Kupuję Xboksa 360!

Czy świat graczy ma definitywnie przesiąść się z peceta na konsolę? Polemika dwóch Marcinów z pewnością nie rozstrzygnie tej kwestii, ale przybliża punkty widzenia stron tego konfliktu

Marketing oczywiście. Tak zapewne powie pokaźne grono obrońców pecetowej twierdzy. Jest w tym niemało racji, bo na razie konsole nowej generacji istnieją przede wszystkim na papierze. Ogłoszone jednak niedawno specyfikacje Xboksa 360, PlayStation 3 i Nintendo Revolution (patrz:

CHIP 7/2005, s42

) robią naprawdę duże wrażenie. I to nawet wtedy, gdy przyjmiemy, że część wizji przyszłych rozgrywek roztaczanych przy tej okazji przez producentów to tylko marketingowy bełkot. Najciekawsze jest przy tym to, że największy entuzjazm wobec nowych konsoli przejawiają… właściciele pecetów.

Nienawidzę peceta!

Nie ma się co dziwić – rzesze zwolenników pecetowego grania mogą mieć naprawdę dość swoich maszynek. O ile bowiem uniwersalność komputera PC może mieć z pewnych punktów widzenia różne zalety, to wad też nie brakuje. Bardzo wyraźnie widać je właśnie wtedy, gdy traktujemy peceta jako platformę do gier. Jedną z najważniejszych wad jest cena. Jeśli chcemy być na bieżąco z nowymi grami, musimy nieustannie inwestować w sprzęt, który spełni wymagania świeżych tytułów. I nie dotyczy to tylko kart graficznych, ale także procesorów oraz np. pamięci. Kupując na przykład Xboksa 360, mamy spokój z upgrade’ami na trzy do pięciu lat! Mało tego: za 1/10 ceny średniej klasy peceta dostajemy urządzenie, które – przynajmniej na początku wspomnianego przed chwilą okresu – przewyższa możliwościami 95% komputerów. Naturalnie gry na konsole są droższe, więc summa summarum może się okazać, że wydamy podobne pieniądze, ale zyskujemy rzecz bezcenną: spokój ducha.

Ów stan umysłu ma dodatkowe źródło: wiemy, że zakupiona przed chwilą konsolowa gra po prostu zadziała. Nie będziemy musieli się zastanawiać, czy mamy odpowiednią wersję sterowników, DirectX, systemu czy czego tam jeszcze. Ominie nas także efekt czarnych plam lub innych artefaktów graficznych, przy których można się zacząć zastanawiać, czy to nam się we łbie mąci z wściekłości na producenta gry czy też naprawdę widzimy na ekranie wspaniałe „efekty specjalne”, wynikające z programistycznych niedoróbek. Ale zaraz, przecież nie ma się co denerwować. Jest wszakże oczywiste, że żaden, największy nawet zespół twórców nie jest w stanie przewidzieć wszystkich istniejących na tym globie konfiguracji komputerów. Witajcie w świecie pecetów, gdzie nikogo nie dziwi patch do gry publikowany nazajutrz po premierze!

Play the game!

Nie, nie wyrzucę oczywiście peceta na śmietnik. Będę tylko na nim rzadziej grał. Obok postawię podłączone do tego samego monitora (tak! koniec z argumentem o kiepskiej rozdzielczości!) zgrabne pudełko, do którego w razie potrzeby podepnę klawiaturę i myszkę. I zajmę się tym, o co w tym wszystkim chodzi – będę przyjemnie spędzał czas.

Z peceta nie zrezygnuję!

Pamiętacie, co się działo w momencie wprowadzenia do sprzedaży pierwszych konsoli z serii Xbox i PlayStation 2? Szał, amok, zachwyty i rozentuzjazmowane tłumy, szturmujące drzwi japońskich i amerykańskich sklepów po to, by kupić swoje wymarzone cudo do grania. I cóż ci gracze otrzymali w zamian? Obietnicę mocy obliczeniowej większej niż oferowana przez ówczesne pecety oraz miraże gier o bajecznej grafice. Życie szybko zweryfikowało te marzenia. Owszem, na samym początku wraz ze wspomnianymi konsolami można było kupić jeden bądź dwa tytuły (w tym wyśmienite Halo na Xboksa), ale to było wszystko. Dobrze choć, że twórcy PlayStation 2 pozostawili możliwość uruchamiania starszych gier z konsoli poprzedniej generacji, czyli poczciwej PlayStation. Inaczej wszyscy nabywcy PS2 szybko zanudziliby się na śmierć.

Pecety kontratakują

Oczywiście z czasem powstaje coraz więcej dobrych tytułów gier na konsolę, ale pamiętajmy, że pecety szybko ewoluują i praktycznie pół roku po premierze konsoli przeganiają je pod względem technologicznym. Nie inaczej jest z grami! Dość szybko gry na peceta stają się pod względem grafiki bardziej wyrafinowane od ich konsolowych odpowiedników i, co ważne, są znacznie tańsze! Konsola też nie jest wcale taka tania, Panie Marcinie. Początkowa jej cena (Xbox w chwili premiery ma kosztować 300 USD) to zazwyczaj równowartość połowy dość przyzwoitego peceta, na którym uruchomię większość interesujących mnie gier. Kupno konsoli za przysłowiową 1/10 ceny „blaszaka” możliwe jest zaś pod koniec okresu istnienia sprzętu na rynku – a więc na wyprzedaży. Muszę się z Tobą zgodzić, że rozbudowa komputera kosztuje. Ale zadam Ci też pytanie: czy nie wydasz tych pieniędzy tak czy inaczej na rozbudowę komputera potrzebnego do tego, aby udźwignął on kolejną wersję Windows lub Linuksa. Tylko nie mów mi, że do starego Worda wystarczy poczciwa „486”. Owszem, pisać na nim można, ale co zrobisz, gdy dostaniesz od kogoś dokument zapisany w najnowszym Wordzie? A co do łatek, to nie czarujmy się, na konsole też się one zdarzają – nie ma bezbłędnych programów.

Game Over!

Oczywiście nie mam nic przeciwko konsolom – uwielbiają je przede wszystkim dzieci, np. mój pięcioletni siostrzeniec, gdyż są bardzo łatwe w obsłudze. Ale konsola postawiona nawet obok peceta (nie mówiąc o jego zastąpieniu) – nie, to nie dla mnie. Nie będę tak jak mój imiennik ustawiał kolejnego pudła na biurku i bawił się w przełączanie kabli. Na moim pececie zrobię przecież wszystko!

Poglądy prezentowane na łamach kolumny Felieton nie zawsze są zgodne ze zdaniem Redakcji.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.