zaczyna się. Niestety, to był dopiero początek koszmaru. Na ekranie pojawił się kolejny komunikat. Tym razem okazało się, że aby odtworzyć film, konieczne jest nawiązanie połączenia z serwerem dystrybutora i uzyskanie licencji na odtwarzanie. Dlaczego mam prosić o licencję na obejrzenie obrazu, który kupiłem? Nie wiadomo. Cóż było jednak robić – kolejny raz kliknąłem OK. Niemal natychmiast pojawił się komunikat, iż prawo do oglądania filmu mają tylko mieszkańcy USA i Kanady. Po moim entuzjazmie nie został już nawet ślad. Skierowałem kilka brzydkich myśli w stronę wytwórni filmowej i udałem się na fora dyskusyjne w poszukiwaniu innych ekstremalnie zawiedzionych fanów „Terminatora”. Długo nie musiałem szukać. Oto, co się okazało.

Kupić to za mało

Przed rozpoczęciem projekcji legalnie kupionego filmu należy prosić serwer wydawcy o plik licencji. Licencje są wydawane tylko użytkownikom łączącym się z obszaru Stanów Zjednoczonych i Kanady i są one ważne zaledwie przez pięć (!) dni. Jeśli komukolwiek przyjdzie ochota na obejrzenie filmu po upływie tego czasu, musi on występować o kolejną licencję na następny pięciodniowy okres. Film wolno odtwarzać tylko z płyty (zabronione jest kopiowanie plików na dysk twardy), a napęd DVD musi być objęty blokadą regionalną (a więc starsze napędy klasy RPC 1 nie odtworzą krążka). Jak gdyby tego było mało, informacji o żadnym z tych wymagań nie umieszczono na opakowaniu. „Może więc zażądać wyjaśnień od dystrybutora?” – pomyślałem. Nie byłem jednak pierwszym, który wpadł na ten pomysł. Podobnie też jak wszyscy, którzy już wcześniej próbowali nękać wytwórnię, nie dostałem jakiejkolwiek odpowiedzi na mój e-mail.

Bo za dużo już oglądałeś

Uznając sprawę za honorową, przeszukiwałem dokładniej fora dyskusyjne. Dziś mam już mojego „Terminatora” na dysku twardym i mogę go oglądać w każdej chwili – pomogło podłączenie się do Sieci za pośrednictwem serwera proxy z USA, wykonanie obrazu płyty, zamontowanie jej w emulatorze DAEMON Tools i odpowiednie przestawianie daty systemowej. W tym miejscu rodzi się jednak kilka pytań. Czy właśnie tak ma wyglądać model dystrybucji filmów, którym studia filmowe chcą zwalczać piractwo? Czy zmuszanie widzów do proszenia o pozwolenie na każdorazową projekcję ma ich zachęcać do kolejnych zakupów oryginalnych filmów? Dlaczego klient po kupieniu filmu ma jeszcze pytać kogokolwiek o prawo do jego obejrzenia? Jak długo serwery dystrybutora będą wydawały kolejne pięciodniowe licencje? Przez następne pół roku? A może rok? Czy po tym okresie ujrzymy informację, że płyta Extreme straciła swoją ważność, a do sklepów trafia właśnie nowe wydanie Super Special Extreme?

Jesteście źli!

Przyglądając się ruchom wytwórni filmowych i muzycznych, odnoszę wrażenie, że na ich czele stoją osoby niespełna rozumu bądź też uważające za takich swoich klientów. Czyż można wyciągnąć inne wnioski, jeżeli płatne serwisy muzyczne próbują sprzedawać stratnie skompresowane piosenki, wymagające specjalnych odtwarzaczy i objęte wieloma ograniczeniami drożej, niż można je kupić na płytach CD? Jak inaczej traktować nakładanie skandalicznych ograniczeń (bez jakichkolwiek ostrzeżeń!) na kinomanów? Drwiąc sobie z uczciwych klientów, szefowie medialnych gigantów z Hollywood sami wzmacniają piratów. Ja już podjąłem decyzję – mój pechowy „Terminator” był ostatnią kupioną przez mnie płytą w Amazonie. Nie pozwolę więcej nabijać się w butelkę. Do podobnych wniosków dochodzi rzesza ludzi na całym świecie. Wystarczy przejrzeć fora dyskusyjne – nie znajdziemy tam nikogo, kto byłby zadowolony z oficjalnych serwisów dystrybucji filmów i muzyki, ani też kogokolwiek, kto narzekałby na materiały dystrybuowane przez sieci P2P i grupy binarne. Koncerny medialne wolą jednak obwiniać miliony ludzi o brak zasad moralnych i złodziejstwo, zamiast zauważyć, że źródłem piractwa jest nieudolność wydawców i ich brak zrozumienia potrzeb klientów. Jesteście źli! Nikt nie będzie za wami tęsknił, gdy już was zabraknie.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.