Można, choć nie wolno

Wielkie koncerny walczą z piractwem, a równocześnie same przymierzają się do rozbójniczych praktyk, dzięki którym zmuszą nas do płacenia po kilka razy za to samo

O przyszłych sposobach stosowania cyfrowych cudów zadecydują nie ośrodki badawczo-rozwojowe Intela czy Sony ani nie odkrycia dokonane na MIT, Uniwersytecie Stanforda lub w Instytucie Fraunhofera. To prawnicy i politycy ustalą, jak będziemy w przyszłości korzystać z komputerów.

Lepiej już było

Zastanawiasz się, Drogi Czytelniku, jak będzie wyglądała rozrywka w czasach powszechności terabajtowych nośników, gigabitowych łączy i kieszonkowych multimedialnych superkomputerów? Obawiam się, że przyszłość okaże się znacznie mniej ekscytująca, niż może się dzisiaj komuś wydawać. Po prostu nie wolno nam będzie korzystać z tych wszystkich fantastycznych możliwości, które się przed nami otworzą. Ba! Prawdopodobnie za 10 lat będziemy marzyli o dzisiejszej swobodzie.

Od lat trwa kampania prowadzona przez wielkie koncerny medialne, mająca na celu przeniesienie zasad wymyślonych dla licencji software’owych na filmy, muzykę i książki. Amerykańscy ustawodawcy dyskutowali już nad pomysłem zniesienia tzw. dozwolonego użytku w odniesieniu do płyt audio i filmowych DVD. Otwierałoby to niczym nieskrępowane możliwości „dojenia” nas za każdorazowe odsłuchanie utworu muzycznego, przeczytanie książki czy obejrzenie filmu. Nie koniec na tym. Mąż płacący za elektroniczne dzieło nie miałby technicznej możliwości ani – co ważniejsze – legalnych podstaw do udostępnienia go własnej żonie. Absurd? Raczej banał – takie mechanizmy miały być np. wbudowane w sprzętowe e-booki, które (pewnie m.in. z tego powodu) okazały się trzy lata temu dużym niewypałem. Co się odwlecze, to nie uciecze – ten pomysł będzie jeszcze wracał tak długo, aż wreszcie zostanie usankcjonowany i przyjęty jako coś oczywistego. Nim to jednak nastąpi, prześledźmy metodę małych kroczków, która ma doprowadzić do płacenia przez konsumentów za każdorazowe przetworzenie tych samych bitów.

Zły do ostatniego bajta

Z pewnością kamieniem milowym było wprowadzenie zabezpieczonych płyt CD-Audio. Warto zwrócić uwagę na towarzyszące temu, a charakterystyczne dla całego opisywanego trendu powiązanie techniczno-prawne. Nikt nam nie odebrał prawa do dozwolonego użytku w odniesieniu do takich płyt. Jednak podzielenie się zawartością krążka z rodziną czy znajomymi wymaga obejścia zabezpieczeń, co już niekoniecznie będzie dozwolone. Zatem zrealizowanie tego, co nam wolno, wymaga złamania prawa. Sprytne, prawda?

Czy istnieją niemoralne przedmioty? Cóż za głupie pytanie?! Wszak od dawna wiadomo, że to nie nóż czy pistolet są sprawcami zbrodni, lecz niewłaściwie używający ich człowiek. Tymczasem w świecie technik cyfrowych pojawiły się takie demoniczne programy, które są złe same w sobie, niezależnie od intencji ich użytkownika. Mowa tu np. o aplikacjach do wykonywania wiernych kopii płyt CD i DVD, takich jak zdelegalizowane już w niektórych krajach CloneCD czy Alcohol 120%. To kolejny trik mający technicznie uniemożliwić korzystanie z należnych nam przywilejów.

Różnego rodzaju pokrętne, talmudyczne interpretacje prawa do sporządzenia kopii rezerwowej, mające de facto uzasadnić zakaz takich praktyk, to temat na osobny tekst. Jak się okazuje, najskuteczniejszym sposobem przemycenia takiej wykładni jest twierdzenie, jakoby cyfrowa książka czy muzyka były czymś tak diametralnie różnym od ich wersji analogowych, że należy przyjąć całkiem inne zasady korzystania z tych dóbr.

W tym nurcie mieszczą się też pozornie tak odległe od siebie dziedziny, jak patenty już nawet nie na software, ale na sposoby korzystania z komputera, a także coraz ściślejsze przestrzeganie regionalizacji filmów na DVD z pojawiającymi się propozycjami karania (sic!) za oglądanie w niewłaściwej części świata legalnie kupionych płyt. Kolejnym krokiem w tej krucjacie będzie wprowadzenie na szeroką skalę Digital Rights Management, być może w postaci technologii Palladium, mającej stanowić część następnej wersji Windows.

Cyfrowe dojenie

Mnożące się absurdy związane z reinterpretacją prawa autorskiego można by długo wyliczać. Warto zauważyć, że nie omijają one także naszego kraju. To w polskim prawie autorskim pojawił się wprowadzony nie wiadomo przez kogo i na czyją korzyść zapis o automatycznym wygasaniu po pięciu latach uprawnień do korzystania z programu komputerowego. Stopniowo wydłużano też ustawową ochronę utworów z dwudziestu lat w 1994 roku, poprzez 50 lat, po obowiązujące dzisiaj 70 lat. Poczekajmy jeszcze trochę, a okaże się, że trzeba płacić tantiemy autorowi Księgi Rodzaju.

Mało kto wie, że prawa autorskie, leżące u podstaw większości restrykcyjnych regulacji prawnych, wymyślone zostały w zamierzchłych czasach po to, by unormować relację autora dzieła i jego wydawcy. Oryginalnie nie było tam miejsca dla konsumenta – nikogo nie interesowało, komu się pożycza, oddaje czy wręcz przepisuje książkę, gdzie i z czyich nut gra muzykę itp. Istotne było ustalenie cywilizowanych zasad podziału pieniędzy między twórcą a dystrybutorem jego dzieł. Tak było praktycznie przez cały dwudziesty wiek. Dopiero technologia cyfrowa stworzyła techniczne środki ograniczenia konsumentom tego, co do tej pory było oczywistością. A skoro można coś uniemożliwić, to czemu by nie zażądać pieniędzy za łaskawą rezygnację z użycia tej władzy? I tak stopniowo możemy coraz więcej, a wolno nam coraz mniej.

Prawo autorskie coraz bardziej rozmija się ze sprawiedliwością. To po prostu narzędzie służące do osiągania zysków. Wrzaski o ochronie słusznych interesów głodujących artystów to oklepana strategia uzasadniania podwyżek. Koncerny powinny błogosławić piractwo, bo walka z nim stanowi uzasadnienie dla wprowadzenia mechanizmów umożliwiających cyfrowe zbójectwo.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.