Nic za darmo!

W walce o P2P koncerny muzyczne i filmowe używają przepisów prawa, by zapewnić sobie większe zyski i kontrolę nad kulturą. To jeszcze nie koniec zmieniania przepisów, tak aby pozwalały skuteczniej i częściej ściągać pieniądze od konsumentów

Wczasach taśm magnetofonowych, płyt winylowych i kaset wideo można było skopiować od znajomego muzykę, pożyczyć płytę oraz wykonać tyle ich kopii, ile tylko dusza zapragnie. Było to nie tylko łatwe z technicznego punktu widzenia, ale także w pełni legalne. Dziś podobne operacje na tych samych filmach czy piosenkach, ale rozprowadzanych na nośnikach cyfrowych, są z powodu zabezpieczeń trudniejsze do realizacji, a ponadto grożą więzieniem. Skąd taka nagła zmiana?

Sieci P2P jako powód utraty dochodów przez producentów muzycznych to w rzeczywistości tylko zasłona dymna. W czasach analogowych kopiowanie nagrań – wówczas za pomocą magnetowidu i magnetofonu – było łatwiejsze i wcale nie mniej popularne. Dziś tak naprawdę chodzi o zwiększenie kontroli nad dystrybucją dóbr kultury i pomnożenie płynących z tego źródła zysków (a nie zmniejszenie strat, jak głosi oficjalne stanowisko branży muzycznej). W cieniu głośnych procesów przeciwko Napsterowi czy Kazie pozostają mniej znane, choć znacznie istotniejsze dla konsumentów zamachy prawników koncernów na tzw. dozwolony użytek oraz przymiarki do uniemożliwienia wykonywania analogowych kopii.

Łatanie analogowej dziury

Obecnie mamy do czynienia – przynajmniej w USA – z dwoma systemami regulacji prawno-technologicznych, które są wzajemnie sprzeczne w wielu aspektach. Jeden z nich dotyczy mediów elektronicznych, jest bardzo restrykcyjny i daje duże prawa producentowi, drugi zaś to starszy zbiór przepisów, ustalony jeszcze w czasach analogowych i mający zastosowanie dla nośników magnetycznych. Taka sytuacja nikomu się nie podoba. Konsumenci chcieliby mieć swobody, do których przyzwyczaili się w czasach magnetofonu i magnetowidu, koncerny natomiast chętnie zmusiłyby ustawodawców do „upgrade’u” paragrafów, tak aby nowe przepisy dotyczyły także starszych dzieł. Z punktu widzenia gigantów mediów sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo dopóki nie zlikwidują „analogowej swobody”, nie mogą w pełni skutecznie wymóc rygorów Digital Rights Management (DRM).

Choć w urządzeniach cyfrowych można zaszyć dowolnie wyrafinowane mechanizmy uniemożliwiające kopiowanie danych, to jednak istnieje sposób obejścia ich poprzez przeniesienie ich najpierw na nośnik analogowy, a następnie z powrotem na płytę CD czy DVD. Odbywa się to oczywiście kosztem pogorszenia jakości, ale dla większości konsumentów nie dyskwalifikuje to tak uzyskanego materiału. Ta możliwość wykonania kopii nawet najbardziej zabezpieczonych danych cyfrowych za pośrednictwem nośnika magnetycznego nosi właśnie nazwę analogowej dziury.

W 2003 roku RIAA – sławna amerykańska organizacja reprezentująca interesy koncernów medialnych – usiłowała bez powodzenia przeforsować obowiązek instalowania w analogowym sprzęcie audio i wideo mechanizmów Digital Rights Management. Położyłoby to kres możliwości kopiowania nagrań. Wówczas się to nie udało, teraz jednak przygotowana jest kolejna taka ustawa.

Opłata nasza codzienna

Kolejnym pomysłem wprowadzenia zmian w sposobie korzystania z danych cyfrowych jest zamiana jednorazowej licencji, nabywanej w momencie płacenia za płytę, na system abonamentowy. Wówczas każdorazowe odsłuchanie utworu lub obejrzenie filmu wiązałoby się z uiszczeniem kwoty na rzecz producenta.

Skuteczne wprowadzenie obowiązkowych mechanizmów DRM oznacza także znaczne ograniczenia w możliwości nagrywania np. programów telewizyjnych na własny użytek. Przygotowane w USA przepisy mają pozwalać tylko na jednokrotne obejrzenie utrwalonej audycji. Co więcej, w 90 minut po rozpoczęciu jej oglądania ma zostać ona automatycznie skasowana. Oczywiście w sferze marzeń pozostanie nie tylko przesłanie ulubionej piosenki znajomemu, ale nawet przeniesienie ich np. z kieszonkowego odtwarzacza MP3 do samochodowego zestawu audio. Otwiera się natomiast możliwość udostępnienia przez producentów dodatkowych licencji „na samochód”, „na odtwarzacz przenośny” itp.

Wszystkie chwyty dozwolone

Pomysłowość koncernów w ograniczaniu praw użytkownika nie zna granic. Próbowano już przeforsować regulacje zwalniające od odpowiedzialności przedstawicieli koncernów, którzy włamaliby się do czyjegoś komputera w poszukiwaniu „warezów”. Starano się także – również bezskutecznie – znieść instytucję dozwolonego użytku. Gdy nie skutują działania jawne, stosuje się brudne triki, takie jak rootkit na płytach wydawanych przez Sony (patrz: „$(LC157711:Puszka Pandory)$”.

Skok na kasę

Rozpatrywana w tym kontekście walka amerykańskich koncernów muzycznych z sieciami P2P nie ma wiele wspólnego z ochroną interesów artystów. To po prostu skok na kasę – chodzi o to, byśmy płacili jak najwięcej i jak najczęściej, nawet za to, na co już wyłożyliśmy pieniądze.

Chciwość rekinów show-biznesu nie tylko stanowi zamach na prawa, które dzisiaj przysługują użytkownikom, ale jest też zagrożeniem dla rozwoju całego rynku. Restrykcyjne regulacje dotyczące korzystania z e-booków (m.in. brak możliwości przenoszenia książek między urządzeniami należącymi do tego samego użytkownika, nie wspominając już o przekazaniu ich członkowi rodziny lub przyjacielowi) sprawiły, że dobrze się zapowiadający dwa lata temu segment książek elektronicznych i specjalnych czytników do korzystania z nich dzisiaj praktycznie nie istnieje. Absurdalnie surowe zasady korzystania z e-książek sprawiły, że czytelnicy wolą ich papierowe odpowiedniki.

Kultura czy zysk?

Jest bardzo wątpliwe, czy głoszone przez przedstawicieli koncernów argumenty o ochronie interesów twórców mają racjonalne podstawy. Ograniczają one faktycznie dostęp do dóbr kultury, gdyż nawet kupując legalną płytę, stajemy się coraz bardziej ograniczeni pod względem możliwości korzystania z zawartych na niej treści. Surowe prawo autorskie uderza także w twórców. W USA niedozwolone jest wykorzystanie choćby trzysekundowego fragmentu cudzego utworu w celu wmiksowania go we własne dzieło – trzeba uzyskać na to zgodę, czyli przy pomocy własnych prawników zawrzeć umowę z prawnikami koncernu. Praktycznie wprowadza to monopol na twórczość, bo żadnego najbardziej nawet zdolnego nastolatka nie będzie stać na procesowanie się z gigantem, który zarzuci młodemu artyście zapożyczenie linii melodycznej czy wykorzystanie identycznej sekwencji perkusyjnej.

Sieci P2P przeszkadzają koncernom nie dlatego, że uszczuplają ich zyski, ale dlatego, że naruszają ich monopol na dostęp do dóbr kultury. Kazaa już dawno wprowadziła mechanizmy pozwalające za pomocą tej sieci legalnie sprzedawać i kupować utwory. Nie powstrzymało to nagonki na nią. Ba! Po krótkim okresie przychylności koncerny krzywym okiem patrzą na sklep iTunes. Podobno sprzedaje on utwory zbyt tanio…

Zmiany, jakie nastąpiły w ostatniej dekadzie w prawie autorskim, oraz wyraźne tendencje w tym zakresie nie wróżą łatwiejszego dostępu do dóbr kultury. Istnieje jednak światełko nadziei, jakim są inicjatywy zmierzające nie do zaostrzenia praw autorskich, ale do zwiększenia zakresu dozwolnego użytku. Jednym z nich jest na przykład licencja creative commons (http://creativecommons.pl/). Trzymajmy kciuki, by takie propozycje zwyciężyły z zakusami koncernów, chcącymi zmusić nas do płacenia coraz więcej.

Wymiana po polsku
Nieco ponad rok temu głośno było o tym, jakoby polska policja przeszukiwała jedną sieć osiedlową za drugą, tropiąc wszystkich ich użytkowników, którzy mieli na dyskach choćby jeden niezarejestrowany program typu shareware. Niezależnie od tego, ile w tych pogłoskach było prawdy, nie widać w ostatnich miesiącach zakrojonych na szeroką skalę działań przeciwko sieciom P2P. Nie znaczy to jednak, że osoby wymieniające się „warezami” mogą być pewne bezkarności. „Choć nie prowadzimy działań specjalnie wymierzonych przeciw użytkownikom sieci P2P, to gdy obserwujemy osobę podejrzaną o popełnienie przestępstwa, sprawdzamy, czy jest ona aktywna na różnych polach: giełdach, sieciach wymiany, forach internetowych” – mówi komisarz Zbigniew Urbański z wydziału prasowego Komendy Głównej Policji.
      Najistotniejszym czynnikiem wpływającym na to, czy użytkownik Kazy będzie miał problemy z wymiarem sprawiedliwości, jest rodzaj pobieranych danych. Najbardziej niebezpieczne są programy komputerowe – tak systemy operacyjne czy aplikacje użytkowe, jak i gry. Tu nie ma żadnych wątpliwości – znalezienie przez policjanta na czyimś komputerze software’u bez licencji zwiastuje rozmowę z prokuratorem. Sytuacja jest bardziej skomplikowana w odniesieniu do muzyki i filmów. Tu ryzykują osoby udostępniające dane, pobierający mogą natomiast spać względnie spokojnie. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy w zakamarkach P2P znajdzie się muzykę lub film jeszcze przed ich oficjalną premierą.
      W pozostałych sytuacjach prawdopodobieństwo trafienia przed oblicze sędziego jest niewielkie, co oczywiście nie znaczy, że nie trzeba będzie składać wyjaśnień. Jednak w przypadku osób pobierających dostępne już na oficjalnym rynku muzykę lub filmy udowodnienie przestępstwa jest bardzo trudne, bo w tym miejscu granica między paragrafami kodeksu karnego a tzw. dozwolonym użytkiem jest płynna.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.